Colours of Ostrava: festiwal dla ludzi

Colours of Ostrava: festiwal dla ludzi
Fot. Magdalena Malińska

W poprzednim felietonie o Ostrawie przez roztargnienie nie wspomniałam o widocznych gołym okiem różnicach pomiędzy festiwalem Colours of Ostrava a imprezami masowymi w Polsce. Trzeba to nadrobić, bo oprócz wspaniałych artystów i „mnóżstwa innych ciekawości” najważniejsi są oczywiście ludzie, dla których całe zamieszanie zostało zorganizowane.
Zacznę od prozaicznej rzeczy, czyli wysypania terenu całego festiwalu grubym tłuczniem, który wbrew siąpiącemu raz po raz deszczowi umożliwił sprawne poruszanie się. (Choć przyznam szczerze, że zignorowałam ostrzeżenia organizatorów i nie przyjechałam w butach z twardą podeszwą, co oczywiście odchorowałam, ale to tylko moja wina). Mimo takiej organizacji nawierzchni osoby poruszające się na wózkach mogły liczyć na udogodnienia w postaci osobnych, bocznych wejść na teren festiwalu. Zorganizowano dla nich także pod każdą sceną metalowe rampy, z których mogli wygodnie obserwować występy artystów.

Fot. Magdalena Malińska/więcej w galerii

Jedna z rozlicznych małych scen była przeznaczona wyłącznie dla dzieci. W ciągu dnia prowadzono tam dla nich program wypełniony zabawami. Z kolei osoby, które ukończyły 65. rok życia, mogły w niedzielę wejść na teren festiwalu za symboliczną jedną koronę. Efekt jest taki, że hasło „Colours of Ostrava” odnieść można bez przesady także do publiczności. Nie przypominam sobie podobnego typu imprezy w Polsce, na której bawiłoby się razem tak wielu tak różnych ludzi. Uderzający był przede wszystkim przekrój wiekowy uczestników: o ile na naszych festiwalach muzycznych ogromna większość to osoby przed 40. rokiem życia, w Ostrawie widziałam równie wielu wytrwałych fanów w tzw. „dojrzałym wieku”. Bezsensowność tego określenia dopiero tutaj widać było jak na dłoni. Czesi są narodem, w którym ludzie się po prostu lubią. Nie traktują przebywania w przestrzeni publicznej i zabawy w tłumie jako szaleństwa, na które mogą sobie pozwolić tylko osoby o nieokreślonym jeszcze statusie społecznym. Ze zdziwieniem obserwowałam np. taką scenkę rodzajową: z wypchanego do granic tramwaju jeden z pasażerów usadzonych w głębi próbuje wysiąść na przystanku. Cała reszta nie tylko mu pomaga, podając sobie jego plecak, ale jeszcze ktoś tam rzuca żarcik, wszyscy wybuchają śmiechem. Kiedy ostatnio widzieliście tramwaj pełen uśmiechniętych ludzi?

Wracając do przestrzeni festiwalowej – na osobny krzyk zachwytu zasługuje miejsce, w którym rzecz się odbywa, a mianowicie rewitalizowany obecnie, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO Dolní oblast Vítkovice, czyli wielki zespół postindustrialnych budowli, z których jedna – dawny zbiornik na gaz – została przebudowana na zapierającą dech w piersiach salę koncertową. Podczas festiwalu wprawdzie trudno było się do niej dostać, ale półgodzinne wyczekiwanie na właściwy moment opłaciło się. Trudno wyobrazić sobie lepszą scenerię dla wysłuchiwania muzyki opierającej się na niuansach (np. koncertów jazzowych) niż ta ogromna, wprawdzie uporządkowana, regularna architektonicznie i zaprojektowana przez człowieka, a jednak sprawiająca wrażenie życia własnym życiem i jakiejś potwornej samotności przestrzeń.

Jak już wspomniałam, wielość scen wymuszała nakładanie się czasowe bardzo ciekawych koncertów i powodowała sytuacje bez wyjścia – jak wybrać pomiędzy „pewniakiem” w postaci występu Bobby’ego McFerrina a jakimś nieznanym idolem czającym się gdzieś wśród plątaniny przerdzewiałych rur, powietrznych hal, zwalisk blachy? Wybór w Ostravie był tym trudniejszy, im większe nazwiska „pewniaków”.

Na potrzeby festiwalu ostrawska orkiestra filharmoniczna przygotowała aranżacje utworów Antony and the Johnsons i wykonała je pod dyrygenturą Anthony’ego Weedena. Nie umiem tego dostatecznie ująć słowami, ale momentami dziwaczna, trudna muzyka tego artysty zyskała dla mnie w wersji na żywo zupełnie niezrozumiałą, nową jakość. Pomimo dystansu wielkiej sceny, wielkiej orkiestry siedzącej za nim i tłumu ludzi dookoła, miałam wrażenie, że spotkaliśmy się sam na sam – tak intymne relacje ze swoimi słuchaczami i widzami tworzy Anthony.

I właśnie na płaszczyźnie umiejętności nawiązywania kontaktu z publicznością muszę, choć od tego aż krzyczy nastoletnia Malina we mnie, porównać koncerty Alanis Morissette i ZAZ – na niekorzyść dla tej pierwszej. Choć oddałabym 8 GB piosenki francuskiej za jedno „Thank U”, choć piszczałam głośniej przed rozpoczęciem koncertu Alanis, nie ma dziewczyna w sobie nawet połowy tej ciekawości świata i energii, którą ma ZAZ. Nie zdarzyło mi się dotąd popłakać ze wzruszenia, widząc kogoś skaczącego po scenie z radości ze spotkania z publicznością. Alanis nie dała mi powodów do wzruszeń. Słuchałam jej tylko coraz mniej uważnie, odpływając w odmęty jakichś niezdrowych przemyśleń o naturze czasu i tak dalej, że kim byłam, gdy słuchałam tej piosenki pierwszy raz, a kim jestem teraz… I tak oto powód, dla którego pojechałam do Ostravy, odwrócił się do mnie plecami. Nie mogę powiedzieć, że ZAZ zdetronizuje Alanis w moim małym mrocznym królestwie żalu i rozpaczy, bo to nie ta estetyka, nie te wibrata i nie te gitary, ale bardzo dużo się od niej nauczyłam. I jakoś mnie wcale nie zdziwiło, że akurat na jej koncert słońce przebiło się przez chmury i zamieniło mroki kombinatu w złotą świątynię. Jeśli jeszcze nie byliście na jej koncercie, rezerwujcie bilety.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze