fbpx

Wielkie nadzieje – recenzja

"Wielkie nadzieje"
fot. materiały prasowe Gutek Film

Tak jak my narzekamy na kiepskie adaptacje naszej narodowej literatury, tak samo Anglicy narzekają, gdy ktoś próbuje zabrać się za Jane Austen czy Charlesa Dickensa. Raczej słusznie.

"Wielkie nadzieje"
fot. materiały prasowe Gutek Film/więcej w galerii

Śmiałek, który odważył się podjąć ekranizacji książki Dickensa, to Mike Newell, znany nam z brytyjskiego hitu sprzed 20 laty – „Cztery wesela i pogrzeb”. Potem nakręcił jeszcze kilka filmów, jak niekoniecznie warte zapamiętania „Książę Persji: piaski czasu”, nieudaną „Miłość w czasach zarazy” czy – specjalnie dla fanów sagi J. K. Rowling – „Harry Potter i Czara Ognia”. Po tym miszmaszu wziął się za klasykę, a jak wiadomo, do klasyki Brytyjczycy mają stosunek nabożny i jest to pewnie jedyna łącząca nas z nimi cecha, oprócz umiłowania funta.

Newell wybrał sobie pozycję nie byle jaką, bowiem prawdziwą operę mydlaną, czyli „Wielkie nadzieje”. Jeśli ktoś nie pamięta tej historii, oto ona: wychowywany przez siostrę histeryczkę i jej męża kowala Pip, trafia do zamku, gdzie ma popołudniami dotrzymywać towarzystwa niejakiej Estelli, rozkapryszonej i zarozumiałej panience. Jej opiekunką jest szalona stara panna Havisham, która za pomocą Estelli mści się na męskiej części społeczeństwa za swoje miłosne niepowodzenia z młodości. Gdy Pip dorasta okazuje się, że został mu przepisany pokaźny spadek, jednak dobroczyńca pozostaje nieznany. Pip wyjeżdża do Londynu, by zostać dżentelmenem i po raz kolejny spotyka Estellę – jeszcze piękniejszą i bardziej okrutną niż w dzieciństwie. Nie będę psuła zakończenia tym, którzy z „Wielkimi nadziejami” stykają się po raz pierwszy.

Mike Newell podszedł do klaski klasycznie: zdecydował się na piękne wiejskie plenery oraz – stojącą w kontraście – ciemną, pełną zaułków, brudu i tajemnic makietę XIX-wiecznego Londynu. Główne role – Pipa i Estelli – przydzielił młodym, nieopatrzonym jeszcze aktorom. Estella przypomina typem urody i temperamentem Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia”, jednak Pipowi daleko do charyzmy ambicji młodzieńca o wiejskim pochodzeniu. Jak słusznie zauważyli brytyjscy krytycy, tej parze brakuje potrzebnej iskry, nie budzą silnych emocji, niestety, a tytułowe „wielkie nadzieje”, którymi obdarzony zostaje Pip, muszą spalić na panewce przy takim aktorze.

Nieco lepiej wygląda sprawa z postaciami pobocznymi. Wspaniały jest, wychowujący Pipa, szwagier Joe, oraz jego histeryczna siostra, grana zresztą przez znaną nam z „Happy go Lucky” Sally Hawkings. Genialne wyczucie dramatyczne, wspaniale zinterpretowany humor Dickensa – ta para urodziła się, żeby grać w takich filmach. Pannę Havisham gra z kolei ulubienica Tima Burtona, Helena Bonham Carter. To rola stworzona dla niej – groteskowej i histerycznej starej panny, z ogromnym wyczuciem absurdu i pękniętym sercem. Tu niestety łatwo było przeszarżować i tak się stało. Z tajemniczej, nieszczęśliwej i trochę żałosnej panny Havisham powstał gotycki upiór w sukni młodej porośniętej pajęczynami i wiecznie wytrzeszczonymi oczami o trupio bladej skórze. Za to trzeba przyznać, że ciekawie wypadł Ralph Fiennes, grający tajemniczego dobrodzieja Pipa. Wspaniale starzeje się ten aktor, a przecież jeszcze niedawno grywał młodych amantów w miłosnych dramatach typu „Angielski pacjent”.

W porównaniu z adaptacją z 1998 roku z Gwyneth Partlow i Ethanem Hawkiem, „Wielkie nadzieje” Mike’a Newella zdecydowanie lepiej oddają klimat dickensowskiej opery mydlanej, ale to jeszcze nie powód do domu, gdyż temperatura tego filmu jest ledwo letnia, a przecież chodzi o gorący romans.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze