Janusz Gajos – wyrastanie z siebie

Janusz Gajos, fot. BEW PHOTO

Ma się za człowieka w miarę normalnego, ale od razu dodaje, że warto sobie przy tym zadać pytanie, co to znaczy normalny. Jak się przez lata zmieniał i co go przemieniało? O paru chwilach wyrastania z siebie opowiada Janusz Gajos.

Część wczesnego dzieciństwa spędziłem na Śląsku. Chodziłem do szkoły podstawowej w Zabrzu. Mówiłem wtedy dość biegle gwarą, co teraz wspominam z pewnym rozrzewnieniem. Pierwsze próby zrozumienia świata i ciągłego zadawania pytań „dlaczego?”. Próby zrozumienia tego, co wydawało się nielogiczne. Według specjalistów dzieją się wtedy w życiu człowieka rzeczy najważniejsze. Przy pomocy najbliższych uczymy się poruszać w niezrozumiałym do końca świecie.

Niedawno zrobiłem zdjęcie swojej wnuczce. Raczkowała po całym pokoju. W pewnej chwili zatrzymała się przed oszklonym wyjściem na taras z wyrazem głębokiej zadumy godnym wszystkich mędrców tego świata. Dużo bym dał za to, żeby się dowiedzieć, co też było powodem tej zadumy okraszonej szczyptą zaciekawienia. Bardzo piękny moment.

Lęk pierwotny

To nie było żadne przywidzenie, choć można by w to wątpić, zważywszy na fakt, że leżałem wtedy jeszcze w wózku. To pierwsze moje wspomnienie. Leżałem, bałem się potwornie i strasznie się darłem. Pamiętam to, daję słowo: po wewnętrznej stronie budki łaziło tam i z powrotem jakieś „coś”, straszny, okropny potwór. Prawdopodobnie jakiś żuk czy skorek. Skąd mały człowiek wie, że trzeba się tego bać? Przecież żaden żuk mi nigdy w życiu nic nie zrobił. To było najprawdopodobniej nasze pierwsze spotkanie. Skąd więc taki lęk? Potem ze wszystkimi możliwymi żukami wybaczyliśmy sobie tamtą pierwszą chwilę: one – że tak w obecności jednego z nich hałasowałem; ja – że ich kolega mnie straszył. Ale do dziś za owadami nie przepadam. Jeśli w domu pojawia się pająk, którego zabić nie można – bo pająk to szczęście – zadanie schwytania go i obdarowania wolnością za oknem należy do mojej żony. Jakiś respekt do tego, co takie małe i tak się dziwnie porusza, mi pozostał. Nigdy nie wiadomo przecież, dokąd to coś pójdzie i gdzie znajdzie sobie miejsce, nie daj Boże, w bucie albo w kieszeni. Połknięcie muchy czy innego latającego owada podczas jazdy rowerem też już mam za sobą, więc wiem, że szczególnie w lesie lepiej trzymać gębę na kłódkę.

Na karuzeli

W Zabrzu mieszkaliśmy przy placu Kazimierza Wielkiego, na którym wiosną stawały karuzele. Widziałem je z drugiego piętra naszego mieszkania. Korzystanie ze wszystkich tych diabelskich młynów, huśtawek, kręcących się w szalonym pędzie krzesełek na łańcuchach było dla mnie najwspanialszym sposobem spędzania wolnego czasu. Zamęczałem rodziców prośbami o apanaże na spełnienie tych szaleństw, bez których jutro nie miało żadnego sensu. Dokładnie pamiętam moment, kiedy dotarła do mnie przerażająca myśl. Moi rodzice nie uczestniczyli w tym cudownym, kręcącym się świecie, więc widocznie przyjdzie taki czas, kiedy ja będę w ich wieku i stracę na to wszystko ochotę. „Cóż za okropne życie będę wówczas prowadził”, pomyślałem. Potem, jak każda niegroźna choroba, karuzela wywietrzała mi z głowy i zaczęło się czytanie Karola Maya, kapiszonowe pistolety z odpustu, łuki i tropienie wrogów po pobliskim parku. Ale gdy wiele lat później przyglądaliśmy się z żoną naszym dzieciom, które szalały na karuzeli, zrobiło mi się rzewnie. Rzewnie i dziwnie. To już się jednak nie pokręcę?

Janusz Gajos z żoną Elżbietą na gali Kryształowych Zwierciadeł. (Fot. BEW PHOTO)

Nie wiadomo, jak to nazwać

Jak to w okresie dojrzewania bywa, nagle zauważyłem, że na świecie istnieją kobiety. Że są inne, że jest w tym coś uroczego, podniecającego, nie wiadomo, jak to nazwać, ale to coś jest. I miłe jest. Pamiętam wygląd będzińskiego tramwaju, którym jeździłem do szkoły. Był to dosyć dostojny pojazd z mosiężnymi klamkami, balustradami i pomostem. Tramwaje były przeważnie zatłoczone. Często jeździło się na stopniach. Pewnego dnia, stojąc na zatłoczonym pomoście, zobaczyłem dziewczynę. Bardzo ładną. W tym tłoku widziałem ją od pasa w górę. Oczywiście, wgapiałem się w nią bezczelnie, co wówczas uchodziło za szczyt nietaktu. Próbowałem zwrócić na siebie jej uwagę i w końcu osiągnąłem sukces. Spojrzała na mnie i nawet się uśmiechnęła. Postanowiłem pójść za ciosem, ale ona wysiadła na wcześniejszym przystanku, a ja musiałem jechać dalej. Wysiadła i wtedy zobaczyłem, że ma problem z chodzeniem. Szła dziwnym krokiem, jakby się lekko zataczając. Prawdopodobnie przeszła chorobę Heinego-Medina. Nie potrafię do dziś opisać uczucia, które mną wtedy owładnęło. Wstyd, żal, niezgoda na to, co zobaczyłem. Weszła w tłum, a ja nie mogłem uwolnić się od myśli, że zrobiłem coś niewybaczalnego. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że mogłaby mi powiedzieć: „No, i co teraz zrobisz, dzielny rycerzu? Spróbujesz walczyć o damę swego serca?”.

Mam psa czy nie mam psa

Z wiekiem miewam coraz większą tremę i jest to proste do wyjaśnienia – z biegiem czasu wzrasta świadomość tego, co robię. A wraz z nią z kolei częściej niż kiedyś pojawia się podszept niepewności: „A może nie zrobiłeś wszystkiego, co do ciebie należało?”. Myślę, że poczucie odpowiedzialności pomaga mi utrzymać się w ryzach i nie popaść w jakieś fałszywe wyobrażenie o sobie i mojej pracy. Żeby być dobrze zrozumianym, myślę, że od początku szkoły – a wcześniej jeszcze po trzech nieudanych próbach, by się do niej dostać – dwuletni pobyt w Teatrze Lalek, wojsko sprawiły, że nauczyłem się stronić od przesady. Oczywiście, można też łatwo próbować temu zaprzeczyć, bo przecież jeszcze będąc w szkole, doznałem czegoś, na co ludzie w moim zawodzie czekają czasem latami. Popularność po roli czołgisty z psem była istotnie ogromna, ale jednak jedno­wymiarowa i odwrotnie proporcjonalna do tzw. własnej satysfakcji, ponieważ inaczej to sobie wyobrażałem. Wtedy mój sen o tym, że wraz z popularnością przychodzi do człowieka coś szlachetnego i niezwykle poważnego, rozsypał się w mak. Nie wiedziałem wówczas co prawda także tego, że to, o czym marzyłem, osiąga się ewentualnie z wiekiem, bo na uważne spojrzenie ludzi trzeba sobie po prostu zapracować, no, ale… To prawda, że stać mnie było na zakup dziesięcioletniego garbusa, ale i tak na przemian śmieszył mnie i męczył fakt, że konferansjerzy zapowiadali mnie. „A teraz przed państwem ulubieniec wszystkich, znany i kochany… Jonasz Gojas”. Albo że każdy chciał wiedzieć, czy mam psa, czy nie mam psa.

Janusz Gajos (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

Pokonać wstyd

Myślałem o architekturze, bo wykoncypowałem sobie, że mógłbym po niej uprawiać coś pomiędzy zawodem stricte użytkowym a sztuką. Któregoś dnia jednak w roku przedmaturalnym kazano mi wziąć udział w szkolnym przedstawieniu, co uważałem za ostatnią rzecz, którą chciałbym w życiu zrobić. Odmowa nie wchodziła w rachubę. To były zupełnie inne czasy. Tak więc przebrano mnie w coś, co miało przypominać mundur ułana, na głowę włożono tekturowe czako i kazano wygłosić Mickiewiczowski tekst:

Zofijo! Muszę ciebie w bardzo ważnej rzeczy
Radzić się; już pytałem stryja, on nie przeczy.
Wiesz, iż znaczna część wiosek, które mam posiadać,
Wedle prawa na ciebie powinna by spadać.
A chłopi nie są moi, lecz twoi poddani

Wstydziłem się okropnie. Myślałem, jak znaleźć powód, dla którego miałbym czelność stanąć na jakiejś scenie, mówić ten tekst i być uczciwym wobec ludzi, którzy będą to oglądać.

Teraz tamten stan umiem wyjaśnić i nazwać, ale wtedy działałem spontanicznie i w panice. Szukać sposobu na wiarygodność i pokonać wstyd. Jakoś się uratowałem na tyle skutecznie, że do dziś ponoszę tego konsekwencje.

W imię syna

Ojciec był człowiekiem dosyć surowym, ale nigdy niesprawiedliwym. Czasem podniósł głos, a raz pamiętam, gdy chcąc mnie postraszyć, próbował wyjąć pasek ze spodni, ale w trakcie mu minęło. Moje plany na przyszłość związane z teatrem i zawodem aktorskim oczywiście mocno go rozczarowały. Mama już po jego śmierci opowiedziała mi, że podobno któregoś dnia, po konkursie recytatorskim (zdobyłem wtedy główną nagrodę ogólnopolską), pojechał do łódzkiej szkoły, pokazał tam wycinki z prasy i powiedział: „Tu jest napisane, że on jest najlepszy. Dlaczego nie chcecie go przyjąć?”. Jeśli to prawda, to był to wspaniały gest człowieka, który nie tak wyobrażał sobie przyszłość swojego dziecka, ale postanowił uszanować jego determinację w dążeniu do celu.

Płakać mają oni, nie ty

Aktorstwo to jest rzemiosło i świadomość tego, co jest do zrobienia. Nie ma w tym żadnej metafizyki, chyba że nazwiemy tak coś, co czasem zdarza się między sceną a widownią. Zdarza się, że ludzie czasem płaczą na widowni, a więc ulegają jakiemuś czarowi, który jest wynikiem działania sceny na widownię i odwrotnie. Ludzie płaczą lub śmieją się, czytając książkę, a przecież mają przed sobą tylko papier zadrukowany czarnymi literami. Wszystko dzieje się pośrodku. Między autorem a czytelnikiem, aktorem i widzem. Choć staram się uciekać od wielkich słów, muszę przyznać, że to wspólne działanie można nazwać jakimś rodzajem mistycyzmu. Ale też bardzo mi się podobało, gdy kiedyś Roman Polański powiedział pewnej dziennikarce: „Proszę pani, film to jest wspaniałe oszustwo. Na szmacie wyświetla się obrazki. Kiedy patrzy pani wzdłuż szmaty, nie czuje pani nic, patrzy pani na szmatę prostopadle i pani płacze”. Nie przesadzajmy więc z tym aktorstwem ani w jedną, ani w drugą stronę. Ciągle obowiązuje stare powiedzenie aktorów: „Płakać mają oni, nie ty”, choć zdarzało się, że na planie zazdrościłem koleżankom łez. Pamiętam, kiedy z Kazimierzem Kutzem robiliśmy „Opowieści Hollywood” i on wołał do mnie z reżyserki: „Janusz, puść mi choć jedną męską łzę, bo chcę, żeby ta scena była wzruszająca”. A ja na to: „Kaziu, nie dam rady. Wiem, rozumiem, nawet się wzruszam, ale nic mi nie leci z tego oka”. A mówiłem to w chwili, gdy Ania Dymna umiała zapłakać rzewnymi łzami na hasło „akcja!”.

Zwykłe bery bojki

Różnie bywa. Gotowanie się na scenie to jest reakcja na nieprzewidzianą sytuację. Reaguje się wtedy śmiechem. Czasem wystarczy pokiwać palcem i już. Mnie ugotować akurat trudno, ale… W „Rozmowach przy wycinaniu lasu” Stanisława Tyma w teatrze Kwadrat Krzysiek Kowalewski mówił taką kwestię: „Rozetrzyj i powąchaj”, a chodziło o jakieś zabobony, typu: trzeba podnieść źdźbło trawy, rozetrzeć je i jeśli ma ono nieodpowiedni zapach, to źle rokuje. Kolega Jarek Stępowski jeździł w tamtych latach często do Stanów i przywoził różne dziwne gadżety. Raz przytargał z sobą wyglądające bardzo realistycznie sztuczne gówno i przed spektaklem rzucił je w mchy i paprocie, które pokrywały całą scenę. Dla żartu. Gdy doszło do chwili, kiedy Krzysio Kowalewski rozcierał ten swój liść i rzucił go na te wszystkie mchy, trafił akurat tam, gdzie leżała amerykańska nieczystość. I wtedy właśnie powiedział do mnie: „A teraz wąchaj”. To był ten moment, kiedy nie wytrzymałem. Uciekłem ze sceny – zwykłe bery bojki [bajdurzenie, opowiastki – przyp. autora]?

Janusz Gajos w filmie „Ucieczka z kina wolność”, 1990 rok. (Fot. BEW PHOTO)

Żary koło Żagania

W wojsku byłem przez dwa lata i przyglądałem się temu zjawisku z ciekawością. Po naszej jednostce grasował jeleń, znaleziony jako osesek przez żołnierzy na poligonie. Zadomowił się, rósł w siłę i mężniał, ale wciąż miał w sobie dziecięcą potrzebę zabawy, lubił jeść giewonty bez filtra i towarzyszyć ludziom. No, więc poranny apel wojskowy wyglądał tak: szósta rano, cały pułk na nogach, tysiąc osób w szeregu, i w tym momencie wychodzi do nas dowódca ze świtą, by dopełnić ceremonii. A za nim jeleń. I tak dzień w dzień. Aż któregoś ranka pojawił się nowy dowódca, grubszy pułkownik w okularach. Ceremonia odbywa się w najlepsze, a nasz przyjaciel jeleń gapi się na tego nowego pana z wielkim zdumieniem i coś mu się nie zgadza… Chyba kombinował, że nie tak było umówione, przyszedł nie ten facet, co trzeba. I nasza prawie dwustukilogramowa maskotka ruszyła w kierunku pechowca w randze pułkownika, biorąc go na rogi. Całą ceremonię oczywiście diabli wzięli. Trzeba było ratować człowieka. Ładny teatr? I to nie są bery bojki.

Profesor Bayer

Główny problem w filmie „Konwój”, w którym ostatnio zagrałem, polega w moim odczuciu na szukaniu dobra i zła, tego, gdzie się kończy jedno, a zaczyna drugie, i jak łatwo można popełnić błąd, myląc te pojęcia. To niemal filozoficzny dylemat, w którym pojawiają się różne próby sprostania tematowi, w tym motyw kary śmierci. „Konwój” to jest opowieść o tym, komu wolno decydować, czy ktoś ma prawo żyć dalej, czy nie? Jest takie przedstawienie w Teatrze Narodowym „Udręka życia”, opisywana w prasie jako tragikomedia o starym małżeństwie w rozpadzie. W moim odczuciu jednak jest to sztuka o ogromnym żalu, że nie można wszystkiego w życiu zacząć od początku. Mój bohater mówi w pewnej chwili: „Zabierzcie mnie do profesora Bayera”, człowieka, przez którego został w dzieciństwie uratowany, i teraz, gdy jest już starym człowiekiem, skarży się światu, że gdyby tylko mógł wszystko zacząć na nowo, wtedy nie popełniłby błędów. Co jest oczywiście nieprawdą. Ale może gdzieś tam jednak czeka na nas jakiś profesor Bayer?