fbpx

Isabella Rossellini. Muza też może tworzyć

Isabella Rossellini. Muza też może tworzyć
"O prawdziwej atrakcyjności kobiety nie decyduje jej powierzchowność, ale to, czy ma niezależny umysł i jest wierna sobie" - twierdzi Isabella Rossellini. (Fot. BEW Photo)

Ludzie inteligentni i uzdolnieni artystycznie zawsze mnie fascynowali. To wielki przywilej być dopuszczonym do ich wizji. Czułam się jak turystka, która udaje się w podróż do czyjegoś mózgu – mówi Isabella Rossellini, modelka, aktorka, muza fotografów i reżyserów. Wyjaśnia, czy będąc uosobieniem czyjejś wizji, można jednocześnie pozostać niezależną artystką.

Jako młoda dziewczyna była pani asystentką do spraw kostiumów w filmach ojca, reżysera Roberta Rosselliniego, a potem modelką. Zajęła się pani modą, bo ojciec nie chciał, by została pani aktorką?
Ojciec starał się mnie chronić. Znał kino od podszewki. Wiedział, że aktorstwo to nie tylko ciężka praca, ale także bardzo niepewny zawód. Bał się, czy psychicznie poradzę sobie z huśtawką nastrojów, wiecznym czekaniem na role i poczuciem niepewności, a potem czy będę wystarczająco odporna na ataki prasy i wścibskość paparazzich. Nasza rodzina cały czas żyła na świeczniku, a ja już jako dziewczynka i następnie nastolatka nauczyłam się chronić prywatność taty. Pamiętam, że kiedy krytycy pisali źle o jego filmach, ukrywałam przed nim gazety. Myślę, że ojciec wolał, bym miała spokojniejszy i bardziej stabilny zawód. Tak jak moja siostra bliźniaczka Isotta, która jest naukowczynią i wykłada literaturę włoską na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Dlatego moja droga do kina była dość długa i kręta. Zaczęłam studia na rzymskiej akademii mody, pracowałam też jako tłumaczka, a potem dziennikarka. Byłam również korespondentką włoskiej telewizji w Nowym Jorku. No i, nie ukrywam, dzięki nazwisku szybko zaczęłam robić karierę jako modelka.

Znajomość z Davidem Lynchem była przełomem w pani życiu zawodowym?
Nie tylko w zawodowym. Zakochałam się w jego tajemniczości, fantazji i filozofii życiowej. Byliśmy parą cztery lata. Zanim jednak to się stało, uwiódł mnie scenariusz „Blue Velvet” i odwaga Davida w przełamywaniu seksualno-obyczajowych tabu. Poczułam, że muszę dorównać mojej bohaterce, bo ta rola mnie zachwyciła, była inna od wszystkich, które do tej pory grałam. Wiedziałam od razu, że to będzie film niezwykły, ale nie przypuszczałam, że towarzyszyć mu będzie aż tak wielki rozgłos. Kiedy mówiłam na planie, że czegoś nie rozumiem, David pytał retorycznie: a czy można zrozumieć życie?

No tak, to ucina wszelką dyskusję, ale może można przynajmniej próbować dotknąć prawdy o życiu, poczuć ją na krótką chwilę?
Wierzę, że do prawdy o życiu można zbliżyć się poprzez eksperyment, artystyczną prowokację, wyjście poza schemat i banał. Najważniejsze to zachować w sobie ciekawość świata i odwagę, by podążać za marzeniami i fantazją.

Wiele aktorek, które z wybiegów i studiów fotograficznych trafiały przed kamerę filmową, niechętnie opowiada o modelingu i pozowaniu do zdjęć. Pani jest wyjątkiem.
Fotografia od początku była moim medium. Zawsze uważałam, że tym, co ostatecznie tworzy świetne zdjęcie, są emocje, które się pojawiają na twarzy modelki bądź modela. Miałam szczęście współpracować z najwybitniejszymi, legendami, takimi jak Richard Avedon czy Helmut Newton. Dzięki pracy z nimi nauczyłam się siebie, ekspresji mojego ciała, co potem bardzo przydało mi się na planach filmowych. Ludzie, którzy są inteligentni i uzdolnieni artystycznie, zawsze mnie fascynowali. To wielki przywilej być dopuszczonym do ich wizji. Czułam się czasem jak turystka, która udaje się w ekskluzywną podróż do czyjegoś fantastycznego… mózgu.

Słynne zdjęcie Helmuta Newtona, na którym David Lynch trzyma pani twarz w dłoni, a pani ma zamknięte oczy, wiele mówi o relacji aktorka – reżyser. Opowiada pani o niej w filmie dokumentalnym „Helmut Newton. Piękno i bestia”.
Helmut kapitalnie uchwycił sposób, w jaki David traktuje aktorów. Oni są elementem jego wizji. Ja, moja twarz i ciało – są narzędziem, budulcem do osiągnięcia celu. Pracując zarówno z Helmutem, jak i z Davidem, miałam wrażenie, że obaj nie tyle fotografowali czy też reżyserowali mnie, konkretną aktorkę, Isabellę Rossellini, co swoje wyobrażenie na mój temat. Czasem czułam, że David jest lalkarzem, a ja jego marionetą, że on zagląda w głąb mnie nie jako istoty ludzkiej, ale szukając naczynia na swój pomysł. Jedyne, co mogłam zrobić jako aktorka, to maksymalnie otworzyć się na to doświadczenie, „udostępnić” mu siebie.

Isabella Rossellini. Muza też może tworzyć
Legendarne zdjęcie, a zarazem kadr z filmu dokumentalnego „Helmut Newton. Piękno i bestia” w reż. Gero von Boehma. (Fot. materiały prasowe Best Film)

Do tego zdjęcia pozowaliśmy w Los Angeles w 1988 roku. Byliśmy wtedy, jak to się dziś mówi, na topie. To było tuż po „Blue Velvet” oraz „Dzikości serca”, w których zagrałam. Właściwie mogłam się spodziewać, że Helmut wkrótce zaproponuje nam sesję. W pewnym sensie był podobny do Davida. Fotografie Helmuta, tak jak filmy Davida, były i pozostają kontrowersyjne, prowokacyjne, nierozumiane. Obaj ukazywali w swojej twórczości impulsy, niekoniecznie dla odbiorcy czy widza wygodne.

Na czym pani zdaniem polegały kontrowersje wokół fotografii Newtona?
Uważano, że patrzy na kobiety jak na obiekty seksualne. Owszem, Helmut był typem macho, ale o wiele bardziej skomplikowanym niż się powszechnie sądziło. Nie chodzi tylko o to, że czuł pożądanie zmieszane z lękiem przed kobietami, ale także o to, że pokazując kobiece ciała, bardziej niż o nich opowiadał o własnych emocjach i niepokojach. Lubił kobiety silne siłą swojego erotyzmu, pewne siebie, z charakterem, wyzywające, ale nie wulgarne, świadome swojego oddziaływania na mężczyzn, i takie właśnie fotografował. W jego zdjęciach, mimo niepokojącej często aury, jest także sporo specyficznego humoru, zabawy, lekkości.

Proszę o przykłady…
Kiedy patrzysz na zdjęcie nagiego Gianniego Versace, wszystko wydaje się zaczerpnięte z renesansowego malarstwa, a po chwili dostrzegasz pantofle leżące na dywanie… Innym razem w koszu na śmieci stojącym obok modelki zauważasz gazetę z podobizną Newtona. Humorystyczne akcenty są wszechobecne w jego zdjęciach. No i słynna fotografia kurczaka w szpilkach! Oczywiście wszystko przed obiektywem staje się przedmiotem, ale nie zgodzę się, że Helmut uprzedmiotawiał kobiety – on po prostu chciał opowiadać historie. Jego zdjęcia były albo początkiem, albo końcem jakiejś narracji, a reszta to po prostu nasze fantazje wokół niej. Mimo wszechobecnej nagości mam wrażenie, że one nie są zupełnie nagie. A w każdym razie nie tylko o nagość w nich chodzi. Myślę, że ten odmienny punkt widzenia Helmuta brał się z jego całkowitej wolności.

Pani też jest wolną artystką.
Ludzie zawsze mówią mi, że robię dziwne filmy, ale ja nie staram się być na siłę inna, po prostu trafiam na ludzi, którzy mnie fascynują do tego stopnia, że chcę się wybrać na wycieczkę do ich mózgu (śmiech). W kinie pociąga mnie to, co nazywam mocnym podpisem. Lubię oglądać film, w którym nie muszę patrzeć na czołówkę, aby wiedzieć, kto to zrobił, bo od razu wiem, że to David Lynch, Alfred Hitchcock, Spike Lee, Peter Weir czy Peter Greenaway. Tak jak w fotografii z daleka rozpoznawalny jest styl Newtona czy Avedona. Nie interesuje mnie kino komercyjne. Kocham eksperymentować. Pracuję tylko z tymi, którzy są w stanie mnie intelektualnie i emocjonalnie zainspirować.

Czy tak jak oni, jest też pani skandalistką?
Jeśli uważa pani, że ktoś, kto może sobie pozwolić na artystyczną wolność, jest skandalistą – to tak. Jestem skandalistką i robię to, co mnie interesuje, bez oglądania się na to, co ludzie o mnie pomyślą. Sama uważam się raczej za eksperymentatorkę. Wiem, że po pełnych przemocy i seksualnych perwersji scenach z „Blue Velvet” dla niektórych widzów stałam się aktorką kontrowersyjną… No cóż, kino jest dla mnie przygodą, intelektualnym wyzwaniem, odkrywaniem nowych możliwości ekspresji i jednym wielkim polem doświadczalnym. Zwłaszcza teraz, kiedy jestem starsza i nikomu niczego nie muszę udowadniać. Wie pani, co jest najfajniejsze w starości?

Co takiego?
Wolność właśnie! Gdy byłam młoda, stale czułam na sobie presję bycia lepszą, doskonalszą modelką, tłumaczką, dziennikarką czy wreszcie aktorką. Potem doszły obowiązki rodzinne, godzenie roli matki, żony i artystki. I ciągle nie byłam z siebie zadowolona. Żyłam intensywnie, ciekawie, uciekałam od banału, lubiłam wyzwania, wybierałam niekonwencjonalne role i filmy, ale nie byłam tak naprawdę nigdy w pełni niezależna, choć wtedy wydawało mi się, że jest inaczej. Wprawdzie potrafiłam dystansować się do reakcji opinii publicznej, ale jednocześnie byłam bardzo wrażliwa na oceny moich bliskich, przyjaciół czy reżyserów. Dopiero w dojrzałym wieku wyzwoliłam się totalnie. Doszłam do wniosku, że i tak ostateczną instancją wszystkich naszych czynów jesteśmy my sami, bo tylko my ponosimy za nie odpowiedzialność. Dlatego reżyserowanie „Green Porno”, cyklu filmików o życiu seksualnym insektów, w które się zresztą wcielałam, przyniosło mi tyle radości, spokoju i spełnienia, jak żadna z moich filmowych przygód.

Wiek powinien iść w parze z doświadczeniem, czyli większymi zarobkami i prestiżem. Ale czy tak jest, kiedy jesteś dojrzałą kobietą, w dodatku aktorką?
Kiedyś zdarzało się, że jednego dnia dostawałam dwa, trzy scenariusze do przeczytania. Niestety, to już przeszłość. Na palcach jednej ręki można policzyć dojrzałe aktorki, które wciąż dostają angaże: Meryl Streep, Judy Dench, Helen Mirren… Po 40. roku życia w tym zawodzie dla kobiety zaczyna się równia pochyła…. Oczywiście zawsze zostaje jeszcze teatr albo występy gościnne w telewizyjnych serialach. Poza tym można zacząć samemu produkować filmy lub je reżyserować i ewentualnie obsadzać się w nich, co nie jest takie złe, tyle że są to na ogół niezbyt dochodowe produkcje. Poza tym traci się kontrakty z firmami kosmetycznymi, które wciąż poszukują nowych i młodych twarzy. Tak stało się ze mną, kiedy firma Lancôme po 14 latach pracy podziękowała mi, bo nie chciałam „poprawić” swoich naturalnych zmarszczek, ale powiedziałam sobie: no to trudno. W końcu to było wspaniałe doświadczenie, a ja zarobiłam sporo pieniędzy, więc czas ustąpić młodszym.

To jak to jest: uroda pomaga czy przeszkadza w karierze?
Kiedy jest się młodą kobietą, to z całą pewnością seksapil i dobry wygląd otwierają wiele drzwi. Ludzie są mili, uprzejmi, a w przypadku aktorki więcej reżyserów i producentów ją zauważa i angażuje. To nie jest sprawiedliwe, ale tak już jest. Jednak z czasem uroda zaczyna uwierać, jeśli ma się ambicje wyjścia poza schematyczne role amantek. Pamiętam, jak mierzyła się z tym moja mama. Była wspaniałą aktorką, a przy tym piękną kobietą. Jednak kiedy słyszała komplementy, nigdy nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wyraźnie ją to peszyło. W końcu wpadła na pomysł, by na uwagi typu: „Pani Bergman, pani jest śliczna”, odpowiadać: „Czyż to nie szczęście?”. I faktycznie w ten sposób ucinała dalsze konwersacje. Jeśli chodzi o mnie, to nie byłam co do swojej urody do końca przekonana… Wydaje mi się, że o prawdziwej atrakcyjności kobiety nie decyduje jej powierzchowność, ale to, czy ma niezależny umysł, czy jest wierna sobie. Takie kobiety są zawsze pociągające i eleganckie. Dlatego moje idolki to Frida Kahlo, Georgia O’Keeffe i Anna Magnani.

Jakie jeszcze, oprócz wolności, korzyści niesie starość?
Potrafię się na przykład błyskawicznie spakować do jednej walizki… Naprawdę! Człowiek o wiele mniej potrzebuje i wie już dokładnie, czego chce.

Isabella Rossellini, urodzona w 1952 r. w Rzymie córka reżysera Roberta Rosselliniego i aktorki Ingrid Bergman. Dwukrotnie zamężna: z Jonathanem Wiedemannem oraz reżyserem Martinem Scorsesee, ma dwoje dzieci: córkę Elettrę i adoptowanego syna Roberta.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze