fbpx

Jonathan Carroll – „Co by było gdyby…”

Jonathan Carroll - Co by było gdyby...
Fot. Getty Images

Praca nad sobą to niekończący się proces. Nie można pewnego dnia wstać, klepnąć się w kolana i uznać, że to już, że zrobione, że możemy przestać się wysilać. Większość z nas „przesypia” życie. Tak jest, oczywiście, łatwiej, bo żeby się obudzić i żyć świadomie, potrzeba nie lada wysiłku – mówi Jonathan Carroll, którego najnowsza książka „Mr. Breakfast” właśnie ukazała się w Polsce.

Zastanawia się pan czasem, co by było, gdyby?
Oczywiście. Któż tego nie robi! Może właśnie dlatego bohaterowi „Mr. Breakfasta” to pytanie nie daje spokoju. Cały czas myśli o tym, że gdyby – jak marzy – został sławnym komikiem, to byłoby mu lepiej w życiu. Nie widzi, ile rzeczy przez to przegapia, jak bardzo nie dostrzega tego, co go otacza. Całym sobą skupia się na gdybaniu. Dałem mu więc możliwość spróbowania, co by było, gdyby, i chyba nie zdradzę zbyt wiele, mówiąc, jak rozczarowujące okazuje się to doświadczenie. Zbyt często nam się wydaje, że gdzieś indziej będzie nam lepiej. Że, powiedzmy, trywializując nieco sprawę, nowy mercedes nas uszczęśliwi, więc robimy wszystko, by go zdobyć. A gdy już się to nam w końcu uda, okazuje się, że wcale nie gwarantuje nam on pełni szczęścia, generuje masę nowych problemów i w sumie wolelibyśmy porsche. Zamiast gonić za mrzonkami, lepiej skupić się na życiu i uczynić je najlepszym z możliwych. W wersji, jaką dostaliśmy.

Jaka jest pana recepta na szczęśliwie życie?
Pracuj nad tym, co masz, by było jak najlepsze. To trochę tak jak z gotowaniem. Żeby potrawa się udała, trzeba się postarać, dodać sól, pieprz, inne przyprawy. Albo, zamiast załamywać ręce, że nie umiemy gotować, otworzyć książkę kucharską. Zacząć działać. Samo słuchanie rad coachów czy innych guru nam nie pomoże, musimy w końcu zakasać rękawy. Oni za nas tego nie zrobią.

Pan nad sobą pracuje?
Praca nad sobą to niekończący się proces. Nie można pewnego dnia wstać, klepnąć się w kolana i uznać, że to już, że zrobione, że możemy przestać się wysilać. Większość z nas „przesypia” życie. Tak jest, oczywiście, łatwiej, bo żeby się obudzić i żyć świadomie, trzeba nie lada wysiłku. Ot, przykład z mojego podwórka. Nawet nie wyobraża sobie pani, ile osób i jak często mówi mi, że ma świetny pomysł na książkę. Jedyną odpowiedzią, jaką dla nich mam, jest: „Świetnie, usiądź więc i ją napisz”. Wtedy zobaczysz, ile to wymaga wysiłku, jak trudno ślęczeć codziennie przed komputerem, przelewając ów świetny pomysł na puste białe kartki. Jak to jest koncentrować swoje myśli przez rok czy ile tam ci zajmie napisanie tej jednej tylko rzeczy. Jeżeli skończysz, to ci pogratuluję. Pytała mnie pani o pracę nad sobą. Doprowadzanie pomysłów do końca – to właśnie jest moja praca nad sobą. Podobnie jak bycie dobrym nauczycielem czy ojcem. To też wymaga wysiłku.

Właśnie, przez wiele lat pracował pan jako nauczyciel języka angielskiego.
Zanim to nastąpiło, byłem okropnym uczniem. Broiłem, wdawałem się w bójki, wyrzucano mnie ze szkół… Ale też dzięki temu, gdy sam zostałem nauczycielem, wiedziałem, że nie chcę uczyć tak, jak mnie uczono, bo miałem najnudniejszych nauczycieli na świecie. Nauczanie nie polega na tym, żeby klepać wyuczony na pamięć tekst, ale żeby mówić tak, by być zrozumianym, zainteresować, przełamać znudzenie i przetłumaczyć to, czego uczymy, na język tego, kogo uczymy. Dostałem kiedyś karkołomne zadanie: omówić z 12-latkami „Romea i Julię”. Usypiał ich już sam język, którego używał Szekspir, musiałem więc jakoś inaczej do nich trafić. Zacząłem lekcję od pokazania im środkowego palca…

Zdaje się, że skutecznie wyrwał ich pan tym ze znudzenia?
Taki był cel. Ale zanim się podniósł wrzask, zapytałem, czy wiedzą, co ten gest [tu Jonathan Carroll zagryza kciuk] znaczył w czasach Szekspira, czyli na przełomie XVI i XVII wieku? Dokładnie to samo! „No co pan mówi?” – krzyknęli i zaczęli mnie słuchać. Potem jeszcze dodałem, że w tej książce 14- i 15-latki uprawiają seks. Wszystko dlatego, że historię trzeba opowiedzieć tak, by była pełna analogii do życia tych, którzy jej słuchają, by mogli przez nią zobaczyć siebie. To, oczywiście, nie jest łatwe i pochłania masę energii. Trzeba wspiąć się na wyżyny i to 180 razy w ciągu roku! O ileż łatwiej jest po prostu klepać interpretację Szekspira. Tylko wtedy bym zanudził i ich, i siebie. To też była moja praca nad sobą.

Zdarzyło się panu, podobnie jak bohaterowi „Mr. Breakfasta”, że gdy już w końcu spełniło się to, o czym pan marzył, było zupełnie inaczej niż w wyobrażeniach?
Kiedyś marzyłem, żeby współtworzyć filmy, pisać scenariusze.

Jak pana ojciec, scenarzysta?
Raczej zupełnie nie tak jak on. W każdym razie, podążając za tym marzeniem, w latach 90. znalazłem się w fabryce snów. Chciałem spróbować sił w Hollywood. Szybko okazało się, że jest inaczej, niż mi się wydawało, że pisanie scenariusza to praca zbiorowa. Dostawałem na przykład do podkręcenia dialogi kobiece – bo w tym właśnie uważano mnie za specjalistę – po czym ktoś mielił to dalej. Po dwóch latach wróciłem do Wiednia. Stwierdziłem, że to całe Hollywood nie jest dla mnie. Ale cieszę się, że spróbowałem.

Gdyby mógł się pan cofnąć do dowolnego miejsca w życiu i zacząć od nowa, jak bohater pana ostatniej książki?
Nie żałuję zbyt wielu rzeczy w życiu. Więc chyba jedynym momentem, do którego chciałbym się cofnąć, to wczesna młodość, kiedy dużo łobuzowałem. Chciałbym powiedzieć samemu sobie: „Przestań robić głupstwa, zabierz się do czytania!”. Gdy miałem 12 lat, brat dał mi dolara za przeczytanie książki, to była moja pierwsza lektura w życiu. Ale tak naprawdę odkryłem literaturę dopiero jako 15-latek. Miałem masę lektur do nadrobienia. Zresztą uważam, że z czytaniem jest jak z każdym zwyczajem, po prostu musi nam wejść w krew. Gdy już w końcu zacząłem czytać, to znikałem w świecie książek niemal na całą dobę. Byłem tam szczęśliwy.

Kusi mnie, by pograć z panem w „co by było, gdyby…”. A więc co by było, gdyby nauczyciel literatury w liceum, któremu pokazał pan swoje pierwsze opowiadanie, uległ pana wizerunkowi łobuza i nie powiedział: „To świetne, pisz dalej!”?
Może nie zostałbym pisarzem? Ale czy to byłoby tak źle? Kto wie. Pisanie sprawia mi frajdę, lubię to robić. Ale gdy marzyłem o byciu pisarzem, nie przypuszczałem, że dopadną mnie też negatywne odcienie sławy. Na ogół spotkania z czytelnikami są przyjemnością, ale zdarza się i tak, że otwieram drzwi mieszkania – mieszkam na ostatnim piętrze, żeby wejść do budynku, trzeba mieć specjalną kartę – a tam stoją dwie gotyckie damy, całe na czarno i w tatuażach, i machają mi przed nosem okładką mojej książki. Zresztą w ten sposób po raz pierwszy zobaczyłem ją w polskim wydaniu.

A skoro o okładkach mowa. Zdaje się, że to wasza rodzinna tradycja?
Okładki „Mr. Breakfasta” i kilku wcześniejszych książek to dzieła mojego syna. Zaczęła żona, malarka i wykładowczyni sztuki, która swego czasu projektowała wszystkie okładki do wydań niemieckojęzycznych.

Jesteście małżeństwem od 48 lat. Jaki jest sekret tak długiego stażu?
Słuchać. Ale naprawdę słuchać, nie tylko nadstawiać ucha i udawać, że się słucha. I jeszcze umieć się rozśmieszyć. Poza tym tak samo widzimy najważniejsze dla nas rzeczy, świat wokół już nieco inaczej. Beverly jest optymistką, żyje lżej niż ja.

Celebrujecie rocznice?
Nie, zapominamy o nich. Ale to nie kwestia stażu, o tej pierwszej też zapomnieliśmy. Po prostu one nie są dla nas istotne.

Zdaje się, że pana czytelniczkami są w większości kobiety. Żona bywa zazdrosna?
Zupełnie nie. Ironizuje, że każda kobieta jest we mnie zakochana, więc cóż ona może na to poradzić. Chyba tylko zupełnie się tym nie przejmować.

Wróćmy do gdybania. Co by było, gdyby Krzysztof Kieślowski zrealizował swój pomysł nakręcenia filmu na podstawie pana książki „Głos naszego cienia”?
Bardzo ceniłem Kieślowskiego. Po jego śmierci, przy okazji którejś z wizyt w Polsce, dowiedziałem się przypadkiem od Zbigniewa Preisnera, że Kieślowski rozważał ekranizację mojej książki. Poruszyło mnie to. Jednak kto wie, co by było, gdyby ten film powstał. Wcale nie zakładam optymistycznego scenariusza. Może nie byłoby to arcydzieło? Może nie rozpoznałbym w nim mojej książki? Mało prawdopodobne, ale przecież i tak mogłoby się zdarzyć.

Co by było, gdyby po studiach na Uniwersytecie w Wirginii nie wybrał pan pracy na Uniwersytecie w Wiedniu, ale w Teheranie czy Bejrucie, jak panu proponowano?
Rozważałem też USA, skąd pochodzę, lubię tam być. Ale żona nauczała wtedy w Rzymie i poprosiła mnie o jeden rok w Europie. Przedłużył nam się ten rok, nie powiem. Po mojej przygodzie w Hollywood rozważałem pozostanie w USA, ale żona miała już wtedy pracę w Wiedniu, syn chodził do szkoły. A gdy wróciłem z Los Angeles, przestałem uczyć. Poświęciłem się pisaniu.

Jak się panu żyje w Wiedniu?
Mamy tu wygodne życie. Wiedeń to odwrotność Nowego Jorku, skąd pochodzę. Tym bardziej zdziwiło mnie, że w tym pięknym, pełnym historii, ułatwiającym na każdym kroku życie mieście mieszkają tak zgorzkniali ludzie. Jest nawet na to słowo – grantig, czyli „naburmuszony, w złym humorze”. Wszyscy to tutaj zbiorowo mają. A raczej mieli, bo nowe pokolenie jest już pogodniejsze. Jednak ma to swoje dobre strony. Jestem tu niewidzialny, nikt mnie nie zaczepia, żeby nie powiedzieć, że nikogo tu nie obchodzę. A ja lubię być wśród ludzi, ale niekoniecznie w centrum uwagi.

Czyli woli pan wszystko obserwować gdzieś z boku?
Dokładnie. To pokarm dla pisarza.

Co by było, gdyby pana uczeń, syn Stanisława Lema, nie przeczytał „Krainy Chichów” i nie dał jej ojcu, a ten z kolei nie zarekomendowałby książki miesięcznikowi „Fantastyka”, który jako pierwszy opublikował ją w Polsce, dzięki czemu jest pan tu do dziś niezwykle popularny?
To proste, nie byłoby mnie tu i tej rozmowy także [śmiech].

Jonathan Carroll, 70 lat, amerykański pisarz, którego książki (napisał ich 23) od czasu debiutanckiej „Krainy Chichów” (ukazywała się najpierw w odcinkach w miesięczniku „Fantastyka” w 1987 r., a potem w wersji książkowej) cieszą się w Polsce nieustającą popularnością. Właśnie dostępna jest najnowsza, „Mr. Breakfast” (REBIS). Mieszka w Wiedniu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>