fbpx

„Mildred Pierce”: Matka, żona i kochanka

„Mildred Pierce”: Matka, żona i kochanka
kadr z filmu "Mildred Pierce"

Rozpisany na pięć rozdziałów, wyemitowany przez HBO i wyreżyserowany przez Todda Haynesa „Mildred Pierce” jest z pewnością jednym z najbardziej artystycznie spełnionych seriali ostatnich lat.
„Mildred Pierce” to adaptacja pochodzącej z 1941 roku powieści Jamesa M. Caina. Nie pierwsza adaptacja, należy dodać – w 1945 powieść przeniósł na ekran Michael Curtiz, twórca legendarnej „Casablanki”, a główną rolę zagrała u niego Joan Crawford. Wtedy jednak oryginalną historię skrócono i dodano do niej na siłę kryminalny wątek. Wersja Haynesa okazuje się dużo bardziej wierna oryginałowi. Rozgrywająca się na przestrzeni kilku lat historia jest bogata i zniuansowana.

Tytułowa bohaterka (w tej roli świetna Kate Winslet) to żyjąca w czasie Wielkiego Kryzysu kobieta, która po rozstaniu z mężem (Brían F. O’Byrne) próbuje ułożyć sobie na nowo życie. Zakłada restaurację i wikła się w romanse. Odbija się od dna, ale nie udaje się jej dotknąć szczytu – pozostaje zawieszona gdzieś między kolejnymi szczeblami awansu społecznego. Czasem jest naiwna, a czasem cyniczna. Czasem manipuluje ludźmi, czasem sama bywa manipulowana, a jeszcze kiedy indziej trudno odróżnić, kto w skomplikowanych relacjach międzyludzkich jest marionetką, a kto pociągającym za sznurki. Przez ponad pięć godzin seansu dostajemy bogaty, pełen różnych odcieni portret Mildred.

Mildred jest zazwyczaj twardą kobietą, ale ma jedną słabość – swoją córkę, Vedę (Morgan Turner/Evan Rachel Wood). Veda to dorastający demon ambicji i egoizmu. Za wszelką cenę chce być kimś, chce wyrwać się ze środowiska, w którym się wychowała, zdaje się nienawidzić matki za to, że nie są arystokratkami lub przynajmniej klanem hollywoodzkich gwiazd. To właśnie ich toksyczna relacja jest główną osią serialu i to właśnie ona przynosi jego najbardziej porażającą scenę. Nie zdradzając niczego – dochodzi w niej do konfrontacji podstarzałej i zapłakanej Mildred z nagą Vedą, prężącą przed matką swoje młode ciało i triumfującą nad nią w najbardziej okrutny sposób, na jaki było ją stać.

Sukces uhonorowanej pięcioma nagrodami Emmy „Mildred Pierce” nie jest zaskoczeniem – nazwisko stojącego za kamerą Todda Haynesa stanowi gwarant jakości. Jak dotąd dał się poznać jako eksperymentator i wspaniały stylista. Jego „Poison” żonglowało różnymi konwencjami, od horroru po mockument, „Idol” był barokową fantazją na temat glam rocka, a „I’m Not There” wywracało na nice schematy kina biograficznego. „Mildred Pierce” jest też stylistycznym popisem – szczególnie dzięki na zmianę oszczędnym i flirtującym z kiczem zdjęciom Edwarda Lachmana – ale tym razem Haynes stawia tu przede wszystkim na coś innego: na epicką historię.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze