fbpx

„Uwodziciel” – recenzja filmu

"Uwodziciel" - recenzja filmu
fot. materiały prasowe Monolith Films

Bożyszcze nastolatek na całym świecie, wampira z sagi „Zmierzch”, przeflancowano w scenerię XIX-wiecznego Paryża. Na tle zmienionych dekoracji rola Roberta Pattisona pozostała ta sama: uwieść żeńską część publiczności za wszelką cenę.
A cena jest tym razem nadto wysoka. Może jestem niesprawiedliwa, może Pattison ze względów anatomicznych innych min po prostu przybierać nie potrafi, ale rola w „Bel Ami” każe przypuszczać, że na zawsze już pozostanie wampirem – i to najgorszego sortu, z gatunku emo. Niewykluczone zresztą, że twórcom filmu o to właśnie chodziło. Sukces dystrybucyjny z tym nazwiskiem na plakacie mają zapewniony. Przynajmniej wśród gimnazjalistek.

Na oko 70 procent wszystkich ujęć to widok Pattisona, który – jak na źle rozumiany manieryzm filmów kostiumowych przystało – porusza się sztywno i nienaturalnie, jego udawany szyk trzeszczy w szwach, a oczy płoną to rozpaczą, to znów pożądaniem. Na szczęście mamy jeszcze jakieś 30 procent zagospodarowane rozlicznymi kochankami Bel Ami, w które wcieliły się wybitne aktorki: Uma Thurman, Kristin Scott Thomas oraz Christina Ricci. I to dla nich głównie warto iść do kina.

Scenariusz (Rachel Bennette) wywiedziono z popularnej w pewnych kręgach powieści „Bel-Ami” francuskiego naturalisty Guy de Maupassanta, wiernego ucznia z jednej strony Flauberta, z drugiej – Emila Zoli. O ile Maupassantowi mogło w XIX wieku chodzić o nakłucie szpilką ironii rozbuchanego ego francuskiej arystokracji, o tyle jego motywy przeniesione w XXI wiek niewiele nam mówią o społeczeństwie – ani naszym, ani tamtym. Poza, oczywiście, „prawdą romansową”, która się nie dezaktualizuje.

Główny bohater, Georges Duroy, przyjeżdża do Paryża po wojskowej misji w Algierii, biedny jak mysz kościelna, ale zdeterminowany, by zmienić swoje położenie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji „wkręca się”, jakbyśmy to dziś powiedzieli, w środowisko paryskiej arystokracji, do którego żadną miarą nie przystaje, po pierwsze ze względu na gorszy status majątkowy, po drugie – ze względu na brak zdolności, po trzecie i najważniejsze – przez brak dystansu, emocjonalne traktowanie kwestii, które przez innych są zaledwie chłodno kalkulowane. Podczas pierwszego spotkania, Madeleine Forestier (w której oczywiście Pattison szaleńczo się zakochuje) uświadamia adeptowi sztuk wysokich, że władza mężczyzn w tym świecie jest pozorna. Droga do każdego, nawet najbardziej – jak się okaże potem – niemożliwego sukcesu wiedzie „przez kobiece serca”. To takie piękne, pasujące do XIX wieku określenie, więc je zachowam, choć w myśl naturalistów bardziej akuratnie byłoby nazwać rzecz po imieniu.

Georges Duroy jest graczem, który stopniowo uświadamia sobie moc własnego położenia – sięga po coraz bardziej łakome kąski, by w końcu rozsadzić salon od środka. Niestety, wraz z rozbiciem tego pokracznego, trawionego chorobą porządku społecznego, Pattison niszczy sam siebie. Nigdy bowiem nie wyrzekł się emocji, które koniec końców zawiodą go tam, skąd przyszedł – na manowce.

W tym filmie jest dużo ładnego: bogate wnętrza, pyszne światło, bezwstydne barwy, no i trzy aktorki – trzy gracje, od których nie tylko Pattison nie może oderwać oczu. Nie potrafię jednak odgadnąć sensu adaptacji tej konkretnie powieści w dzisiejszych czasach. No chyba, że jest to sens komercyjny. Obsadzając Pattisona w roli Bel Ami twórcy filmu powielili postawę, którą teoretycznie film ten powinien potępiać: zaślepienie pieniądzem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze