fbpx

„Misiaczek” – potwór o sercu gołębia

„Misiaczek” - potwór o sercu gołębia
fot. materiały prasowe Vivarto

Jakiś czas temu furorę w polskim internecie zrobił Hardkorowy Koksu, który łamaną polszczyzną z udziwnionym akcentem motywował osoby zainteresowane kulturystyką do skrupulatnego wykonywania zaplanowanych przez niego ćwiczeń. Duński „Misiaczek” opowiada historię rozterek sercowych mężczyzny, który spokojnie mógłby układać plan treningowy Hardkorowemu Koksowi.
Dla reportażysty byłby to temat dziewiczy i nierozpoznany: jak kochają współcześni mięśniacy? Ci mięśniacy, którzy nie są superbohaterami, nie ratują świata przed zagładą, ale dzielą z mamą małe mieszkanie w bloku i większość dnia spędzają ze sztangielką? Czego pragną, prężąc się przed lustrem? Czy myślą o czymś poza „suplami”?

fot. materiały prasowe Vivarto/więcej w galerii

Film „Misiaczek” opowiada historię tak nietypową, że wręcz niewiarygodną. Na dodatek główny bohater – Dennis (Kim Kold) – niby zaprzecza stereotypom, ale w sposób tak przewidywalny, że nudny, rodem ze świata baśni, z „Pięknej i bestii”. Oto bowiem maszyna do zabijania, góra mięśni, człowiek, który na każde pytanie „Who are you?” odpowiada nieśmiało „I’m a bodybuilder” i właściwie nic już więcej nie potrafi dodać, zapragnął prawdziwej miłości. Ma 38 lat, dzieli mieszkanie ze starą już, kruchej w porównaniu z nim budowy, matką. Ingrid (rewelacyjna Elsebeth Steentoft) wychowywała go samotnie i nigdy nie pogodziła się z myślą, że jej mały chłopiec już dorósł. Jest uzależniona emocjonalnie od syna i nie widzi konieczności wypuszczenia go z gniazda.

Niewielki pokój Dennisa zdobią jedynie blaszane puchary z konkursów kulturystycznych. Także pierwsze randki odbywa z koleżankami z siłowni, ale nie wróżą one sukcesu w budowaniu rodziny. A choć trudno w to uwierzyć, właśnie o tym marzy Dennis, prężąc się przed lustrem – o własnej rodzinie.

Wobec ewidentnej niemocy nawiązywania kontaktów z kobietami we własnym kraju, Dennis idzie w ślady wuja i decyduje się spróbować seksturystyki w Azji. Należy oddać mu sprawiedliwość, że sam tak swojej wyprawy nie nazywa. Wbrew wszystkim, którzy uśmiechają się pod wąsem, wbrew matce, która go niemal wydziedzicza, wbrew samym Tajkom, które atakują go na ulicy i wabią do swoich domów uciechy – on poszukuje prawdziwej miłości. I znajdzie ją… na siłowni.

Pomimo przewrotnie szczęśliwego zakończenia i kilku przeuroczych scen (ogromny Dennis i maleńka Toi pędzący ramię w ramię na skuterkach), „Misiaczek” jest filmem przygnębiającym, szarym i bardzo oszczędnym w środkach. Dialogi oschłe, wręcz papierowe, nie uwypuklają zanadto (bardzo skądinąd ciekawych, ale też psychicznie niezłożonych) postaci. Przez to rewelacyjny materiał na dramatyczną kulminację akcji – czyli konflikt despotycznej matki i budzącego się indywidualizmu syna, moment rozpadu rodziny – zostaje zmarnowany. Nie wierzę w szczęśliwe zakończenie tego filmu, choć bardzo chcę wierzyć w takie zakończenia w życiu. To film dla wszystkich, którzy potrzebują uwierzyć, że miłość można, jak śpiewa Rihanna, znaleźć nawet w „beznadziejnych położeniach”.

Reżyser Mads Matthiesen rozwinął fabułę tego obrazu z krótkometrażowego „Dennisa”, który spodobał się bardzo na festiwalu w Sundance. Jeśli można prorokować po tej pierwszej próbie jego filmowej sztuki, możemy się spodziewać, że Matthiesen wyrośnie na artystę, który szuka głębi w historiach bardzo prostych, nietypowych dla postaci, ma dużą wrażliwość na problemy społeczne i nie boi się podejmować trudnych tematów. Oby jeszcze nie zabrakło mu odwagi nieco się przy ich realizacji zmęczyć.