„ W imię…”, film Małgośki Szumowskiej

"W imię..."
Kino Świat, fot. Michał Englert

W bardzo dojrzały, stonowany, pełen empatii sposób Małgośka Szumowska opowiada o dramacie jednostki tkwiącej w konwenansach, regułach i zakazach. Przed nami brawurowa rola Andrzeja Chyry.

Właściwie nie trzeba zachwalać tego filmu, bo nagrody, jakie co chwila zdobywa, mówią same za siebie. Zaczęło się od Teddy Award na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie, a ostatnio, podczas festiwalu w Gdyni, obraz Szumowskiej otrzymał trzy statuetki: Srebrne Lwy, nagrodę za Najlepszą Reżyserię oraz nagrodę za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Męską dla Andrzeja Chyry. Postaram się jednak przekonać do obejrzenia go tych z czytelników, których zniechęca do pójścia do kina przede wszystkim temat, jakiego podjęła się reżyserka.

A temat nie jest łatwy, bo dość bezpośrednio odnosi się regularnie powtarzanych w mediach doniesień o homoseksualizmie i pedofilii w Kościele. Andrzej Chyra gra tu księdza, który zmaga się z typowymi dla jego sytuacji – księdza na prowincji – bolączkami: dojmującą samotnością i alkoholizmem. To pierwsze stara się rozładowywać w kontaktach międzyludzkich: jest bardzo aktywny, prowadzi oazę dla trudnej młodzieży, bierze udział w lokalnych wydarzeniach, chodzi na potańcówki, przyciąga wzrok kobiet. To drugie kultywuje w ukryciu, w chwilach zwątpienia lub rozpaczy, gdy samotność staje się nie do zniesienia, gdy nawet regularne bieganie po lesie nie jest w stanie ukoić go i być substytutem potrzeb, także tych seksualnych. Bo ksiądz Adam jest gejem.

Ale czy to ma znaczenie? Jego samotność byłaby równie dotkliwa a brak kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem równie dojmujący, gdyby wolał kobiety. Za to jego orientacja pozwala mu być bardziej wyczulonym na zachowania pozostających pod jego opieką chłopców, a przez to tajemnice, jakie musi w sobie nosić, stają się cięższe z upływem czasu. Andrzej Chyra wspaniale rozgrywa postać człowieka, który z jednej strony stara się być autorytetem i dobrze spełniać swoją rolę, a z drugiej jest bezbronny wobec stawianych mu zarzutów, plotek i nie ma na tyle charyzmy, by przeciwstawić się ludzkiej nieufności, wiejskiej głupocie czy ograniczeniom.

Szumowska tak prowadzi tę postać i tak buduje sceny w swojej opowieści, byśmy nie wydawali jednoznacznego osądu, tylko mieli pełne spektrum sytuacji i kontekstów. Nie pozwala nam na prostą ocenę, bo w końcu ludzkie dramaty to nie są oczywiste sprawy. Do tego dochodzą genialne, nastrojowe i wiele mówiące zdjęcia Michała Englerta. Na długo pozostaną w pamięci sekwencje, w których oglądamy księdza szamoczącego się samotnie z codziennością i jej demonami. Do moich ulubionych należy jednak scena procesji między polami, do której podłożona została dynamiczna, rytmiczna muzyka. To gotowy teledysk, ale też spojrzenie na polską tradycję religijną z zupełnie nowej perspektywy.

I za tę świeżość spojrzenia, konsekwencję w budowaniu historii i prowadzeniu postaci oraz za niezwykłą dojrzałość w ujęciu tematu należą się Małgośce Szumowskiej wielkie brawa. Przeszła długą drogę od osobistych „33 scen z życia”, przez głośny „Sponsoring”, aż do tej historii. To mocny głos w polskiej reżyserii młodego pokolenia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze