fbpx

AfryKamery – Made in Africa

19 kwietnia rozpoczął się VII Festiwal Filmów Afrykańskich AfryKamery, który potrwa w Warszawie do 26 kwietnia. To dopiero początek wydarzenia. Po Warszawie obrazy będą prezentowane w Białymstoku, Gdańsku, Katowicach, Koninie, Krakowie, Lublinie, Poznaniu i Wrocławiu.
Na festiwal wybrać się zdecydowanie warto – nie w poszukiwaniu egzotyki, ale filmów o wymowie uniwersalnej. Kino afrykańskie głębiej niż kino europejskie czy amerykańskie penetruje obszary poniżenia i przemocy, ale także zaskakująco lepiej radzi sobie w odszukaniu nadziei.

Sekcja Made in Africa jest prezentacją filmów, które powstały w Afryce i z powodzeniem przebiły się do widowni międzynarodowych festiwali filmowych, zaskarbiając sobie uznanie jury. W przeglądzie znajdują się m.in. „Ciemne sprawy” (Matière grise) Kivu Ruhorahozy, pierwszy pełnometrażowy film nakręcony przez rwandyjskiego filmowca w kraju. Młody chłopak stara się o rządowe środki na realizację filmu. Jego scenariusz nie spełnia warunków, daleko mu do niosącej pokrzepienie historii o emancypacji kobiet. Ale reżyser jest zdeterminowany. Chce, żeby obraz miał wymowę uniwersalną. W rozmowie z przyjaciółką zaangażowaną w realizację projektu wspomina „Nieodwracalne” Gaspara Noé – ofiara gwałtu musi być piękna jak Monica Belluci, inaczej nie ma szansy, aby wzbudziła u widza współczucie. I taki film, o którym opowiada reżyser, wkrótce powstaje.

Głównym bohaterem „Ciemnych spraw” jest Balthazar, który wojnę spędził na studiach w Belgii. W Rwandzie nie może poradzić sobie z nawiedzającymi go obrazami śmierci rodziców, spalonych żywcem, czy gwałconej siostry. Wycofuje się, ukrywa się za motocyklowym kaskiem, nie mówi. To nie zapis walki o powrót do świata żywych, a kapitulacja w obliczu jakiejkolwiek próby racjonalizacji okrucieństwa, uświadomienie łańcucha spajającego katów i ofiary. Bohaterowie w jednej ze scen filmu zostali przedstawienie w odrealnionej przestrzeni za kratami, gdy przyglądają się uwięzionemu w szklance karaluchowi. Tkwi w nich nienawiść, która ma swoje źródło w doświadczeniu poniżenia.

Przemoc, okrucieństwo, jest integralną częścią fascynujących w różnorodności stylistycznej i gatunkowej filmów „Lucky” Avie Luthra (RPA 2011), „Marzyciel” Paula Eliersa (RPA 2011), „Viva Riva!” Djo Tunda wa Munga (DRK, Francja, Belgia, Niemcy 2010). W „Lucky’m” i „Marzycielu” perspektywa dzieci, z której obserwujemy wydarzenia, nie pozwala powiedzieć o świecie dorosłych wiele dobrego i obnaża jego irracjonalność. Nadzieja jest jego rewersem. Pojawia się mimo wszystko.

Obrazy przeszłości odpędza w końcu także Balthazar z „Ciemnych spraw”. To staje się po prostu i nie budzi zdziwienia u widzów. W europejskich filmach Hanekego, Gaspara Noé, ostatniej „Elenie” Zwiagincewa, filmach podobnej ciężkości co „Ciemne sprawy”, dużo trudniej byłoby nam pogodzić się z dobrym zakończeniem. Zaskakujący w wydaniu afrykańskiej kinematografii okazuje się także film akcji „Viva Riva!” Miłości Rivy i Nory kibicujemy bardziej niż większości bohaterów amerykańskich love story. W rzeczywistość pochłoniętej wojną gangów, rozpalonej, irracjonalnej Kinszasy niewiele jest w stanie zdziwić. Podobnie dzieje się w bardzo świadomym wizualnie „Restless City” Andrew Dosunmu (USA, Nigeria, 2011). Tu także trudno zaakceptować niepowiedzenie ucieczki ulicami brudnego Manhattanu dwójki imigrantów – marzącego o muzycznej karierze sprzedawcy nielegalnych płyt Djibril i zmuszanej do prostytucji pięknej Midi. Wierzymy do końca, mimo pięknych, melancholijnych zdjęć, na których bohaterowie niepokojąco często zostają uchwyceni zza szyb i luster. W tym filmie ciszy bardzo chciałoby się usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła, który zapowiadałby ich uwolnienie.