Dlaczego tak kochamy seriale? Rozmowa z kulturoznawczynią Lidią Rudzińską

Dlaczego tak kochamy seriale? Rozmowa z kulturoznawczynią Lidią Rudzińską
"Stranger Things" to jeden z najchętniej oglądanych seriali ostatnich lat. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Kontrowersyjne, pełne seksu, przemocy i brutalnej prawdy o życiu… Ale poruszają też ważne wątki społeczne i są bliżej widza. Wraz z kulturoznawczynią Lidią Rudzińską dociekamy, dlaczego tak kochamy seriale.

Ostatnio widziałam taki rysunek: dziewczyna przychodzi do pracy zakręcona, z zamglonym spojrzeniem. Ktoś pyta: „Nowa miłość?”. Ona na to: „Nie, nowy serial”.
(Śmiech). To bardzo trafnie oddaje ten fenomen. Dziś już jeden serial nam nie wystarcza, zwykle oglądamy kilka naraz. Ale też współczesne seriale bardzo różnią się od tych sprzed kilku czy kilkunastu lat. Nie są to już tasiemce ze śmiechem „z puszki”, ciągnące się latami, dziś każdy serial jest podzielony na sezony, a na kolejne trzeba czekać około roku. Na szczęście producenci tak to wszystko organizują, że premiery seriali się nie pokrywają, a uzupełniają. Nowe seriale przyzwyczajają nas do zupełnie innego typu oglądania. Teoretycznie raz na tydzień, zgodnie z ramówką stacji, ale praktycznie…

…połykamy cały sezon od razu – w tydzień czy jeden weekend. Po takiej dawce pojawia się zwykle swoisty syndrom odstawienia.
Niektórzy nazywają to nawet „chorobą sierocą fana”. To się zaczęło od książek wydawanych w cyklach, na których kolejne części czekało się z wypiekami na twarzy. I kiedy już się przeczytało siódmy tom „Harry’ego Pottera”, którego przygodami żyło się siedem lat, pojawiało się pytanie: „Co ja mam teraz dalej zrobić ze swoim życiem?”. Obecnie w sieci jest mnóstwo poradników na ten temat. Zwykle są to rady typu: Jeśli podobało ci się „Walking Dead”, ruszaj na „Z Nation”, a jeśli spodobało ci się „Breaking Bad”, zobacz „Mad Menów”, czyli klasyczne „klin klinem”.

Dzisiaj chcemy żyć serialem, wymieniać opinie, przerzucać się tekstami ulubionych bohaterów. Jest mnóstwo strony na Facebooku, gdzie tuż po emisji każdego odcinka pojawia się mnóstwo memów, nieczytelnych dla osób, które nie są na bieżąco.
I tę potrzebę bycia na bieżąco zauważyły stacje produkujące seriale nowej generacji, jak HBO czy Fox, które starają się, by kolejne odcinki miały premierę tego samego dnia na całym świecie. Bo kiedy w Stanach ludzie oglądają już piąty sezon, a w Polsce telewizja decyduje się kupić dopiero pierwszy, na bank będzie miał znikomą oglądalność, bo wszyscy widzieli go już w sieci. Dlatego premiera ostatniego sezonu „Gry o tron” była o tej samej porze na całym świecie i miliony, razem ze mną, zarwały z tego powodu noc. A następnego dnia mogły wymienić się spostrzeżeniami ze znajomymi. Tym bardziej że ciężko uchronić się przed spoilerami. Parafrazując słowa Czerwonej Kapłanki z „Gry o tron” – „The night is dark and full of terrors” („Noc jest ciemna i pełna strachów”), tak „Internet is dark and full of spoilers”.

Seriale łączą?
Podobno są dwa rodzaje widzów serialowych. Pierwsi to ci, którzy zamykają się w domu, zaciągają zasłony i oglądają w samotności. Niektórzy grzmią, że to niezdrowe, aspołeczne, bo zamiast żyć z innymi, zamykamy się w wyimaginowanym świecie. Ale jest też grupa, która lubi oglądać w towarzystwie, umawia się z rodziną lub znajomymi na maratony serialowe. Popularne jest również oglądanie w parach, słyszałam, że wiele związków stało na granicy rozpadu, bo partner czy partnerka nie uszanowali prośby, by pod nieobecność drugiego nie oglądać kolejnego odcinka (śmiech). Oglądanie seriali jednoczy i jest więzotwórcze. Także dla osób z pierwszej grupy, które po weekendowym maratonie w samotności mogą porozmawiać o nim z kolegami. Proszę zauważyć, jak często okazuje się, że w gronie bliskich znajomych wszyscy oglądają te same seriale.

ZAMÓW

E-WYDANIE

O serialach rozmawiają profesorowie na uczelni, menedżerowie czy artyści podczas wernisażu. A jeszcze kilka lat temu oglądanie seriali było obciachem.
Co więcej, obciachem było w ogóle oglądanie telewizji. W dobrym tonie było mówić, że nie ma się w domu telewizora. Dziś te same osoby, w tym profesorowie czy dyrektorzy banków, z zamiłowaniem opowiadają o tym, jaki serial oglądali w weekend. Kiedyś obciachem było także granie w serialu. Dziś od seriali zaczyna się wiele karier aktorskich. Ale też kiedyś seriale były trochę odmóżdżającą rozrywką dla mas, elementem tła, można było zacząć od dowolnego odcinka i świetnie orientować się w akcji. Od dzisiejszych seriali nie można się oderwać. Przegapisz dwa odcinki i nie wiesz, co się dzieje. Poza tym jest tylu bohaterów, tyle wątków i tyle niuansów. To ambitny, szeroko zarysowany świat, który wymusza od nas pewien rygor, wysiłek.

Nowoczesne seriale są bardziej wymagające, ale chyba nie tylko na tym polega ich fenomen?
Najlepsze seriale są obecnie głównie amerykańskiej produkcji. Ten szczegół jest ważny o tyle, że stanowią doskonałą przeciwwagę dla hollywoodzkich filmów, które są w Stanach obwarowane wieloma zakazami i nakazami. Jeśli film chce zarobić, musi być jak najbardziej uniwersalny, pozbawiony scen seksu, przemocy – typowe kino popcornowe dla całej rodziny. Seriale nic nie muszą, a wszystko mogą. Są więc odważniejsze, jeśli chodzi o poruszane wątki, ale też o sceny seksu czy przemocy. Poza tym kino ogranicza długość pokazywanego filmu, trudno wysiedzieć ponad trzy godziny podczas seansu nawet w najwygodniejszym fotelu. Serial nie musi się martwić wymogiem minutowym, nie musi skracać, nie musi być powierzchowny, może pozwolić sobie na rozbudowanie wątków. Dlatego kiedyś seriale były płytsze niż filmy, teraz są ambitniejsze. Poza tym pojawiają się w nich wyjątkowi bohaterowie, na których kino by się nie odważyło. Nie są jednoznaczni, albo dobrzy, albo źli, są kontrowersyjni. Dotyczy to nawet gatunku fantasy, bardzo przywiązanego do tego tradycyjnego podziału. To też jeden z wyznaczników współczesnych seriali – lubimy wyszukiwać w nich arcyzłych, ale niejednoznacznych bohaterów, i to oni przykuwają nas do ekranu. Są uwodzący, superinteligentni, zaskakujący, raz ich nie cierpimy, raz uwielbiamy. Gregory House z jednej strony był geniuszem, a z drugiej… zwykłym chamem. Mamy też serial o kucharzu i dealerze amfetaminy – „Breaking Bad”, o kanibalu – „Hannibal”, o psychopatycznym mordercy – „Dexter” czy o bezwzględnym polityku – „House of Cards”.

Dlaczego są tak interesujący, a nie odpychający?
Bo serial korzysta z możliwości pokazania ich psychologicznej głębi, dzięki czemu Dexter przestaje być tylko mordercą, a zaczyna być pogmatwanym wewnętrznie sędzią wymierzającym sprawiedliwość, a Hannibal okazuje się zachwycającym geniuszem z niewielką skazą w postaci wyjątkowych upodobań kulinarnych (śmiech). Nowi bohaterowie przestają być szablonowo źli, stają się ludzcy, z krwi i kości. Taką głębię do tej pory można było znaleźć jedynie w książkach.

Dajemy się uwieść wrażeniu, że to realne, żywe osoby.
Myślę, że to działa w dwie strony. Jeśli ogląda pani serial, który ma 7 sezonów, a każdy z nich po 12 odcinków, w naturalny sposób zaprzyjaźnia się pani z jego bohaterami. Więź z bohaterem staje się tym silniejsza, im bardziej te postaci są interesujące i im bardziej możemy się z nimi utożsamić. Do tego dochodzi jeszcze jeden element charakterystyczny dla współczesnych wirtualnych czasów: zacieranie granic między nadawcą a odbiorcą. My nie czujemy się tylko widzami, my chcemy ten serial analizować, omawiać, czasem nawet współtworzyć. Pojawiają się faNety i fanfiki, czyli przestrzenie, na których próbujemy zawłaszczyć sobie ulubionych bohaterów i tworzyć nowe historie oraz sytuacje z ich udziałem. Fani tak kochają niektórych bohaterów, że nie chcą ich oddać tylko twórcom serialu.

Można powiedzieć, że seriale stawiają na inteligencję, także widza.
One wymagają od odbiorców pewnych kompetencji. Nie ma taryfy ulgowej. I dobrze, bo my, jako widzowie, nie chcemy spłyconej wizji świata. Dzisiejsze seriale przestały być tylko telewizyjne, stały się transmedialne, istnieją dla swoich fanów i dzięki nim. To oni kupują DVD, gadżety, koszulki, tworzą fandomy, czyli całe społeczności skupiające fanów. Seriale tworzą bliską relację ze swoimi odbiorcami. Są jednocześnie elitarne i egalitarne.

?>