fbpx

Tacy piękni chłopcy, a muszą zabijać

Piękni, nieukształtowani światopoglądowo chłopcy płyną okrętem wojennym do raju Polinezji Francuskiej, by dokonać tam próby nuklearnej. Brzmi jak świetny temat, którego nie da się zepsuć? A jednak, reżyserce się udało.

Mururoa to atol koralowy, zbudowany ze skał wapiennych pierścień porośnięty palmami, w którego środku błyszczy błękitna laguna. Wygląda to, jak współczesne wyobrażenie raju. W 1962 roku Francja ogłosiła to miejsce poligonem swoich prób nuklearnych i do 1996 roku regularnie pogłębiała dzieło zniszczenia. Obecnie skały, będące „fundamentem” Mururoa, są zagrożone osunięciem się w ocean, zatem „Atlantydę” czeka zatonięcie. Nie wnikając, czy to zamierzone, czy nie – film Marion Hänsel jest w pewnym wymiarze komentarzem politycznym. Ale to nudny wymiar, więc na razie zostawmy go na boku.

Przez ogromną większość „Czarnego oceanu” razem z grupą dwudziestoletnich chłopców w chabrowych mundurach płyniemy francuskim okrętem wojennym w niewiadomym kierunku. Jak długo już trwa ta podróż? Kiedy się zakończy? Czy garstka oficerów obecna na statku ma świadomość celu tej podróży? Może wystarczy im zaufać? Chłopcy nie mogą zadawać żadnych pytań. A może wolą ich nie zadawać.

Ściśle wyznaczony rytm codziennej pracy na pokładzie pozwala jakoś okiełznać nudę. Poza porannym apelem, obowiązkowym ćwiczeniem zdejmowania i zakładania masek przeciwgazowych oraz czterema godzinami wachty na dobę niewiele jest tu jednak do roboty. Grywa się więc w karty, wznieca bójki, prześladuje słabszych kolegów. Za wszelką cenę trzeba jednak unikać momentów ciszy. Cisza oznacza bowiem przypływ niewygodnych pytań.

Jedyną osobą, która nie boi się odwrócić uwagi od pokładu i zmierzyć wzrokiem z czarnym oceanem jest Moriaty (charyzmatyczny Adrien Jolivet). Marion Hänsel, reżyserka i zarazem scenarzystka, wybrała tę postać na centralną –to Moriaty’emu w wieku dziecięcym poświęcona jest, oddzielona wyraźnie od reszty opowieści, tajemnicza etiuda nad rzeką, budująca napięcie na początku filmu. Chłopak odstaje od załogi pod wszystkimi względami: sprawności fizycznej, wiedzy, zainteresowań, umiejętności, dojrzałości, i – co najważniejsze dla Hänsel – wrażliwości na otaczające go środowisko. Takie skupienie pozytywnie wartościowanych cech w jednej postaci czyni z „Czarnego oceanu” przekaz wprawdzie spójny pod względem światopoglądowym, ale nieco irytujący widza swoją łopatologią: chcesz być podziwiany, wyjątkowy, piękny, refleksyjny? Kochaj przyrodę i staraj się ją poznać! I pamiętaj, że próby nuklearne są złe, złe, złe.

Dodatkowo przekaz ten wzmacnia druga centralna postać: Massina (idealnie do tej roli dobrany Nicolas Robin, jego twarz nie wyraża nic, zatem wyraża wszystko), który jest typową dla opowieści o dojrzewaniu „białą kartą” – nie dokonał jeszcze żadnych dookreślających go wyborów, ciągnie go i do złego, i do dobrego. Chętnie przynależałby może do „stada”, będąc jego nieco bardziej wrażliwym społecznie członkiem, gdyby nie fakt, że jest absolutnie zauroczony Moriatym i w wielu momentach chce go naśladować.

Doskonale zagrana, świetnie uchwycona kamerą, pełna tajemnic, zawirowań i niedomówień relacja pomiędzy Moriatym i Massiną jest bez dwóch zdań najmocniejszym punktem tego filmu. Gdyby tylko Hänsel postawiła ją jako główny temat, uratowałaby ten obraz. Niestety, reżyserka sama nie wie, co ją interesuje najbardziej: czy kwestia ekologii, czy może dojrzewania i chłopięcych zauroczeń, czy prawda historyczna, czy problem pochodzenia zła. Gwoździem do trumny jest zakończenie, które rozwiązuje wszystko to, co powinno zostać w tym tajemniczym, grającym na przemilczeniach filmie nierozwiązane.

Bo przecież „Czarny ocean”, tak bez zażenowania emocjonalny, perswazyjny i bezkompromisowy, mógłby być odczytany jako wariacja na temat tego, jak postrzegamy świat, będąc u progu dorosłości. W domyśle: gdy dorastamy, jesteśmy nieco bardziej zdystansowani, ale rozumujemy w sposób bardziej złożony, a świat odbieramy z nieco większego dystansu. Niestety, reżyserka na zakończenie serwuje nam komentarz Massiny „po latach” i w tych kilku zaledwie zdaniach przekreśla cały film. Massina okazuje się po prostu płaską, papierową postacią, która swoją bezrefleksyjnością potwierdza najgorsze obawy co do poziomu intelektualnego filmu. Naprawdę wolałabym, żeby do końca tej historii milczał – wtedy ten obraz byłby o wrażliwości na świat, nie o rozumowym jego pojmowaniu, które tu najwyraźniej kuleje.

Niestety, komentarz Massiny patrzącego wstecz na swoje życie zabija też niewątpliwie najlepiej opracowany w filmie temat, czyli jego relację z Moriatym. Reżyserka ucina tym samym wszystkie pytania o wieloznaczność ich relacji, dementuje ich ewidentny homoerotyzm i jeszcze na dokładkę informuje nas, że nigdy więcej się nie spotkali. Niestety, nie jest to efekt przemyślanej przez reżyserkę krytyki postaw Moriaty’ego czy Massiny, tylko błąd konstrukcyjny. Jeśli więc chcecie zachować o tym filmie dobre zdanie, wyjdźcie z kina na minutę przed końcem.