fbpx

Samotność liczb pierwszych

Alice i Mattia to dwoje skrzywdzonych dzieci, dwoje krzywdzących się nastolatków, a potem para lustrzanych neurotyków, która pomóc sobie może tylko o tyle, o ile się w sobie przegląda. Czy i my przeglądamy się w nich?
„Liczby pierwsze to takie, które dają się podzielić bez reszty tylko przez jeden i samą siebie, co czyni je niepowtarzalnymi. Ale są wśród nich pary tzw. liczb pierwszych bliźniaczych, które znajdują się bardzo blisko siebie w ciągu naturalnym, ich różnica wynosi tylko 2, np. 3 i 5, 5 i 7, 11 i 13, 17 i 19…”. Trochę to dziwna treść jak na przemówienie panny młodej na ślubie, prawda? Bo nawet jeśli ma to być metafora dwojga indywidualistów, którzy mimo różnic pozostają zawsze bardzo blisko siebie, to dźwięczy w niej coś bardzo smutnego. Takie liczby przecież ani nigdy się nie spotkają, ani nie będą w stanie od siebie nigdy odejść.

To przemówienie w filmie Saverio Costanzo wygłasza na swoim ślubie szkolna koleżanka dwojga głównych bohaterów. A jest to ślub jak z bajki o księżniczce.W zapierającym dech w piersiach pałacu orkiestra kameralna przygrywa menuety sunącym cicho po parkiecie ubranym ze smakiem gościom.I jak na bajkę o księżniczce przystało, gdzieś na tej sali błąka się też para nieszczęśliwych kochanków.

Alice (hipnotyczna i anorektyczna Alba Rohrwacher) pomimo przepięknej koralowej sukni, zniewalającego uśmiechu i głębokiej wrażliwości nigdy nie zostanie królową balu, bo jest kaleką. Chorobliwie ambitny ojciec zmuszał ją w dzieciństwie do intensywnych treningów jazdy na nartach. Jeden z nich kończy się poważnym wypadkiem i odtąd Alice już zawsze będzie utykać, a lewe udo oszpeci jej czerwona szrama. Dlatego, podczas gdy jej rówieśniczki zdobywają pierwsze doświadczenia erotyczne, ona ubiera się jak chłopak, nie dba o siebie i prawie nie mówi.

Mattia (cudownie odpychający Luca Marinelli) do ósmego roku życia każdą chwilę spędza ze swoją upośledzoną siostrą bliźniaczką, która w pewnym momencie staje się dla niego nieznośnym ciężarem. Już w dorosłym życiu genialny matematyk i fizyk, „piękny umysł”, nigdy nie upora się z wyrzutami sumienia dotyczącymi siostry i przez to nie zawiąże żadnych bliższych relacji z drugim człowiekiem.

Gdy Alice i Mattia – piekielnie zdolni, ale autystyczni wręcz nastolatkowie – zaczynają odczuwać dyskomfort niedostosowania do społeczeństwa i pierwszy raz czują pragnienie, by się zmienić, trafiają na siebie. Alice jest zafascynowana pociętymi nadgarstkami chłopaka i z uporem wypracowuje sobie ścieżkę do jego zamkniętego świata. A jednak o największym sekrecie, bliźniaczce Micheli, dowie się właściwie przypadkiem, tuż przed wyjazdem Mattii na studia doktoranckie do Niemiec. Ta wymuszona przez despotyczną matkę podróż odciągnie o siedem lat ich jedyną szansę na wspólne przepracowanie traum.

„Samotność liczb pierwszych” w reżyserii uznanego włoskiego reżysera Saverio Costanzo jest możliwie najwierniejszą adaptacją obsypanego nagrodami, głośnego debiutu literackiego Paola Giordano. Krytycy chcą, by „Samotność liczb pierwszych” była obrazem pokolenia autora. Trudno łyknąć ten paradoks. Alice i Mattia są przecież bez najmniejszych wątpliwości osobami chorymi psychicznie, które chowają się przed społeczeństwem w swoich za ciasnych, ale bezpiecznych klatkach i właśnie dlatego są „liczbami pierwszymi”, ponieważ otaczają je znacznie częściej spotykane „liczby złożone” – tacy ludzie, którzy nie mają problemu ze znalezieniem wspólnego mianownika. Nie ulega wątpliwości, że inspiracją dla sztuki częściej bywają właśnie niedostosowane „liczby pierwsze”, które skupiają w sobie jak w soczewce najważniejsze lęki swoich czasów.

Najbardziej boję się dopuścić do głowy odpowiedź na pytanie: co to za czasy, które za swoje „liczby pierwsze” stawiają dwoje zagubionych we mgle, wychowanych w dysfunkcyjnych rodzinach, pokaleczonych dorosłych dzieci: anorektyczną fotografkę i tnącego się fizyka?
Można by powiedzieć, że to zasługa talentu Giordano: jego książka jest tak dobrze napisana, że hipnotycznie wciąga czytelnika i niejako zmusza do utożsamienia się z bohaterami. Film Constanzo działa podobnie: jest tak sugestywny, że przyjmujemy tę historię jako swoją. Jest to upiorne doświadczenie, dlatego radzę iść na ten film wyłącznie tym, którzy dysponują nadmiarem energii życiowej. Cała reszta ryzykuje co najmniej nadwątleniem nastroju.