fbpx

Adam Sikora – Pierwszy gasi światło

Polscy operatorzy znani za granicą? Od jakiegoś czasu w tej czołówce jest także jego nazwisko. Adam Sikora opowiada nam, jak zdołał przetrwać na planie „Essential Killing”, dlaczego Rutger Hauer po roli w „Młynie i krzyżu” nie chciał wyjechać z Polski i o wstrząsającym filmie „Ewa” w jego reżyserii.
– Na tegorocznym festiwalu w Gdyni dostał pan Złote Lwy za zdjęcia do „Essential Killing”, głośnego, nagrodzonego w Wenecji filmu w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Dlaczego nie odebrał pan nagrody osobiście?

– Nie mogłem. Mam zdjęcia w różnych częściach świata, coraz trudniej mi wszystko ze sobą pogodzić.

– Podobno kiedy po raz pierwszy usłyszał pan w słuchawce: „dzień dobry, tu Jerzy Skolimowski”, myślał pan, że ktoś robi sobie żarty.

– Tak. Odpowiedziałem: „bardzo mi miło, tu Sven Nykvist” [nieżyjący już słynny szwedzki operator – przyp. red]. Szybko się jednak zorientowałem, że rozmowa jest poważna. Pan Jerzy wrócił po latach do Polski i szukał operatora.

– Dlaczego wybrał pana?

– Nie wiem, nigdy go o to nie zapytałem. Pierwszy film, przy którym współpracowaliśmy, to „Cztery noce z Anną”. Następny to już „Essential…”.

– Zdjęcia w ekstremalnych warunkach: na pustyni albo przy kilkunastostopniowych mrozach. Było ciężko?

– Pustynię, która mogłaby „zagrać” Afganistan, znalazłem, pracując nad zupełnie inną, izraelsko-polską koprodukcją. Szukając odpowiednich planów, pokonałem kilometry kanionami przy 40-stopniowym upale. Za to same zdjęcia do „Essential Killing” wypadły na przełomie grudnia i stycznia. Było przyjemnie, dopóki nagle nie spadł deszcz. Ulewa trwała może z dziesięć minut, ale po niej piasek przemienił się w gigantyczne błoto. Ugrzęzły w nim nasze auta z oświetleniem, garderoba dla aktorów, wszystko. Ekipa wydostała się z planu w gumowcach, a cały sprzęt musieliśmy zostawić na noc na pustyni. Potem z Izraela trafiliśmy do mroźnej Polski, a na koniec do zabójczo zimnej Norwegii. Siedzieliśmy na planie w kombinezonach.

– Takich, jakie noszą polarnicy?

– Raczej takich, jak kosmonauci.

– Główną rolę w tym filmie zagrał Vincent Gallo, o którego trudnym charakterze krążą legendy. To prawda, że nie odzywał się do nikogo z ekipy i bywał agresywny?

– Nawet jeśli czasem był nieznośny, łatwo mi go zrozumieć. Dla niego liczy się to, co widać potem na ekranie. Skoro grał rolę outsidera, człowieka, na którego wszyscy polują, może niekoniecznie miał potrzebę zawierania przyjaźni na planie?

– Nie mógł zachowywać się normalnie?

Kadr z filmu „Młyn i krzyż”/ fot. materiały prasowe

– Już samo pojęcie „normalny artysta” jest mocno podejrzane. Najlepsi aktorzy to najczęściej neurotycy z rozbudowanym ego. Co nie znaczy, że wszyscy zachowują się w ten sam sposób. Mam świetne wspomnienia z planu filmu „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, w którym gra Rutger Hauer. Był bardzo bezpośredni, miał świetny kontakt z ekipą. Powtarzał, że Katowice, gdzie pracowaliśmy, to najpiękniejsze miasto na świecie. Po nakręceniu swoich scen planował odlecieć do Hollywood. Miał wykupiony lot. Tymczasem dzień później siedzimy na planie i nagle wchodzi on, wołając: „cześć, nie poleciałem, nie mogłem was opuścić!”. Wiem, że odwiedził jeden ze śląskich domów dziecka, kupił tam jakiś sprzęt, spotkał się z dzieciakami. Zwiedził też Warszawę i poprowadził z Lechem Majewskim zajęcia filmowe ze studentami. Dopiero po nich wyjechał.

– „Młyn i krzyż” to drugi wielki wygrany tegorocznego festiwalu w Gdyni. Pana nazwisko coraz częściej wymienia się obok najbardziej znanych polskich operatorów: Janusza Kamińskiego, Sławomira Idziaka, Pawła Edelmana. Co według pana decyduje o sukcesie w tym zawodzie?

– Poza pewnymi umiejętnościami niezbędne jest jednak szczęście. Wielu fantastycznych ludzi, których znałem, na poziomie szkoły zapowiadało się na genialnych twórców, a potem przepadło. Drobne zbiegi okoliczności budują wielką historię, nie mówiąc o życiorysach poszczególnych ludzi. Muszę tu jednak podkreślić, że nigdy nie traktowałem zawodu operatora jako jedynej drogi. Zanim w ogóle poszedłem do łódzkiej filmówki, studiowałem malarstwo, którego nie skończyłem, ale nadal kiedy mogę, maluję. W szkole filmowej zająłem się także reżyserowaniem. Na przeglądzie filmowym w Cieszynie można było obejrzeć moją retrospektywę: wszystkie zrealizowane przeze mnie dokumenty i fabuły. Niektóre z nich powstały od razu z myślą o szufladzie.

– Dlaczego? Po co robić kino, jeśli nie mogą go obejrzeć widzowie?

– Chodzi o wymiar autoterapeutyczny. Zresztą większość filmów to w jakimś sensie opowieści o ich autorach. Pozostaje kwestia kamuflażu, można być bardziej lub mniej dosłownym.

– Do kin wreszcie wchodzi pańska „Ewa”. Film, który zdążyła już nagrodzić publiczność festiwalu Era Nowe Horyzonty. To prawdziwa historia?

– Prawdziwa. Kręciłem na Śląsku, z którego pochodzę, dokument. W przerwach chodziliśmy do naszego ulubionego barku. Pewnego dnia przyszła do niego też pani Ewa. Dowiedziała się od właścicielki, że robimy film, usiadła i opowiedziała nam swoje losy. Wstrząsające.

– Trudno uwierzyć, że coś takiego zdarzyło się naprawdę.

Kadr z filmu „Ewa”

– Problem, o którym opowiadamy w „Ewie”, znałem już wcześniej. Przeczytałem kiedyś obszerny artykuł dotyczący śląskich kobiet, matek i żon parających się prostytucją. Zanim w ogóle zabraliśmy się ze scenarzystą Ingmarem Villqistem do pisania, spotkaliśmy się najpierw ze świetnym socjologiem profesorem Szczepańskim, który wyjaśnił nam pewne mechanizmy: jak mężczyźni, wychowani na etosie ciężkiej pracy w kopalni, nagle tracą nie tylko zarobek i zajęcie, ale w ogóle nie potrafią już żyć. Kobiety, które nigdy nie pracowały poza domem, stają się odpowiedzialne za rodzinę. Często są przyparte do muru… Ta opowieść profesora Szczepańskiego, niezwykle rzeczowa, utwierdziła nas w przekonaniu, że to jest temat. Ale warstwa społeczna była tylko punktem wyjścia. W całej tej historii interesował nas temat miłości wystawionej na niezwykle trudną próbę. I najistotniejsza sprawa: co się dzieje, kiedy tajemnica przestaje być tajemnicą, kiedy mąż dowiaduje się, że żona jest prostytutką.

– A co po premierze „Ewy”? Nad czym pan teraz pracuje?

– Jeden z projektów, którego realizację kończymy lada chwila, to film Davida Ondrziczka, czeskiego reżysera znanego u nas m.in. z komedii „Samotni”. Tym razem będzie to kino noir. Fajnie, bo ja bardzo lubię mrok.

– No tak, i to dosłownie: na początku zdjęć wyłącza pan wszystkie światła na planie.

– [śmiech] Gaszę tylko te niepotrzebne. Zawsze zostawię gdzieś jedną, malutką lampkę.

 

ADAM SIKORA (ur. w 1960 r.) polski operator. Jego zdjęcia trudno pomylić z innymi. Przez lata współpracował z polskimi twórcami, takimi jak: Lech Majewski, Agnieszka Glińska czy Laco Adamik. Przy dokumentach, spektaklach Teatru Telewizji, filmach fabularnych. Niegdyś kojarzył się głównie z ambitnym, kameralnym kinem, dziś pracuje też przy dużych międzynarodowych produkcjach, nie rezygnując z własnych, autorskich projektów. Laureat m.in. Złotych Lwów i Srebrnej Żaby.