fbpx

Charlize Theron o swojej roli w filmie „Gorący temat”

Charlize Theron o swojej roli w filmie "Gorący temat"
Charlize Theron na tegorocznej Oscarowej imprezie Vanity Fair. (Fot. BEW PHOTO)

Najpierw była seksafera, która wstrząsnęła całą Ameryką i sprawiła, że ruch #MeToo urósł w siłę. Teraz powstał o tym film. „Gorący temat” to dla Charlize Theron dużo więcej niż udana rola. To także nagroda za determinację. I symbol solidarności z innymi kobietami.

Prawie metr osiemdziesiąt, bez trzech centymetrów. Posągowa sylwetka, a do tego spojrzenie, które na długo pozostaje w pamięci. Tak jak jej życiorys. Charlize Theron to z jednej strony dziecko szczęścia, pierwsza w historii aktorka z RPA nagrodzona Oscarem. Z drugiej – dziewczyna, która bardzo wcześnie zetknęła się z mroczniejszą stroną życia. Dorastała w czasach apartheidu, kiedy to tablice z oznaczeniami „tylko dla białych” czy wydzielone miejsca dla kolorowych w środkach transportu były na porządku dziennym. W 1994 roku w RPA wreszcie oficjalnie ogłoszono koniec apartheidu, a Nelson Mandela został pierwszym czarnoskórym prezydentem. Tylko że 19-letnia wówczas Theron mieszkała już poza Afryką. I dopiero dekadę później, jako znana aktorka, przyznała, że wyjazd był ucieczką bardziej od dawnego życia niż z własnego kraju. Że jej ojciec nie zginął – jak mówiła wcześniej – w wypadku samochodowym, a został zastrzelony przez mamę Charlize. W obronie własnej. Do dziś gwiazda twierdzi, że tamto doświadczenie jej nie złamało, przeciwnie, uruchomiło w niej jakąś wewnętrzną siłę. Zdarzyło jej się mówić otwarcie o alkoholizmie ojca, przyczynie tamtej tragedii, ale i miłości, jakiej zaznała w domu ze strony obojga rodziców. Dzięki mamie miała szansę wyjechać, pracować jako tancerka baletowa, a później, kiedy dopadła ją ciężka kontuzja kolana, jako modelka. Zdaje się, że owa siła zadecydowała też o karierze aktorskiej. Jeśli tylko wierzyć legendzie, jak to jeden z agentów filmowych dostrzegł Theron w banku. Robiła akurat karczemną awanturę, wykazując przy tym taką charyzmę, że ów agent postanowił zaprosić ją na przesłuchanie.

Jest wyrazista i na ekranie, i w życiu. Dziennikarze, którzy mają okazję przeprowadzać wywiad z Theron, zgadzają się, że to jedna z najbardziej bezpośrednich w kontakcie hollywoodzkich gwiazd. Nie stroni od mocnych słów, nie stroi fochów, krążą legendy o jej pracowitości. Aktorka samotnie wychowuje dwójkę adoptowanych dzieci, znosząc dzielnie komentarze w sieci na temat tej decyzji i metod wychowawczych. Poglądy Theron na równouprawnienie (ostro walczy m.in. o równe zarobki dla kobiet w branży filmowej) są również wyraziste. Chyba najlepiej oddaje je jedna z jej dosadnych wypowiedzi:

„Jestem dumna, że jestem piep…ną feministką”

Stąd też decyzja, żeby wziąć udział w filmie „Gorący temat”. Który wyprodukowała i w którym zagrała Megyn Kelly, dziennikarkę kanału Fox News. To ona w lipcu 2016 roku razem z innymi pracownicami tej stacji doprowadziła do odejścia dyrektora Rogera Ailesa, którego wspólnie oskarżyły o molestowanie seksualne.

Tekst: Zofia Fabjanowska

Gorący temat - kobiety w walce o godność i swoje prawa
Charlize Theron z Nicole Kidman i Margot Robbie, kadr z filmu „Gorący temat”. (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Charlize Theron w rozmowie z Arturem Zaborskim

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo można upodobnić się do granej bohaterki. Wiele razy przechodziłaś na ekranie transformację, ale to, jak zmieniłaś się na potrzeby najnowszej roli, przebija wszystko. Przez pierwsze 30 minut oglądania nie byłem w stanie rozpoznać cię na ekranie.
Pamiętasz, jak grałam w filmie „Monster”? [To za tę rolę aktorka dostała w 2004 roku Oscara – przyp. red.]. Nosiłam wtedy charakteryzację, której wykonanie zajmowało za każdym razem kilka godzin. Recenzenci piali z zachwytu, po tamtej roli oczekiwania wobec mnie niewyobrażalnie urosły. A przecież w takich przypadkach to, jak wyglądam na ekranie, w najmniejszym stopniu nie zależy ode mnie. To praca sztabu ludzi – makijażystów, kostiumografów, techników. Kiedy zdecydowałam się, że zagram w „Gorącym temacie”, od razu wiedziałam, że muszę się otoczyć najlepszymi specjalistami na rynku. A nie ma wybitniejszego speca od Kazu Hiro [charakteryzatora m.in. z Oscarem i nagrodą BAFTA na koncie – przyp. red.]. Człowieka tak zajętego, że praktycznie nie bierze nowych zleceń. Musiałam go błagać. A kiedy w końcu się mną zajął, przypomniałam sobie, jakim koszmarem są takie przemiany [śmiech].

Kazu zaprojektował osiem protez, które musiałam nosić. Najgorsza była ta podtrzymująca łuki brwiowe, bo powodowała, że nie mogłam przymknąć oczu. Nieraz czułam nieznośne pieczenie spojówek i nic nie mogłam z tym zrobić. A to i tak nic w porównaniu z treningiem emisji głosu.

Podobno przypłaciłaś go zdrowiem.
Skoro moja bohaterka Megyn Kelly jest autentyczną osobą, żeby się do niej upodobnić, musiałam zapoznać się z jak najobszerniejszym materiałem dokumentalnym. Było tego naprawdę dużo – w końcu Megyn przez lata występowała na antenie Fox News, mogłam jej zachowania studiować do woli. Uczyłam się jej sposobu chodzenia, śmiechu, przejęłam jej tiki, zaczęłam reagować jak ona i mówić jak ona. To ostatnie kosztowało mnie szczególnie dużo wysiłku. Miałam fantastyczną trenerkę emisji głosu, która ostrzegała mnie, że mam być ostrożna przy pracy ze strunami głosowymi, ale nie potraktowałam tych zaleceń poważnie. Nie zdawałam sobie po prostu sprawy, że można uszkodzić struny głosowe. Przez lata grania w filmach akcji nie załatwiłam się tak jak tym razem. Nadwerężyłam struny do tego stopnia, że przez trzy tygodnie byłam niema. Nie przesadzam, nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Dużo mnie to doświadczenie nauczyło. Pierwszy raz straciłam kontrolę nad swoim ciałem, przestało reagować na komendy, które mu wydawałam. Teraz traktuję to wydarzenie symbolicznie.

Co miało symbolizować?
Wszystkie kobiety, które w wyniku molestowania pozbawiono głosu. Wierzę, że takie filmy jak „Gorący temat” im go przywracają, że działają jak remedium.

Nie miałaś obaw, że jeśli weźmiesz tę rolę, rozzłościsz swoich fanów? Ty, znana feministka, grasz dziennikarkę, która długo była twarzą prawicowej telewizji i bohaterką konserwatywnej Ameryki.
Zawsze się obawiam, kiedy mam grać kogoś, kto się ode mnie znacząco różni. Nie chodzi tylko o poglądy polityczne, ale też o podejście do natury, planety, zwierząt, drugiego człowieka. Tak było i tym razem. Zresztą tę samą zagwozdkę miała Nicole Kidman grającą Gretchen Carlson, pierwszą dziennikarkę Foxa, która oskarżyła Ailesa. Nicole była akurat na planie drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek”, kiedy odebrała od nas telefon. Skonfundowana zapytała Meryl Streep, co powinna zrobić. Ta tylko zmrużyła wymownie oczy za okularami i tym swoim charakterystycznym mruknięciem, którym w serialu zawsze mówi bohaterom, co mają robić, wycedziła: „Cholera, jasne, że tak!” [śmiech].

Dlaczego w ogóle zajęłaś się tym tematem? Dlaczego postanowiłaś wyprodukować ten film i zagrać w nim jedną z głównych ról?
Bo takie postaci jak Megyn – które trudno jednoznacznie ocenić, wprawiające nas w zakłopotanie – to największe szczęście dla aktorów. Nigdy nie chciałam budować Megyn pomnika. Nawet kiedy teraz o niej myślę, towarzyszą mi mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, że ją uwielbiam, choć może trochę tak jest. Nie powiem ci, że mi imponuje, choć skłamałabym, mówiąc, że nie robi na mnie wrażenia. Megyn zaprzedała się Fox News, stacji produkującej fake newsy i hołdującej wartościom, które mnie nie definiują. A jednocześnie to Megyn rozwaliła tę stację od środka, to między innymi dzięki niej rozkręcał się ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem na całym świecie. Kiedy molestujący kobiety szef stacji Roger Ailes został obalony, inne pracownice zdały sobie sprawę, że mają po swojej stronie przepisy i adwokatów gotowych je egzekwować. Zadziałał efekt domina i rewolucja ruszyła w świat. W ten oto sposób Megyn, kobieta, która wcześniej występowała przeciwko kobietom, stała się dla nich ogromnym wsparciem.

Wiesz doskonale, że nie wszystkim ruch #MeToo się podoba. Są głosy, i to także kobiece, że to próba przerzucenia winy na mężczyzn, którym ofiary nie miały przecież obowiązku ulegać.
Dlatego bardzo ważne dla mnie, i jako aktorki, i jako producentki, było to, żeby pokazać, jak kobiety różnią się między sobą. Nie można przypisywać płci cech moralnych. Nie wszystkie kobiety są dobre, nie każda z nas jest uczciwa, nie mamy wpisanego w genotyp etycznego postępowania. Nie twierdzę, że nie zdarzają się sytuacje, kiedy to kobiety z własnej inicjatywy próbują coś ugrać przez łóżko. Mam też świadomość, że #MeToo i Time’s Up, jak to się dzieje przy okazji wszystkich rewolucji, mogły skrzywdzić także niewinnych mężczyzn, udowodniono przecież kilka przypadków niesłusznie oskarżonych osób. My, kobiety, musimy więc walczyć zarówno z seksualną opresją ze strony facetów, jak i z niemoralnym wykorzystywaniem koniunktury przez inne kobiety. Natomiast wiem jedno: świat jeszcze nigdy na taką skalę nie sympatyzował z kobietami. Trzeba zrobić z tego właściwy użytek. Mężczyźni muszą wiedzieć, że to nie jest rewolucja wymierzona w nich jako płeć, tylko w praktyki, które stały się w pewnym momencie normą.

„Po co nam kolejny film o #MeToo?” – także takie komentarze towarzyszyły waszej premierze. Ludzie argumentowali, że jest ostatnio wysyp produkcji na ten temat.
Po co? Odpowiedź jest prosta: po to, żeby pokazywać nowy punkt widzenia. Po jednej z projekcji „Gorącego tematu” podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że dzięki filmowi zrozumiał, że był świadkiem napastowania seksualnego swojej koleżanki z biura. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, nie poskładał skrawków informacji w całość. Zrozumiał dopiero wtedy, kiedy w naszym filmie zobaczył punkt widzenia ofiary. I właśnie o to nam chodziło. O te wszystkie szczegóły, które w prawdziwym życiu powinny nas zaniepokoić.

Na przykład?
Zasłanianie okien w biurach, kiedy w środku są tylko dwie osoby, zamykanie drzwi na klucz, zauważalne zmiany humoru naszych koleżanek, niepokój związany z odwiedzaniem szefa. Ofiary, z którymi rozmawiałam, wielokrotnie mówiły, że najbardziej bolesne było dla nich to, że nikt nie zauważał ich krzywdy.

A ty sama? Czujesz się dziś, w 2020 roku, bezpieczniejsza, niż kiedy zaczynałaś karierę?
W Hollywood pojawiły się jasne reguły, które określają, co wolno, a czego już nie. Dzięki temu w naszym środowisku coraz częściej słychać: „Nie podoba mi się to, co robisz”, i to zarówno z ust kobiet, jak i mężczyzn. Wreszcie walczymy o siebie, stawiamy granice i nie boimy się reagować, kiedy ktoś je narusza. Choć, oczywiście, bawi mnie, kiedy słyszę, że #MeToo rozwiązało wszystkie problemy i nie ma więcej tematu. Jesteśmy na samym początku nowej ery. Właściwie to trudno mi uwierzyć, jak powoli idą zmiany, które dotyczą pozycji i roli kobiety. Kiedy zastanawiam się, jak za kilka pokoleń ludzie będą myśleli o czasach, w których żyjemy, wyobrażam sobie, że będą mieli takie same skojarzenia, jakie ja mam z XIX wiekiem. Czyli niby postęp techniczny, niby rozwój cywilizacyjny, a obyczajowo nadal średniowiecze.

Co masz do powiedzenia mężczyznom, którzy twierdzą, że teraz boją się skomplementować kobietę, że jest seksowna?
Mnie samej kiedyś nie przeszkadzało zwracanie się do faceta: „Ale ciacho!”, „gorący towar”, „niezły tyłeczek”. A dzisiaj nie przeszłoby mi coś takiego przez gardło. Zrozumiałam, jaką takie słowa mają wagę, z czym się wiążą, jak uprzedmiotowiają osobę, o której mówimy.

Czyli zgadzasz się, że w czasach #MeToo komplementowanie stało się trudniejsze.
Ale nie niemożliwe. My, kobiety, chcemy być podrywane, słyszeć, że dobrze wyglądamy. Nie wyobrażam sobie, żeby reakcją na miłe słowa mogło być z mojej strony: „P..prz się, koleś!”. Ale też jeśli ktoś dwa razy zastanowi się nad znaczeniem słów i ich wagą, to co w tym złego? Co może być złego w tym, że nie powiesz mi, że jestem seksowna, bo uznasz, że to może naruszyć moje poczucie godności? Wolę nie usłyszeć komplementu niż zostać zraniona. Granica pomiędzy tym, co przystoi, a co nie, jest bardzo wyraźna. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Naprawdę nie tak trudno ocenić, które określenia są OK, a które nie.

Czy nie o to właśnie chodzi? O zmianę perspektywy. Żeby przestać mówić o zmianach i o rewolucji, tylko o normie, oczywistościach, które do tej pory traktowaliśmy jak puste deklaracje.
Jak to możliwe, że w 2019 roku wśród nominowanych do Oscara nie było ani jednej reżyserki? Albo że wśród 44 prezydentów USA nie ma ani jednej prezydentki? Ekscytujemy się każdym większym osiągnięciem kobiety w polityce czy w zarządach korporacji. Czy naprawdę mam się cieszyć, że polityczka zaszła daleko w wyborach – zwłaszcza że przegrała z człowiekiem, który neguje globalne ocieplenie? Serio, to jest powód do otwierania szampana? Nie w moim świecie. Dobrze, że sama nie jestem polityczką, bo brakuje mi cierpliwości w takich sytuacjach. Od razu skacze mi ciśnienie.

A kiedy tak ci skacze, jaką znajdujesz sobie odskocznię?
Coraz częściej gram w komediach. Jeśli film w tym gatunku jest dobry, autentycznie pozwala mi się uspokoić. Niedawno zagrałam z Sethem Rogenem w „Niedobranych”. W normalnych okolicznościach oburzam się, kiedy tylko temat dyskryminacji pojawi się na tapecie, a tym razem mieliśmy na planie ubaw z polityków, mizoginów, homofobów i rasistów. Było pięknie!

Praca jako odskocznia? Podejrzewam cię o pracoholizm. Kiedy przy okazji przygotowań do roli straciłaś głos, zrobiłaś sobie chociaż chwilę przerwy?
Martwiłam się tylko o film. Kombinowałam, jak możemy poprzestawiać sceny, żebym mogła w nich wystąpić, zamiast zastanawiać się, jak się wyleczyć. W końcu dotarło do mnie, że z moimi priorytetami jest coś nie tak. Dopiero to skłoniło mnie do myślenia: „Charlize, czy naprawdę to, w czym grasz, jest dla ciebie ważniejsze od twojego zdrowia?”. Niby odpuściłam, ale w myślach cały czas błagałam wszystkie dobre duchy i siły, żeby wreszcie pozwoliły mi przemówić przed kamerą. Jednocześnie przekonywałam samą siebie, że jeśli tak się nie stanie, to nie będzie moja wina.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>