fbpx

„Pozdrowienia z raju” – recenzja filmu

"Pozdrowienia z raju" - recenzja filmu
materiały prasowe

Wybitnie pracowity i rzetelny filipiński reżyser Brillante Mendoza porywa nas w głąb dżungli, gdzie pomiędzy terrorystami i ich zakładnikami odczujemy kolejno strach, gniew i rezygnację, a w pewnym momencie zgubimy orientację w dobrze rozpoznanym krajobrazie dobra i zła. Historia o tym, co wydarzyło się na Filipinach, gdy oczy całego świata były zwrócone na World Trade Center.
Czasem trudno w to uwierzyć, ale to już dekada dzieli nas od ataku na World Trade Center – nie pierwszego, ale największego ataku terrorystycznego, który przez opinię społeczną, początkowo kierowaną tylko emocjami, później także przez media i polityków, został zapisany w historii jako ostateczny rozłam pomiędzy islamskim Wschodem a kapitalistycznym Zachodem.

Konsekwencje decyzji politycznych, które zapadły po tym wydarzeniu, odczuwamy do dzisiaj i odczuwać będziemy jeszcze długo. Najdłużej jednak dotykać nas będą prawdopodobnie skutki społeczne tego wielkiego zwrotu – poczucie permanentnego zagrożenia. Poczucie, że absolutnie każdy może paść ofiarą terrorystów w dowolnej sytuacji i przypłacić własnym życiem nieumiejętność rozwiązania przez instytucje państwa sporów nam obcych, odległych, przynależnych do świata Wielkiej Polityki. Konsekwencją tych wydarzeń jest także stygmatyzacja wyznawców islamu i całego świata arabskiego, narastające mury uprzedzeń i wrażenie, że motywacji tych ludzi nie da się zrozumieć. Nagle w 2001 roku wyjątkowo łatwo udało się przekonać całe społeczeństwa do czarno-białej wizji świata.

Twórca filmu „Pozdrowienia z raju”, Brillante Mendoza nie stara się nikogo usprawiedliwiać ani nikogo piętnować. A może trafniej byłoby napisać: stara się nie usprawiedliwiać i nie piętnować. Naśladując pracę dokumentalisty, pokazuje z właściwą dokumentalistom zdolnością obserwacji nietypową społeczność. Piszę „społeczność”, bo akcja tego filmu obejmuje wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni ponad roku, a początkowo czarno-biały podział na terrorystów i uprowadzonych z upływem dni stopniowo ustępuje miejsca innym podziałom, które można zaobserwować chyba tylko w takiej właśnie sytuacji. Film Mendozy nie ma na celu ilustrować wartości uniwersalnych. To studium zachowań właściwych tej konkretnie sytuacji.

Na jednej z egzotycznych filipińskich wysp pod osłoną nocy grupa zamaskowanych mężczyzn identyfikująca się z Osamą bin Ladenem porywa około 20 – niezwiązanych ze sobą – osób na barkę. Są tu turyści, misjonarze, ale też osoby pracujące na Filipinach – przypadkowa zbieranina obcokrajowców. Mendoza podobno celowo nie pozwalał obsadzie spotkać się przed rozpoczęciem zdjęć – zobaczyli się po raz pierwszy dopiero na barce. Wszystkie późniejsze wydarzenia kręcone były w kolejności chronologicznej, by uchwycić naturalne odruchy zaskoczenia u aktorów. Trzeba przyznać, że ten stosowany już wcześniej przez reżyserów chwyt przyniósł tutaj wyjątkowe efekty. Grupa zarówno porwanych, jak i terrorystów, kurczy się. Nieudolne próby odbicia zakładników wkrótce zostają zaniechane, a negocjacje przeciągają się w nieskończoność. Zarówno w oprawcach, którzy walczą o wolność swojej rodzinnej ziemi, jak i ofiarach, które pokładają zbyt dużą wiarę w swoich ambasadorach, zaczyna narastać frustracja. Nie ma mowy o przerwaniu gry. Do końca pozostaną nie najwytrwalsi, ale ci, którym się poszczęściło.

Mendoza nie epatuje przemocą i okrucieństwem, o co łatwo przy realizacji takiego tematu, ale – poza nielicznymi momentami ekstremalnymi – pokazuje przede wszystkim codzienność życia w takich warunkach, w tej specyficznej grupie. To sprawia, że mimo braku klasycznej akcji film trzyma w napięciu. Ogromna to zasługa świetnie rozpisanych postaci i odtwarzających wiarygodnie swoje role aktorów, w tym zwłaszcza Isabelle Huppert. Gra w filmie misjonarkę, która w rodzinnej Francji zostawiła męża i troje dzieci. Z biegiem dni w czarnej grupie wroga zaczyna dostrzegać postaci jaśniejsze. Zaprzyjaźnia się z kilkunastoletnim chłopcem, który trafił do armii po tym, jak zamordowano całą jego rodzinę.

Mimo naprawdę ciężkiego tematu film Mendozy nie przygniata. Wnikliwość psychologiczna reżysera sprawia, że tam, gdzie widzieliśmy czarną przepaść rozpaczy, zaczynamy wyróżniać kontury różnych zjawisk.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/vX192kJs-RQ” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]