„Kongres” Ariego Folmana

„Kongres" Ariego Folmana
Please Add Photos <br> to your Gallery

Mamy przed sobą nie tyle adaptację znanej noweli Stanisława Lema, ile wizję przyszłości niepohamowanego w swej fantazji Ariego Folmana.

Mamy przed sobą nie tyle adaptację znanej noweli Stanisława Lema, ile wizję przyszłości niepohamowanego w swej fantazji Ariego Folmana. To dzieło zachwycające, a jednocześnie wymykające się prostym ocenom.

Ari Folman zaskoczył nas kilka lat temu, kiedy pokazał światu genialny „Walc z Baszirem”. Ciekawa animacja, wciągająca historia, dramatyczny finał poruszały nie tylko samą historią, ale sposobem jej opowiedzenia. To było coś zupełnie świeżego, pozostawiało widza w osłupieniu i zachwycie.

W swoim kolejnym filmie Folman już nas tak zaskoczyć nie może – jego łączenie świata realnego z animowanym odbywa się tu na najwyższym poziomie, choć i kreska i pomysł na świat przedstawiony są zupełnie bajkowe, trochę jakbyśmy zajrzeli do snów postaci z kreskówek. Nie ma ie tu powagi i odtworzenia świata rzeczywistego, jest jego przerysowanie do granic możliwości, co daje prawdziwą ucztę dla oka.

Ale po kolei. Historia zaczyna się jak typowe kino hollywoodzkie, na chwilę przed wejściem w świat technologii z XXI jeśli nie z XXII wieku. Oto znana aktorka Robin Wright (która w filmie gra samą siebie), samotnie wychowująca dwójkę dzieci staje przed wyzwaniem, jakie stawia przed nią jej wytwórnia filmowa Miramount. Albo pozwoli się zeskanować (dzięki czemu ona zachowa wieczną urodę, a studio – obraz jej zeskanowanego ciała na wyłączność) i otrzyma honorarium pozwalające jej godnie żyć przez lata, albo studio rozwiązuje z nią współpracę. Robin decyduje się przystać na tę propozycję, która swoje konsekwencje będzie miała dopiero 20 lat później, kiedy aktorka zostanie zaproszona na tytułowy kongres.

Właśnie ów kongres jest nawiązaniem do słynnego „Kongresu Futurologicznego” Stanisława Lema. Mylą się jednak ci, którzy myślą, że oznacza to adaptację książki lub choćby wierne jej cytowanie. Folman bierze na warsztat Lema i wybiera z niego te pomysły, które pozwolą mu rozwinąć historię Robin. Niektóre motywy są wręcz dosłowne, podobnie jak wizja świata, ale Folman, mimo wspaniałego wykorzystania geniuszu Lema, prowadzi swoją opowieść, która jest niczym archetypiczna przypowieść o matce poszukującej syna, tyle że w wydaniu science fiction. W „Kongresie” odnaleźć można też wiele smaczków z naszej edukacji pop-kulturowej – reżyser co chwila puszcza oko, wprowadzając postacie, epizody lub wypowiedzi będące cytatami z szeroko rozumianych tekstów kultury.

Czytam pierwsze komentarze, oceniające film jako przydługi, nudny, niejasny czy niemający nic wspólnego z książką Stanisława Lema. Zupełnie się z nimi nie zgadzam, a nowe dzieło Folmana gorąco polecam bardziej wymagającym widzom.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze