fbpx

Jan Komasa – okno z możliwościami

Jan Komasa - okno z możliwościami
Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)

Nominacja do Nagrody Akademii Filmowej dla „Bożego Ciała” katapultowała Jana Komasę do oscarowej ligi. „Nigdy nie bałem się wyzwań, ale boję się, że nie wykorzystam w pełni tej chwili” – mówił nam przed uroczystością. Dziś premiera jego kolejnego filmu, „Sala samobójców. Hejter”.

Oscary, Hollywood, szampan, złoto i światowi celebryci – zmiana w życiu?
Na pewno, choćby pod tym względem, że teraz przez parę miesięcy, przynajmniej do ogłoszenia kolejnych oscarowych nominacji za rok, ludzie chcą bardziej niż kiedykolwiek słuchać, co mam do powiedzenia. Mam na myśli głównie producentów. To jest ten moment, w którym każdy filmowiec, by pracować dalej, powinien skupić się i wykorzystać szansę: otwiera się portal z możliwościami. Normalnie trzeba się przebijać, chodzić, znajdować, szukać własnego „momentum”. A teraz ta chwila jakby sama do mnie przyszła. już nominacja do Oscara to rodzaj paszportu – „byłeś w tej stawce; liczysz się bardziej”.

Jesteś w tej „stawce”, czyli „oscarowej lidze”, jednym z młodszych.
Jeżeli chodzi o Polaków, zazwyczaj nominowani byli twórcy już jakoś uznani. I dobrze. Skądinąd w ciągu ostatnich dziesięciu lat mieliśmy jeden z lepszych okresów w polskiej kinematografii – Oscar dla „Idy” i Pawła Pawlikowskiego był tego ukoronowaniem.

Twoje „Boże Ciało” wykracza poza tu i teraz. Teoretycznie jest filmem bardzo polskim: kościół katolicki, wiara, domowy fałsz w małej społeczności i tak dalej. A jednocześnie – co, jak myślę, zostało zauważone przez akademię Filmową – jest filmem uniwersalnym. Wyczuwałeś to już na poziomie scenariusza czy temat „rósł ci w rękach”?
Pamiętam twojego lakonicznego SMS-a po premierze „Bożego ciała”: „Dotknąłeś!”. I o to chodzi – ja chcę dotykać; dotykać różnych trudno wyrażalnych spraw, dotykać widzów, robić wszystko, by odbiorcy filmów nie pozostawali obojętni, bez względu na to, skąd są i gdzie mieszkają. Nigdy się nie kieruję jakimś konkretnym punktem widzenia, czy socjologicznym, czy politycznym. Nie uprawiam publicystyki. Staram się podążać właśnie za tematem uniwersalnym czy raczej za tym, co w danym temacie jest uniwersalnego. Na przykład „Miasto 44” to dla mnie nie jest opowieść tylko o powstaniu warszawskim, chociaż tak się o tym filmie mówi, ale o nienawiści, jej narodzinach, o tym, co wyczynia z ludźmi i jak łatwo można wpaść w szaleństwo wojny. Tak samo jest z „Bożym Ciałem” – to od początku był dla mnie film o jakimś terrorze bycia w grupie, o tym, co sobie robimy, że definiujemy się nawzajem jako lepszych i gorszych, kierując się pozorami, etykietkami, że główny bohater skazany już w zasadzie na niebyt społeczny nagle poprzez oszustwo uzyskuje to, że ludzie go słuchają, a ma coś do powiedzenia. Wystarczy zmienić jedną składową w łańcuszku kłamstw i świat się odmienia, i tak dalej…

I że wartości czasem są tam, gdzie nikt, kierując się społecznymi schematami, by ich nie szukał.
Tak jest. Ta nasza umowa społeczna jest absolutnie manewrowalna – na dobre i na złe, a władzę dzierży ten, kto dzierży narrację. Oczywiście, dochodzi do tego opowieść o duchowości, o jej potrzebie. To nie jest uzależnione od religii czy kraju… Niedawno, kilka dni temu, Koreańczycy zainteresowali się „Bożym Ciałem”, być może będą robić remake.

„Sala samobójców. Hejter” to twój nowy film. Młody chłopak z prowincji, zakompleksiony, ale ambitny, nie może przebić warszawskiego szklanego sufitu. Jego frustracja prowadzi do nieszczęścia. Film o wykluczeniu, o nienawiści rodzącej się z wykluczenia?
Wydaje mi się, że jest to zdanie tyleż celne, co zwodnicze. Oczywiście, do pewnego stopnia jest to film o wykluczeniu, ale mnóstwo ludzi jest wykluczonych, a nie zabijają. Zatem ten film jest rodzajem prowokacji – chciałem go zrobić, żeby przestraszyć wszystkich tym, jak kruche jest to, co tworzymy wokół siebie: wartości, kręgi zaufania. Cały czas interesują mnie wątki, które pojawiają się w „Mieście 44” czy w pierwszej „Sali samobójców” – wątki apokaliptyczne. Bez względu na to, czy apokalipsa nadciąga nad całe miasto, czy nad rodzinę (kiedy widzimy jej rozkład; na marginesie, zawsze bardzo mocno przemawiał do mnie „American Beauty” Sama Mendesa). Interesowało mnie pokazanie owej apokalipsy w różnej skali, przewrotnie, bo z punktu widzenia twórców tego końca świata, ludzi go wywołujących – w przypadku „Hejtera” poprzez użycie social mediów i podobnych narzędzi.

Jan Komasa - okno z możliwościami
Jan Komasa na planie filmu „Sala samobójców. Hejter”. (Fot. Jarosław Sosiński)

Bohater „Hejtera” zrozumiał, że pewnych rzeczy nie „przeskoczy”. Choćby skończył Harvard, zawsze będzie człowiekiem spoza „elity”.
Tak. Tylko, jak powiedziałem, nie każdy z podobnego powodu zabija. To, oczywiście, jest ważny wątek: historia to potwierdza, i to nie raz – wśród tych wykluczonych znajdzie się czasem ktoś, kto się nie zatrzyma. I to jest przerażające, i również dlatego trzeba walczyć z wykluczeniem. Przecież – to skrajny przykład – Adolf Hitler (studiowałem wczesny, „formatywny” okres jego życia), kiedy był nastolatkiem, próbował się rozbijać po salonach Wiednia, gdzie jego rówieśnicy i ludzie trochę starsi byli dobrze zakorzenieni. Chodził na rauciki, imprezy w tym „wiedeńku”, odpowiedniku naszej warszawki, i niby tam był, niby aspirował, wydawał pieniądze rodziny, by zaistnieć, jednak ciągle miał nad sobą szklany sufit. Ściskano mu rękę, mówiono, jak jest fajnie, a jednak drabina była tak wysoka, że byłoby mu potrzebne pokolenie lub dwa, żeby naprawdę stał się dla tych salonów partnerem. To rodziło uraz, frustrację prowadzącą do obsesji, której skutki były straszliwe.

Czy to jest do uniknięcia? Czy takie szklane sufity jak ten oddzielający twojego bohatera Tomka Giemzę od rodziny państwa Krasuckich mogą w ogóle zniknąć?
Nie chcę narzucać swojej interpretacji, jest ona tylko jedną z wielu możliwych: uważam, że trudno tego uniknąć. Możemy próbować być otwarci jak tylko się da, ale czasem – i jest to straszne, i prowokacyjne – nawet dobre odruchy mogą okazać się destrukcyjne, zabójcze. To sytuacje bez wyjścia, jak z tragedii greckiej – pewne rzeczy zdają się nie do uniknięcia. W koszmarze sennym widzimy zbliżającego się potwora i nic nie możemy zrobić, mamy nogi jak z ołowiu. Poprzez taką piętrową prowokację chciałbym filmem wywołać rozmowę, dyskusję.

Po sukcesie „Bożego Ciała” wyprowadzisz się, uciekniesz, wyemigrujesz – Kalifornia wzywa?
Propozycji jest dużo. Amerykański rynek nie jest dla mnie aż taką nowością, jeżdżę tam – właściwie tylko do Los Angeles – od dziesięciu lat co roku na co najmniej kilka tygodni. Teraz rzeczywiście otworzyło się okno z możliwościami. Dla Amerykanów już sama oscarowa nominacja to dużo, bo stawia człowieka na liście reżyserów różnych projektów, czy to filmów kinowych, czy seriali. I, oczywiście, poważnie rozważam jakiś rodzaj przeprowadzki, niczego nie wykluczam, ponieważ perspektywa robienia czegoś po angielsku zawsze była dla mnie nęcąca. Choć szczególnie pociągająca byłaby sytuacja, gdyby zadziało się to w Polsce, to znaczy, gdyby te hollywoodzkie pieniądze trafiły tu do nas, gdyby projekty z amerykańskimi lub angielskimi środkami i aktorami, przy polskim współudziale, mogłyby być realizowane u nas. Taką międzynarodową formułę kina zawsze miałem gdzieś w głowie, zawsze mi imponowała. Bardzo cenię filmowców, którzy potrafili przekroczyć granicę pomiędzy ambitnym kinem lokalnym a angielskojęzycznym, nie tracąc na poziomie. Oczywiście, są też przykłady tego, jak ktoś został zjedzony przez Hollywood, jak talent czy kreatywność zdezawuowały się, spaliły w zderzeniu z tym „wielkim przemysłem”.

Boisz się?
Boję się tylko, że nie wykorzystam w pełni tych otwartych dzisiaj drzwi. Naprawdę mam tak „przestawiony wektor”, że lubię dużo pracować i nigdy nie bałem się wyzwań, lubiłem się mierzyć z rzeczami, które wydają się poza zasięgiem. Przyzwyczaiłem się też do odrobiny szaleństwa – bo na przykład w takim projekcie jak „Miasto 44” szaleństwo było potrzebne, by taki film w ogóle zrobić, więc… poświęcenie mnie stymuluje. Takie miesiące jak te ostatnie, kiedy masę czasu spędziłem w LA na chodzeniu, spotykaniu się, rozmawianiu z największymi producentami stojącymi za wieloma ważnymi filmami, które czytelnicy „Zwierciadła” widzieli w ostatnich latach w kinach – to zaczęło mnie motywować. Zresztą okazało się, że to są tacy sami producenci jak tutaj, ekipy działają na podobnych zasadach jak u nas, a koniec końców liczy się to, co masz do powiedzenia i czy potrafisz to powiedzieć.

Tego ostatniego – rzemiosła – uczysz studentów.
Chcę przekazywać moim studentom także rodzaj wrażliwości, choć nie wiem, czy mi się to uda, bo jako wykładowca zawalam terminy, zwłaszcza ostatnio. Z bólem, ale coś za coś. Może zdobędę jakąś wiedzę, którą będę mógł się dzielić trochę później. Uważam, że największym moim życiowym odkryciem czy wartością jest potrzeba dzielenia się. Wiesz, polskie środowisko filmowe, zresztą nie tylko polskie, przez wiele lat cierpiało na coś w rodzaju syndromu oblężonych twierdz, pewnych baniek, w których filmowcy się zamykali… Pamiętam – to mnie uderzało, kiedy zaczynałem – potworną nieufność w biznesie filmowym. Mam taką naiwną nadzieję, że udaje się to zmieniać, że można się dzielić wiedzą, kontaktami, możliwościami, rozdawać to wszystko, bo przecież jako twórcy musimy się uczyć ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Nie można tego robić, zamykając się. O, takie misyjne mam podejście, może naiwne, ale ono daje mi spokój ducha w zakręconym dla mnie czasie.

Tak zakręconym, że aż trafiłeś do kalifornijskiego szpitala.
Kamienie nerkowe. Bolało. Akurat po nominacji się zaczęło. Wcześniej nic nie czułem, więc podejrzenia były różne, niepokojące. Spędziłem kilka dni, łykając środki przeciwbólowe, jednocześnie wokół te splendory… Czyli były udręka i ekstaza
– „jakie to katolickie…” – tak powiedział jeden ze znajomych producentów.

Jak rodzina przyjęła sukces? Żona, dzieci, siostra?
Spore obciążenie. Oczywiście, oprócz radości. Pewnie to minie, uspokoi się. Choć przy okazji poprzednich produkcji już poznałem trochę, co to jest popularność czy waga pewnego sukcesu. I wiem, że człowiek, jego ciało, zawsze reaguje, czy to sukces, czy porażka, napina się podobnie, stresuje się fizycznie i szczęściem, i nieszczęściem. Mam już pewne doświadczenie i mam nadzieję, że potrafię do wszystkiego podejść z dystansem większym niż kiedyś. I że w jakimś spokoju będę razem z żoną wychowywał dzieci dalej, choć nie jest to łatwe, kiedy dużo pracy, kiedy tyle się dzieje. Już od momentu trafienia na tę oscarową short listę mój syn na treningach piłkarskich słyszał: „Tata jest w Hollywood”, córka też jest pytana na imprezach o ojca. No cóż, to normalne, byle jakoś nie przesadzić.

„Młody reżyser z Polski” – tak pisano w nagłówkach zagranicznych gazet przy okazji nominacji. Fajnie. Może już nigdy nie przestaniesz być młody? Dorian Gray przemysłu filmowego. Nie irytuje cię to trochę?
[Śmiech]. Myślę o sobie wciąż jak o młodym człowieku. Mam takie trochę podwójne życie, bo niby młody, ale już 19-letnia córka, czyli teoretycznie mógłbym być dziadkiem (choć córki nie namawiam), z drugiej strony… W jednym życiu jestem przed czterdziestką – pamiętam, kiedy zaczynałem w 2001 roku szkołę filmową, normą było, że reżyserzy debiutują w wieku 40 lat – „w drugim życiu” mam przecież już spore doświadczenie. Ale do każdego projektu podchodzę, jakbym był na początku drogi. Może to dobre połączenie rozdwojenie? Czuję oddech czterdziestki na plecach, czekam na nią, choć pewnie tak jak po trzydziestce – nie zmieni się wiele, może tylko kamienie nerkowe rozbite laserowo znowu się zmaterializują. Nie mam już takiego organizmu, który bezstresowo przejdzie przez dwumiesięczną kampanię oscarową, przez okres bez snu. Kiedyś imprezowałem z moimi młodymi aktorami, żeby ich poczuć, złapać ich energię i żeby przenieść ją na ekran. Teraz czuję się już nieco głupio, jak starszy brat, który nieproszony przysiadł się z piwem (choć nie piję). Ta rola zaczęła być już odrobinę żenująca, zacząłem to wyczuwać…

Pan Jan Komasa, oscarowy reżyser. Dziękuję.
Nie przesadzaj!

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>