fbpx

„Nie ma tego złego” – recenzja

W swoim debiucie pełnometrażowym Mikkel Munch-Fals rozwiązuje odwieczny dylemat kina – jak wyrazić ciemną stronę człowieka, żeby nie zrobiło się za ciemno – za pomocą bardziej geometrycznego niż prawdopodobnego scenariusza. W efekcie końcowym nad „prawdą o człowieku” góruje kompozycja, iluzja wygrywa z życiem, ale jeśli się dobrze tej iluzji przypatrzeć…
Wyłączywszy klamrę kompozycyjną – sceny otwierającą i zamykającą – film „Nie ma tego złego” skupia się na czterech bohaterach, a właściwie dwóch parach: ojcu i synu oraz matce i córce. Ich losy mieszają się na zasadzie rozgrywek turniejowych, czyli „każdy z każdym”. Ostateczny wynik tego spotkania jest zaskoczeniem dla wszstkich uczestników.

Losy dwóch rodzin są symetryczne, choć nie identyczne. W obu przypadkach więź rodzinna zostaje na początku filmu na tyle poluźniona, że niemal zerwana; osamotnieni bohaterowie, wyabstrahowani ze swoich rodzinnych kontekstów, próbują na siłę znaleźć miłość wszędzie, tylko nie w domu. I tu znów zabieg schematyzujący, prosta opozycja: utracona miłość rodzinna ma być synonimem bliskości emocjonalnej; jej substytutu każdy z bohaterów szuka zaś w relacjach „czysto erotycznych”, choć wcale nie „czystych”. Wprost przeciwnie.

Przez dziewięćdziesiąt procent czasu obserwujemy więc, jak bohaterowie – patrząc na rzecz z pozycji tradycyjnego społeczeństwa, w którym seks jest akceptowalny, jeśli prowadzi do prokreacji – staczają się po równi pochyłej. Reżyser funduje nam mały katalog perwersji: zaglądamy za kulisy branży pornograficznej, wnikamy w głąb psychiki ekshibicjonisty, przyglądamy się, jak początkująca męska prostytutka przekracza swoje kolejne granice bardziej estetyczne chyba niż etyczne i – co chyba najbardziej odkrywcze i stabuizowane w tym zestawie – jak dojrzała, zachowawcza kobieta pod wpływem impulsu oddaje się żądzy.

Największa wartość i pomysłowość tego filmu tkwi jednak w pozornie komediowym, ale tak naprawdę bardzo smutnym zakończeniu. Ze względów kompozycyjnych powrót na łono rodziny i ponowne zawiązanie tradycyjnych relacji powinno, jak się zdaje, przynieść rozwiązanie problemów bohaterów. I reżyser robi to, ale nie poprzez odnowienie starego porządku, ale właśnie wyśmianie go, pokazanie absurdalności obrzędów i schematyzmu tradycji (akcja rozgrywa się w trakcje Wigilii), która ma niezwykłą moc przykrywania, przekłamywania najważniejszych, wstydliwych prawd. Pod elegancko zastawionym wigilijnym stołem plączą się włochate nici łączące bohaterów, wiążące ich ze sobą mocniej niż podane ponad stołem ręce.

Szczególną wymowę ma dla tego filmu rama kompozycyjna, czyli te dwie sceny otwarcia i zamknięcia, które pokazują innego bohatera, nie biorącego udziału w tym menuecie. „Nie ma tego złego” ma elementy czarnej komedii w jej właściwym zastosowaniu – jeśli te elementy dobrze przemyśleć, jego pozornie zabawna, błaha, niepasująca do reszty końcówka kryje więcej prawdy niż pozostałe, czasami wręcz werystyczne, sceny i w mistrzowski sposób je uzupełnia.