fbpx

„Savages”, czyli zmarnowana szansa Oliviera Stone’a

„Savages”, czyli zmarnowana szansa Oliviera Stone’a
kadr z filmu "Savages"

Jeszcze dobrze pamiętam okres, gdy co roku bombardowani byliśmy dziełem Olivera Stone’a, które nie tylko poruszało krytyków i publiczność, ale było przy tym czymś więcej niż osiągnięciem artystycznym – pisze Łukasz Jasina.
Wystarczy wyliczyć: „Pluton”, „Urodzony 4 lipca”, „The Doors”, „JFK”, „Urodzeni mordercy”, „Nixon”. Miłością do Stone’a podzieliłem się raz z pewną doktor filmoznawstwa. „Hochsztapler” odrzekła. Wtedy jej nie wierzyłem. Dziś, po obejrzeniu najnowszego filmu mojego niegdyś ulubionego reżysera mój pogląd zaczyna się jednak zmieniać. „Ponad bezprawiem” sprawiło, że mój szacunek dla filmowych przewag Stone’a doznał uszczerbku, jakiego nie spowodował ani „Alexander” (2004), ani „World Trade Center” (2006) czy „W” (2008).

Narkobiznes i jego obraz w kinie amerykańskim przez ostatnie trzy dekady przeszedł bardzo długą drogę. Wiodła ona od kunsztownie zrealizowanych dramatów i seriali telewizyjnych, budujących mit narkotykowych bossów, do oscarowego „Trafficu” (2001), który można uznać za próbę rzetelnej analizy problemu i jego wielkiego kontekstu – stosunków Stanów Zjednoczonych z południowymi sąsiadami i miejsca latynoskiej emigracji (zasadniczo tej nielegalnej i świeżo przybyłej) w życiu kraju. Zmieniało się nie tylko kino, ale i polityka – w tym samym czasie amerykańska administracja przeszła od metod buńczucznych, reprezentowanych choćby przez interwencję w Panamie, do działania w porozumieniu z krajami Ameryki Łacińskiej.

W „Savages” – adaptacji bestselerowej powieści Dona Winslowa – Stone wydaje się w niezwykle ekwilibrystyczny sposób odchodzić od rzetelności dotychczasowej kinematografii opowiadającej o problemach z narkobiznesem. Wolta ta opatrzona tytułem „kino autorskie Oliviera Stone’a” wydaje się być zrozumiała. Można na nią jednak spojrzeć jako na zmarnowanie szansy na powiedzenie czegoś ważnego w kontekście niezwykle istotnej społecznie kwestii. Jak mogło do tego dojść?

Stone i amerykańskie koszmary

Olivier Stone, urodzony w latach czterdziestych, wychowany podczas gigantycznej prosperity amerykańskiej gospodarki za rządów Eisenhowera, kształtował się jako artysta w dobie wielkich przemian na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wojna w Wietnamie, w której sam brał udział, oraz związek z kontestującymi system ruchami młodzieżowymi na amerykańskich uniwersytetach wyraźnie wpłynęły na dokonany przez niego wybór polityczny. Począwszy od swojego spóźnionego debiutu scenariuszowego („Człowiek z blizną” Briana De Palmy z 1983 roku) i reżyserskiego („Salwador” z 1986). Stone przypominał Amerykanom koszmary, o których chcieliby zapomnieć. Jednocześnie uprawiane przezeń kino polityczno-historyczne było jak najdalsze od tego, co w tym samym czasie zaczął wypracowywać Michael Moore. Stone’owskie filmy łączyły w sobie barokowość Viscontiego, manipulację wspomnianego Moore’a, historycyzm Wajdy, artyzm Scorsese i liczącą się w latach osiemdziesiątych szybkość montażu w stylu MTV.

Obydwa debiuty Stone’a powinny nas przekonać, że jak mało kto znał się on na karaibsko-latynosko-narkotykowym zapętleniu Stanów Zjednoczonych. W „Salwadorze” Stone ze znawstwem pokazał tragedię środkowoamerykańskiej republiki. Scenariusz „Człowieka z blizną” natomiast oddawał atmosferę lat osiemdziesiątych, kiedy to Ameryką wstrząsały narkotykowe wojny, a symbolem tego konfliktu stało się Miami z jego kubańskimi konotacjami.

Ku latynoskiej cepelii

Reżyser ostatnim filmem powrócił do tej tematyki – choć czasy są już zupełnie inne. USA nadal są rajem dla wielu migrantów choćby z północnej części Meksyku, jednak relacje te nie przypominają już postkolonialnych reminiscencji, jakim hołdował sam Stone w swoim paradokumencie o Fidelu Castro. Tam Stany Zjednoczone prezentowały się jako złe, wszechobecne mocarstwo, a przeciwstawiający się jej latynoski dyktator stanowił symbol nowych idei. Obecnie USA nie jest już metropolią dominująca nad swoimi słabymi sąsiadami. Mieszkańcy Ameryki Łacińskiej potrafią z USA grać i wygrywać.

W „Savages” to obywatele Stanów Zjednoczonych – dwaj zdolni absolwenci uniwersytetów z czołówki amerykańskich rankingów – chcą zdobyć duże pieniądze przez biznes narkotykowy, kontrolowany przez meksykańskie kartele. Role się odwracają; to dwaj przedstawiciele klasy wyższej staczają się na dno i popełniają zbrodnie zastrzeżone jak dotąd dla tych, którzy wywodzili się z nizin. Tego wątku starcia pomiędzy środowiskiem przestępczym zdominowanym przez emigrantów a kreatywnością dawnych elit (pokazanych jako para nieproduktywnych WASP-ów, z których jeden jest weteranem wojen toczonych ostatnio przez USA) – Stone jednak praktycznie nie wyzyskuje.

Reżyser przedstawił nam zamiast tego pięknie zmontowany pamflet składający się w dużej mierze z autoplagiatów. Widoki kalifornijskich plaż przypominają „The Doors”, sceny surrealistycznego okrucieństwa na pustyni to kubek w kubek „Droga przez piekło”, a skorumpowany urzędnik państwowy grany przez Johna Travoltę to powtórzenie złych reprezentantów systemu z „Urodzonych morderców”. Całość podlana jest manipulacjami montażowymi i efektami wyraźnie prowadzącymi widza. Nie ma tu miejsca na wizję nikogo innego niż sam Stone.

Można odnieść wrażenie, że narkobiznes jest dla reżysera jedynie pretekstem, stylową dekoracją dla ukazania upadku kondycji ludzkiej, malowniczych krajobrazów i zetknięcia się Latynosów z WASP-ami (co zawsze dobrze wygląda na ekranie). O korupcji, niemożności zakończenia „wojen narkotykowych” i skomplikowanej naturze stosunków amerykańsko-meksykańskich nie dowiadujemy się jednak (mimo reklamowych zapewnień) niczego nowego.(…)

Czytaj więcej na Kultura Liberalna