fbpx

Dokąd teraz?

Reżyserka i odtwórczyni głównej postaci w „Karmelu”, nie tylko w Polsce docenionym przez widownię, wraca z nowym portretem kobiet. Tym razem jest to portret zbiorowy, który spodoba się nam jeszcze bardziej.
W „Dokąd teraz” pojawiają się wszystkie te elementy, za które pokochaliśmy „Karmel”. Niebanalny humor na osłodę trudnych tematów, bardzo ciepłe, mocno zarysowane postaci kobiet, piękne światło wypełniające wnętrza i ożywiające niespotykane pod naszą szerokością geograficzną kolory. Podobnie też będziemy czuli się po wyjściu z kina – pokrzepieni.

Akcja filmu „Dokąd teraz” toczy się w liczącej kilkanaście rodzin wiosce odciętej od reszty Libanu pasmem gór. Jedyną łączność ze światem zewnętrznym zapewnia dwóch nastolatków, którzy mają odwagę wyjeżdżać co jakiś czas do miasta po zbiorowe zakupy. Są też massmedia – prasa, jeden psujący się telewizor, który działa jako kino pod chmurką i radio w kawiarni wdowy Amale (Nadine Labaki). Kawiarnia ta, jeśli rozważać tylko jej funkcję, jest tym, do czego dążą coraz popularniejsze w Polsce klubokawiarnie – pełni rolę centrum życia towarzyskiego, jest miejscem wykładania indywidualnych racji i podejmowania wspólnych decyzji.

W wiosce są też – stojące „ramię w ramię” – kościół i meczet. Gospodarze tych dwóch świętych miejsc – imam i pop – są najlepszymi przyjaciółmi, z jednej strony przywódcami duchowymi, z drugiej – rozkosznymi staruszkami. Nie zależy im na dowodzeniu wyższości własnej religii nad drugą, ale na utrzymaniu równowagi w osadzie, która jest dla nich małą próbką kosmosu. Aby to osiągnąć, posuną się do wszystkiego – w tym także zdrady własnej wiary na rzecz tej drugiej. Po co przejmować się ogniem piekielnym w życiu pozagrobowym, skoro żyje się w piekle już tu, na ziemi? Pierwsza oś podziału wioski przebiega więc na styku wyznań.

Druga oś to granice płci. Żyją tu dwa walczące ze sobą chóry: kobiecy i męski. Kobiety śpiewają unisono, wśród mężczyzn słychać zaś wyraźne dwa konkurujące ze sobą głosy – muzułmanów i chrześcijan. Gdyby ktoś nakręcił taki film gdziekolwiek w Europie, a już na pewno w Polsce, posypałyby się na niego gromy. To zabrzmi jak tautologia, ale tylko z pozoru: w tym filmie każda kobieta jest kobietą, a każdy mężczyzna – mężczyzną. Labaki nie interesuje to, czym karmi się współczesne kino – nie interesują jej żadne marginesy, stany przejściowe, nie obchodzą jej za bardzo pojedyncze przypadki, indywidualne losy. Jej celem jest stworzenie zbiorowego portretu kobiet, a przez to – sięgnięcie gdzieś wgłąb czasu i do źródeł natury, odkrycie tego, co niezmiennie, odwiecznie i uniwersalnie kobiece (wyraźnie wartościowane jako dobre). A potem przeciwstawienie tego pierwiastkowi męskiemu (który zdecydowanie wartościowany jest jako zły).

Jest jeszcze jedno ważne, a może najważniejsze miejsce w tej wiosce: cmentarz. Kobiety zrobią wszystko, by nie dopuścić do następnej rzezi, po której będą musiały znów chować swoich synów i mężów. Chór męski w tym filmie mógłby spokojnie posłużyć za ilustrację do piosenki „Testosteron” Kayah. Mężczyźni sprowadzeni są tu do dwóch, zaślepiających ich całkowicie popędów: śmierci i pożądania seksualnego. Wystarczy iskra, by chwycili za broń, wystarczy skinąć palcem, by wskoczyli do łóżka. Kobiety pełnią przy nich rolę cugli – mają nad mężczyznami całkowitą władzę i odpowiednio grając na ich popędach, prowadzą ich tam, gdzie chcą.

Ten film w Polsce będzie się podobał, ale go nie zrozumiemy. Dlaczego? Ano dlatego, że problem poruszany przez Labaki wcale nie jest uniwersalny. Niezależnie od liczby korespondentów w krajach arabskich nie mamy najbledszego pojęcia o tym, jak czują się Libanki, gdy chowają nastoletnich synów po bratobójczej walce. Mamy wprawdzie pewne wspomnienia, przekazane przez pokolenia pamiętające czasy drugiej wojny światowej, czasy konfliktów narodowościowych i wyznaniowych pomiędzy sąsiadami, dlatego ten film wyda nam się bliski, jak jakiś dawno zapomniany sen. Ale żyjemy już w rzeczywistości ujednoliconej, pozbawionej różnic etnicznych i religijnych w naszej codzienności. Dlatego oglądamy ten obraz jak pocztówkę z egzotycznego kraju z napisem, którego nie potrafimy odcyfrować. Bawi nas setnie humor, którego w „Dokąd teraz?” pełno, ale nie rozumiemy rozpaczy, którego w nim równie dużo – dlatego odbiór takiego kina w Polsce musi utykać na jedną nóżkę. Potraktujemy ten film po prostu jako doskonałą rozrywkę. A przecież dopiero na koniec tego filmu pada tytułowe pytanie „Dokąd teraz?”. Wtedy, kiedy nam się wydaje – sprawa załatwiona, konflikt zażegnany! – reżyserka pyta: „Tyle jestem sobie w stanie wyobrazić, ale co dalej?”.

A dlaczego nam się ten film w Polsce tak bardzo spodoba? Przede wszystkim jest miły dla oka. Muzyka – autorstwa męża Labaki – upojna. Uroda aktorów egzotyczna. Ale najbardziej spodoba nam się wymowa tego filmu. Pozorne uproszczenia, a w rzeczywistości powrót do pytań o kwestie zasadnicze, którego dokonuje Labaki w obliczu wojny domowej, bardzo nam posmakują. Tęsknimy do prostego życia na wsi, prostego podziału ról, brakuje nam małych społeczności, które potrafią się same regulować.

Szczególnie zaś kobiety – obawiam się – łakną symbolicznego odwetu na mężczyznach. Głęboko drzemie w nas pragnienie, by opowiedzieć sobie historię Pierwszego Ogrodu na nowo: że mężczyźni nie mają intelektu, a jedynie instynkty, które my, kobiety – dzięki solidarność jajników – potrafimy wykorzystać do własnych celów. A ten cel dla Labaki to niepusta przyjemność czy panowanie nad światem. Jej celem jest uchronienie codzienności, którą oddycha, mikrokosmosu, który kocha, przed zagładą. Ten problem jest odległy o całe lata świetlne od naszej rzeczywistości, a przynajmniej bardzo głęboko zakopany pod ziemią.Nie rozpoznamy w tym filmie siebie, nie rozpoznamy w dwóch świątyniach stojących ramię w ramię kościoła i cerkwi czy kościoła i synagogi. Czytam w komentarzach internetowych: „Generalnie przesłanie jest takie, że to my, kobiety, rządzimy światem”. „No to koniecznie muszę iść” – odpowiada ktoś inny. Koniecznie.

Wywiad z Nadine Labaki czytaj TUTAJ.