fbpx

Histeria – romantyczna historia wibratora

Mimo że „momenty”, a i owszem,
się tu trafiają, absolutnie nie jest
to kino z tzw. różowej serii.

„Histeria…” to komedia. Zabawna, bezpretensjonalna, a do tego prawie romantyczna. Miejscem zdarzeń jest wiktoriańska Anglia. Dokładnie Londyn, gdzie pod koniec XIX wieku co druga kobieta cierpiała ponoć na histerię. Zwalczaniem tejże właśnie przypadłości zajmuje się doktor Dalrymple stosujący u swoich pacjentek jako antidotum ręczny masaż intymnych, mówiąc z młodopolska, zakątków ich jestestwa. Nie, pan doktor nie jest starym zbereźnikiem, bo wszystko, co czyni, robi w imię nauki. I robi to skutecznie, o czym świadczy długa kolejka pań przed jego gabinetem. Nic więc dziwnego, że młody asystent doktora, niejaki Granville, który z czasem przejmuje od pryncypała praktykę, ma nieustanne kłopoty z nadwerężaną podczas zabiegów ręką. Postanawia więc wykorzystać elektryczność. Konstruuje przyrząd, który wprawdzie różnił się od tego, z jakim nie tak dawno obnosił się poseł Palikot, ale także zdziałał cuda. Od tamtej pory kobiety zaczęły wybijać się na niepodległość, mężczyźni zaś sukcesywnie tracili na znaczeniu. I pomyśleć, że to wszystko przez prąd!

HYSTERIA reż. Tanya Wexler, Wielka Brytania 2011, wyk. Maggie Gyllenhaal, Hugh Dancy, Jonathan Pryce, Rupert Everett, dystr. Hagi. W kinach od 2 marca.