fbpx

My name is Kowalski – Polacy w kinie zachodnim

My name is Kowalski – Polacy w kinie zachodnim
Materiały prasowe / Clint Eastwood jako Walt Kowalski w filmie "Gran Torino"

O rodzimych akcentach w kinie zagranicznym mówi się najczęściej w kontekście antypolonizmów, że nasz rodak na ekranie to albo gbur, albo prymityw, albo bandzior. I faktycznie, podobnych przykładów można znaleźć bez liku. Ale, pochłonięci małostkowym wytykaniem palcami wpadek niegodziwego Hollywood, stawiającego często przed Polakami krzywe zwierciadło, zdajemy się zapominać o tuzinach filmów, które narodową dumę mile łechcą.

Jednakże tekst ten nie będzie miał charakteru propagandowego, choć do kin niedawno wszedł film przez wielu krytyków ogłoszony czołobitnym hołdem z pozycji klęczącej dla wstecznej idei polskiego męczeństwa, więc okazja ku temu, być może, znakomita. Mowa oczywiście o „Niepokonanych” Petera Weira, którzy faktycznie grzęzną momentami w topornym patosie, lecz posłużą nam za przyczynek do dalszych rozważań. W tym oto filmie głównego bohatera, Janusza, gra Jim Sturgess – aktor charyzmatyczny, przystojny, posiadający ten specyficzny, ekranowy magnetyzm. Weir opisuje go jako człowieka nieustępliwego w swojej szlachetności, sprawnego fizycznie, ale i dbającego o potrzeby ducha. Innymi słowy jest Janusz projekcją długoletnich marzeń przeciętnego widza o rodaku-niezłomnym bohaterze, idealnie wpasowuje się w wypracowany przez lata Polaka portret własny, wskakuje na swoje miejsce w narodowej mitologii niczym dopasowany element układanki. Dlatego też spora część branży dziennikarskiej nie mogła przyjąć takiego obrazu bezkrytycznie, jest on bowiem podobnież zafałszowany, co dłubiąca w nosie stara Polka w filmie „Bruce wszechmogący”, niegodziwiec z „Enigmy”, czy pożerający kiełbasę spekulanci ze „Ściganego”.

Można przy tym rzec, że nie potrzeba w ogóle wdawać się w podobne rozważania, że są one wyrazem zakompleksienia i zaściankowości,wszak recenzentom zagranicznym nie podnosi ciśnienia polska narodowość bohatera tego czy innego filmu. Ale z naszej perspektywy to myślenie błędne, bowiem nie sposób przecież kompletnie odciąć się od podobnych kwestii, gdyż nadal Polak na pierwszym planie zachodniego filmu należy do rzadkości. Niestety, niejednokrotnie dochodzi też do analitycznej przesady, podporządkowania filmu wątkowi polskiemu, wypaczając jego sens. W przypadku „Niepokonanych” sprawa jest skomplikowana na tyle, że dzieło Weira mówi o opowieści fikcyjnej pozującej na zapis autentyczny, osadzonej w konkretnym historycznym i społecznym kontekście. Książka „Długi marsz” Sławomira Rawicza, na której oparty jest obraz australijskiego reżysera, okazała się przecież bujdą, autor nie brał w żadnej wędrówce udziału, a w najlepszym wypadku gdzieś tam o niej zasłyszał. Postać Janusza jest więc, optymistycznie rzecz biorąc, jedynie na poły odzwierciedleniem prawdziwej osoby – jakiej? No właśnie. To raczej archetyp. W każdym razie, dochodząc (wreszcie!) do meritum artykułu, powiedzmy sobie o innych Polakach, odgrywanych na ekranie przez aktorów zachodnich. Nie rozwleczemy się w długiej wyliczance, nazwisk padłoby aż nazbyt wiele, rodaków naszych grał przecież i Charles Bronson, i Mickey Rourke, i Gene Hackman, i Christopher Lambert.

 

Nie jednemu psu Burek na imię

 Domyślny bohater filmowy pochodzący z kraju nad Wisłą nosi zazwyczaj nazwisko „Kowalski” i nie ma w tym ani nic dziwnego, ani zdrożnego. Być może, gdyby pojawiały się częściej w polskich produkcjach postacie z angielskim rodowodem, zwałyby się „Smith”. Porzućmy jednak ten trop. Faktem jest, że w (co najmniej) trzech słynnych dziełach kinematograficznych, nakręconych na przestrzeni dziesiątek lat, mężczyzna zwany Kowalskim gra pierwsze skrzypce. Nie zawsze fakt ten napawać może dumą – weźmy chociażby „Tramwaj zwany pożądaniem”, gdzie sam Marlon Brando wcielił się w brutalnego obwiesia, Stanleya K. Film, oglądany dzisiaj, wygląda na naładowany stereotypami, wszak ten młodzieniec pochodzenia środkowoeuropejskiego nie stroni od kielicha, a z żoną obchodzi się aż nazbyt surowo. Poczucie tożsamości narodowej jest w nim silne („Jestem stuprocentowym Amerykaninem […] nigdy nie nazywaj mnie polaczkiem”), ale nadal postrzega się go jako obcego dzikusa, co jest znamienne i nieprzypadkowe. W owym czasie, kiedy powstała sztuka (1947), a potem film (1951), w Stanach Zjednoczonych panowały restrykcyjne przepisy imigracyjne, które miały na celu zatrzymanie niekontrolowanego napływu ludności. A więc przybywający do USA ze swoją nieokiełznaną kulturą imigranci, stanowili często niejaką zagadkę, tajemnicę dla ludności już w Ameryce osiadłej. Nadużyciem będzie twierdzenie, że „Tramwaj zwany pożądaniem” to dzieło ksenofobiczne, nic bardziej mylnego – raczej symptomatyczne, mówiące wiele nie tyle o Polakach, co o Amerykanach. Nie zmienia to oczywiście w żaden sposób faktu, że Stanley Kowalski to prymitywny agresor, damski bokser. Jedyne pocieszenie, że, za przeproszeniem, cholernie przystojny.

 Kowalskiego zagrał też sam Clint Eastwood, ale nie Stanleya, lecz Walta – imigranta polskiego pochodzenia, byłego pracownika fabryki Forda, weterana wojny w Korei. Gdy w prasie pojawiły się zapowiedzi „Gran Torino”, podniosły się pełne oburzenia głosy, że Eastwood portretuje Polaka jako skrajnego rasistę, lecz to tylko półprawda – Walt Kowalski to klasyczny mizantrop, do tego o postawie egalitarnej, bo każdego nie znosi jednakowo. Istotne jest, że w filmie tym próżno szukać rodowitego Amerykanina, bez etnicznych korzeni w Europie czy Azji. Tym samym Eastwood mówi o Stanach Zjednoczonych jako o kraju, w którym pochodzenie liczyć się nie powinno, że bycie Amerykaninem to stan umysłu, ducha, a nie wpis w urzędowych dokumentach. Sam Kowalski również to zrozumie, a wtedy dokona się refleksyjne odkupienie. „Gran Torino” daje jeden z najważniejszych i najambitniejszych obrazów Polaka w filmie – jako człowieka zdolnego przejść trudną, wewnętrzną przemianę i w jej imię ponieść ofiarę. Może i Walt nie musiał być w tym filmie Kowalskim, mógłby reprezentować jakąkolwiek inną imigracyjną nację,jednak czyniąc swojego bohatera naszym rodakiem, Eastwood zestawia go z pozostałymi grupami etnicznymi, które, tak jak i my, są obiektami niewybrednych, często rasistowskich żartów. Ba, sam Kowalski rzuca na lewo i prawo podobne uwagi. „Gran Torino” to niezwykle trafna, obnażająca paradoks, obserwacja reżyserska.

Polak potrafi

Kolejnym filmem, w którym bohater nosi nazwisko Kowalski jest „Znikający punkt”. W nim trudniej doszukać się jednoznacznych powodów, dla których zdecydowano się tak, a nie inaczej, ochrzcić kierowcą pędzącego na złamanie karku przez amerykańskie autostrady Dodgem Chellengerem. Można trafić gdzieniegdzie na wypowiedź Richarda C. Sarafiana, że bohaterem filmu musiał być ktoś polskiego pochodzenia, bo… nikt inny nie zgodziłby się na tak szalony zakład, jaki zaproponowano w filmie. Zweryfikować te słowa będzie trudno, ale zostawić każdemu pod rozwagę – można.

Aktualnie słychać plotki, jakoby Ralph Fiennes miał sportretować Jana Karskiego, emisariusza rządowego, kuriera Polskiego Państwa Podziemnego w nowym filmie hollywoodzkim. Być może po „Niepokonanych” Petera Weira, jeszcze jakiś reżyser sięgnie po epizod z naszej, bądź co bądź bogatej, historii. Czas pokaże.