Holly Hunter: „Wielka sława to żart”

Holly Hunter zagrała wiele wybitnych ról, nie tylko w dużych produkcjach, ale również w serialach. (Fot. BEW)
Holly Hunter zagrała wiele wybitnych ról, nie tylko w dużych produkcjach, ale również w serialach. (Fot. BEW)

Holly Hunter postanowiła zmienić priorytety. Rozwiodła się, znalazła nową miłość i jako 47-latka została matką. Dziś ma 61 lat, woli seriale niż udział w wielkich produkcjach i twierdzi, że „sława to bzdet”.

Żałowałaś kiedyś swoich zawodowych decyzji?
Wiele razy. Czasem myślę, że co druga moja decyzja w tej sferze była pomyłką. Żałuję kilku filmów, kilka razy bardzo żałowałam współpracy z cenionymi reżyserami. Cóż, zdarzyło mi się pracować z równie wieloma nieudacznikami, co z artystami. Niektórzy nie powinni zasiadać na krześle reżysera. Brak im wizji, czasem nie znają lub też nie czują materiału, z którym przyszło im się mierzyć. A najgorsi są filmowcy, którzy nie mają własnej tożsamości twórczej. Niestety, poznałam kilku z nich.

Ale karierę filmową zaczynałaś u najlepszych, czyli u braci Coen w filmie „Arizona Junior” (1987).
Dla mnie to właśnie oni wyznaczają standardy kreatywnego myślenia. Ethan i Joel Coen, a także Frances McDormand są dla mnie jak rodzina. Słynnym braciom zawdzięczam karierę i jedną ze swoich najlepszych ról. Z kolei Frances, która w tym roku zasłużenie otrzymała drugiego Oscara [dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – przyp. red.] była niegdyś moją współlokatorką. Znamy się dłużej, niż ona i Joel Coen są małżeństwem.

Podobno to ty ich sobie przedstawiłaś.
To było w latach 80. Bracia Coen chcieli, żebym zagrała w ich filmie „Prosta sprawa”. Nie mogłam się wtedy tego podjąć, więc zaproponowałam im moją przyjaciółkę, początkującą aktorkę Frances McDormand właśnie. To była jej pierwsza rola w karierze i tak też narodziła się miłość między nią a jednym z braci – Joelem. W przyszłym roku będą obchodzić 35. rocznicę ślubu.

Ostatnio współpracowałaś z Alanem Ballem, twórcą kultowych seriali „Sześć stóp pod ziemią” i „Czysta krew”. Zagrałaś główną rolę w jego ostatnim serialu „Tu i teraz”.
Nie zapominajmy, że Ball napisał również scenariusz do znakomitego „American Beauty” (1999). Walczyłam o rolę w tym filmie, niestety, zamiast mnie zaangażowano Annette Bening. Do dziś ciężko jest mi się z tym pogodzić [śmiech]. Możesz więc sobie wyobrazić, jak bardzo chciałam trafić pod jego skrzydła. Dla mnie to po prostu geniusz. Potwierdza to zresztą praca na planie. Alan zaangażował do swojego ostatniego serialu gromadę kompletnie obcych sobie ludzi i stworzył z nas piękną sześcioosobową rodzinę. I to nie tylko na ekranie, bo szczerze pokochałam ich wszystkich także prywatnie. Jego wnikliwość i wyczucie ludzkich charakterów ponownie się sprawdziły. W serialu „Tu i teraz” razem z Timem Robbinsem gramy biologicznych i adopcyjnych rodziców wielorasowego potomstwa [biologicznej córki i trójki dzieci adoptowanych z Wietnamu, Kolumbii oraz Liberii – przyp. red.].

Sama pochodzisz z wielodzietnej rodziny. Urodziłaś się i wychowałaś na farmie w Georgii jako najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa.
Tak. Może dlatego, kiedy zaczynałam karierę, myślałam, że nie chcę mieć dzieci. Od dzieciństwa miałam wrażenie, że wokół mnie jest zbyt wiele osób [śmiech]. Postanowiłam, że nie zostanę matką, i trwałam w tym postanowieniu wiele lat, także w związku z pierwszym mężem. Niemniej kiedy poznałam mojego obecnego partnera [amerykańskiego aktora Gordona MacDonalda – przyp. red.], wszystko w moim życiu się zmieniło. Przewartościowałam priorytety i zrozumiałam, że macierzyństwo stało się jednym z nich. Decyzja o powiększeniu rodziny była podjęta świadomie. Mogę szczerze powiedzieć, że gdy zostałam matką, sama jakby narodziłam się na nowo [w 2006 r. Hunter urodziła bliźnięta – przyp. red.]. Jestem zupełnie kimś innym niż 20 lat temu.

Przypomnijmy, że twoim pierwszym mężem był Janusz Kamiński.
Wolałabym nie opowiadać o czasach, które dziś nie mają już znaczenia. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że z Januszem byliśmy bardzo ambitni i zaangażowani w pracę twórczą.

W serialu „Tu i teraz” grasz postępową matkę, która stara się być jak najbliżej wszystkich swoich dzieci. Czy przemawia do ciebie wzór macierzyństwa, który reprezentuje twoja bohaterka?
Absolutnie nie. Co prawda Audrey jest wobec innych empatyczna, zawsze próbuje zaradzić konfliktom i uszanować różnice między ludźmi, ale często nie jest zbyt wiarygodna jako wzór. Starając się ustrzec własne dzieci przed więzieniem, opowiada im o tym, jak sama kiedyś została aresztowana. W realnym życiu raczej nie powiedziałabym dzieciom, że gdy byłam w ich wieku, zaraziłam się chorobą weneryczną [śmiech]. Mojej serialowej postaci trudno nie kochać, ale równie trudno jest mi się z nią utożsamić.

Czy nie wydaje ci się, że ta produkcja pokazuje m.in. klęskę idealizmu pokolenia dzieci kwiatów? Tym ludziom wydawało się, że zmieniają świat na lepsze, ale ich ideały nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością…
To prawda, dziś jesteśmy świadkami odrzucenia idealizmu. Może dzieje się tak dlatego, że takie podejście do życia przyniosło wiele rozczarowań, zresztą nie tylko Amerykanom. Ale idealizm nierozerwalnie wiąże się z porażką, prawda? W zderzeniu marzenia z rzeczywistością zawsze zwycięży rzeczywistość. Jednak wierzę w sens każdej próby uczynienia świata lepszym i w siłę pozytywnego myślenia, nawet w kontekście najtrudniejszych problemów. Idealistyczna postawa jest czymś pięknym, ponieważ to świadomy wybór. Możemy być cyniczni wobec świata, możemy się dołować, ale warto na przekór rzeczywistości wybierać pozytywne nastawienie.

Serial próbuje też odpowiedzieć na pytanie, co obecnie dzieje się w polityce międzynarodowej. Czy tobie też doskwiera lęk przed współczesnym światem?
Tak, ale kto nie jest przestraszony tym, co dzieje się wokół nas?! Zresztą strach mamy zakodowany w DNA. Świadomość, że jesteśmy śmiertelni i może nam się przytrafić coś złego, towarzyszy nam praktycznie od narodzin. Pierwszy dźwięk, jaki wydobywa z siebie niemowlę, to krzyk.

Każde z twoich serialowych dzieci to młody, początkujący aktor. Czy czułaś, że jako doświadczona aktorka powinnaś ich wspierać?
Nigdy w życiu nie powiedziałabym drugiemu aktorowi, co ma robić lub jak ma grać. Niezależnie od jego wieku. Mogłam im tylko na własnym przykładzie pokazywać, że dla aktora najważniejsze jest to, by podążać własną drogą. Zrobią z tym, co będą chcieli. Moim zadaniem nie było przecież wprowadzanie ich w tajniki zawodu. Co ja tam wiem?! Sama wciąż się uczę. Dla 60-letniej aktorki takiej jak ja praca na planie z tak młodą ekipą była szalenie stymulująca. Prawdziwy zastrzyk sił witalnych i energii. Mimo niewielkiego doświadczenia okazali się znakomici. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. A możliwość pracy u boku Tima Robbinsa była fantastyczna, czułam między nami chemię, i to nie tylko na planie.

Holly Hunter, rocznik 1958, aktorka filmowa i teatralna, producentka. Do 2001 r. żona polskiego operatora Janusza Kamińskiego. Filmową karierę rozpoczęła na dobre dzięki filmom „Telepasja” i „Arizona Junior” (oba z 1987).
Przełomem była jednak rola w „Fortepianie” (1994) w reż. Jane Campion. Jest znana także z serialowych ról („Tajemnice Laketop”, „Tu i teraz”).