fbpx

Josh Hartnett: „Robię coś dla siebie”

Josh Hartnett: "Robię coś dla siebie"
Josh Hartnett: Zdecydowanie bliżej mi do osób, które są ciekawe świata, analizują to, co dzieje się dookoła nich, i zastanawiają się nad sensem życia. (Fot. East News)

Po „Pearl Harbor” wróżono mu karierę na miarę Leonarda DiCaprio czy Brada Pitta. Warunek był jeden – być posłusznym trybikiem Fabryki Snów. Ale Josh Hartnett poszedł własną drogą. Co zyskał dzięki tej decyzji? Co go kręci w niezależnych produkcjach, jak film Lecha Majewskiego, który latem można było oglądać w kinach?

Długo Lech Majewski zabiegał o twój udział w swoim filmie?
Żartujesz? To reżyser, u którego zagrałbym drzewo. Kiedy oglądałem jego „Młyn i krzyż”, miałem zawroty głowy. Ten film zachwycił mnie stroną wizualną, grą światła i cienia, genialnym wykorzystaniem efektów specjalnych.

Chyba kokietujesz. Masz przecież na koncie udział w „Helikopterze w ogniu” Ridleya Scotta czy „Pearl Harbor” Michaela Baya, czyli wysokobudżetowych produkcjach wojennych, a zachwycasz się efektami w skromnym filmie artystycznym?
Wykorzystywanie najnowszej technologii w filmach zwykle oznacza, że forma jest w nich ważniejsza niż treść. Majewski dowodzi, że nie musi tak być. Dla mnie to prawdziwy artysta. W czasach, gdy kino traktuje się jak maszynkę do nakręcania emocji, on oferuje powrót do kultury wysokiej. Przypomina mi to trochę czasy, kiedy kino dopiero się rodziło i było postrzegane jako rozrywka dla gawiedzi, w której nie ma miejsca na wartości hołubione przez teatr czy literaturę. Ale dzięki kilku niezłomnym twórcom, jak David Wark Griffith czy Douglas Fairbanks, sztuka filmowa faktycznie stała się sztuką.

Twoja kariera pokazuje, że można łączyć kino komercyjne z artystycznym.
Lech też to dostrzegł. Kiedy spotkaliśmy się w Los Angeles, miałem obawy, czy się dogadamy, jesteśmy w końcu przedstawicielami dwóch różnych kultur. On przesiąknięty jest sztuką Europy, mnie, mimo skandynawskich korzeni, najbliżej do amerykańskiej mentalności. On jest po ASP, ja nie ukończyłem nawet studiów aktorskich, które zacząłem w Nowym Jorku. Mimo tych wszystkich różnic podczas naszego spotkania nie mogliśmy się nagadać. Cały czas pojawiały się nowe tematy.

O czym tak zawzięcie dyskutowaliście?
Okazało się, że mamy podobne fascynacje. Jestem wielkim miłośnikiem filmu „Basquiat – taniec ze śmiercią”, za który odpowiada Julian Schnabel, malarz i reżyser, który obie te sztuki scala na ekranie w niepodrabialny sposób. Lech pracował przy scenariuszu tego filmu, więc miałem okazję poznać kulisy jego powstawania, ale też porównać nasze interpretacje. Najbardziej połączyła nas jednak miłość do „Ośmiu i pół” Felliniego, według mnie filmu wszech czasów…

…któremu Lech Majewski poświęcił obszerną analizę, wydaną w formie książki.
Kiedy tak rozmawialiśmy, miałem wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w czasie do lat 30. do jakiejś paryskiej kawiarenki dla bohemy. Lech nie ma potrzeby obnoszenia się ze swoją wiedzą, nie chce zdominować rozmówcy, tylko wciągnąć go w swoją fascynującą podróż po meandrach danego tematu. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tak świetnie dogaduje się z Johnem Malkovichem. John też ma podobne usposobienie: nic nikomu nie musi udowadniać, ważniejsza jest dla niego rozmowa niż demonstrowanie, jak rozległe są jego wiedza i zainteresowania. Zawsze chciałem spotkać się z nim na planie, odkąd wystąpiłem u Sofii Coppoli w „Przekleństwach niewinności”.

Nie bardzo rozumiem. Co Malkovich ma wspólnego z „Przekleństwami niewinności”?
Sofia była wtedy żoną Spike’a Jonze’a, który kręcił z Johnem „Być jak John Malkovich”. Nasłuchałem się wtedy, że jest aktorem totalnym i erudytą, który zna się na wszystkim, ale nie daje nikomu odczuć, że ktoś jest przez swój brak wiedzy gorszy. Przekonałem się o tym osobiście, gdy John opowiadał mi o Polsce. Zawstydzało mnie, ile o waszym kraju wie. I rzeczywiście – nie dał mi odczuć, że ja wiem nieporównywalnie mniej. John po prostu dzielił się spostrzeżeniami i refleksjami, co było zupełnie niecodzienne.

Co w tym niecodziennego?
Dziś mało kto tak ze sobą na planie rozmawia. Nie liczy się sam kontakt z drugą osobą, wymiana myśli. Byle jak najszybciej osiągnąć założone cele. I zrobić na tym biznes, bo dziś wszystko się do tego sprowadza. Z Lechem i Johnem rozmawia się właśnie dla samej przyjemności rozmawiania, z tego się czerpie radość.

Co John mówił ci o Polsce?
Zachwalał jedzenie i… ogrody. Jest nimi zachwycony. Nie wiedziałem wcześniej, że to jego pasja. Mówił, żebym zwrócił uwagę zwłaszcza na przydomowe ogródki, które są kompletnie inne od tych w Kalifornii. To może się wydawać oczywiste, bo przecież różni nas klimat, ale John zwrócił mi uwagę na co innego. Ogrody są jak kręcone w dzisiejszych czasach filmy, także poddają się unifikacji. Nie ma już problemu ze ściąganiem roślin z całego świata i adaptowania ich do lokalnych warunków. A jednak wy się temu trendowi nie poddaliście, jesteście wierni tradycyjnym gatunkom i odmianom roślin.

Pochwały kuchni nie były na wyrost?
John namawiał mnie, żebym spróbował żurku i tych karmelowych cukierków…

Krówek?
Tak! Jedno i drugie ma bardzo specyficzny smak, uzależniający. Byłem już w Polsce na festiwalu Off Camera w Krakowie, gdzie zdążyłem się przekonać o jakości waszej kuchni, ale daleko mi do znawstwa Johna, który ma nawet swoje ulubione restauracje w Polsce. Właściwie to nie wiem, czy jest dziedzina, na której by się nie znał. Wie wszystko o kinie, muzyce, literaturze, jedzeniu, winie, ogrodach. Prawdziwy człowiek renesansu!

Tacy ludzie ci imponują?
Zdecydowanie bliżej mi do osób, które są ciekawe świata, analizują to, co dzieje się dookoła nich, i zastanawiają się nad sensem życia. Mój ojciec, który pracował jako nadzorca budowlany, często żartował, że byłem egzystencjalistą już w wieku 12 lat. Zamiast cieszyć się dzieciństwem jak moi koledzy, chłonąłem książki i filmy, zastanawiając się, jaki jest cel mojego istnienia na Ziemi. Myślę, że potrafiłem wtedy skutecznie zniechęcić do siebie otoczenie [śmiech]!

Chyba przyciągnąć – przecież jeszcze jako dzieciak zacząłeś pojawiać się na ekranie.
Wtedy jeszcze kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi w aktorstwie. Na początku występowałem w reklamach, w których wystarczyło ładnie się uśmiechać. Dopiero kiedy zagrałem w sequelu „Halloween” i zobaczyłem, jaką energię ma Jamie Lee Curtis, zrozumiałem, że wielkim aktorem jest się niezależnie od tego, w czym się gra. Można wystąpić w horrorze i roznosić ekran, a można zagrać w reżyserowanym przez wybitną postać artystycznym filmie i pozostać niezauważonym przez kamerę. Wtedy często zastanawiałem się, czy talent jest czymś, z czym się rodzimy, czy czymś, co musimy wypracować.

Nad tym zastanawia się też twoja postać z „Doliny Bogów”.
John Ecas kocha pisać, szanuje słowo i marzy, by wykorzystywać je do naprawy ludzkości, ale nie może tego realizować bez odpowiedniego mecenatu. Od początku miałem wrażenie, że ta postać ma w sobie sporo z samego Majewskiego, którego zajmują refleksje nad kondycją sztuki i pytania o to, czy artysta może istnieć bez mecenasa. Ecas chciałby, żeby doszło do zamiany miejsc, żeby to on stał się własnym mecenasem i uniezależnił się od ludzi dysponujących pieniędzmi i władzą. Chce zakosztować, jak to jest być nad kimś, uzależniać od siebie.

Josh Hartnett: "Robię coś dla siebie"
Bérénice Marlohe i Josh Hartnett w „Dolinie Bogów” w reżyserii Lecha Majewskiego. (Fot. materiały prasowe)

Rozumiałeś swojego bohatera?
Oczywiście. Myślę, że większość hollywoodzkich aktorów, by się w nim przejrzała. Fabryka snów kocha etykiety. Kiedy wpadniesz do jednego worka, bardzo trudno jest się z niego wydostać. Co z tego, że płyniesz głównym nurtemi szybko i wygodnie, skoro kierunek nie zależy od ciebie, tylko od producentów? Miałem szczęście, bo na samym początku kinowej kariery trafiłem na plany filmów, które odniosły kasowy sukces, wliczając już moje pierwsze większe role we wspomnianym „Halloween – 20 lat później” i „Oni” [oba z 1998 r. – przyp. red.]. I od tamtej pory nie schodziłem z planu. Realizowałem film za filmem, nie miałem chwili dla siebie, wakacji, prywatności. Nie zrozum mnie źle, każdy dzieciak z Kalifornii marzy o takim życiu, ale na taką zmianę trzeba być gotowym.

Ty byłeś gotowy?
Miałem wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy dbali o to, żebym nie musiał się troszczyć o grafik dnia, spotkania i znajomych, więc wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. To było bardzo wygodne, ale prowadziło też do absurdów. Wyobrażasz sobie, że kontakt z przyjaciółmi odbywał się przez agentów i asystentów?

Miałem cię właśnie zapytać: „Gdzie jest twój agent?”. Na wywiad z tobą wszedłem sam, nikt mnie do ciebie nie zaprowadził.
Chciałem wreszcie mieć jakiś wpływ na to, co się dzieje w moim życiu. Jeśli dostaję informację, że danego dnia o określonej godzinie we wskazanym miejscu mam wywiad z dziennikarzem, to nie potrzebuję kogoś, kto mnie na niego zaprowadzi za rękę. Tak samo działam przy wywiadach przez telefon – sam dzwonię do mojego rozmówcy. Można, oczywiście, pomyśleć, że to fanaberia rozkapryszonego gwiazdora, ale ja naprawdę w ten sposób czuję, że mam jakąś moc sprawczą i decyzyjność.

To, że wycofałeś się na kilka lat z Hollywood, ma z tym jakiś związek?
Potrzebowałem przerwy od kalifornijskiego słońca i całej tej gorączki Hollywood. Musiałem wyjechać, bo w samym Los Angeles nie możesz tak po prostu trzymać się z boku. Ludzie od razu rozpoznają cię na ulicy, bo nigdzie nie robi się takich kampanii marketingowych jak w Mieście Aniołów – kiedy w kinie grany jest jakiś hit, ulice toną w plakatach z twoim wizerunkiem. Efekt tego był taki, że zdarzało się, że bałem się wyjść z domu. Czułem się przytłoczony zainteresowaniem przechodniów, choć przecież jestem wielkim facetem. Swoją drogą najbardziej zazdrościłem wtedy niskim, chudym gwiazdorom [śmiech].

Kiedy robisz sobie przerwę od grania, nie ma cię na plakatach. Po co od razu wyjeżdżać?
Teraz kontrakty podpisuje się nie na jeden film, tylko na całą serię. Regularnie pojawiają się w nich klauzule mówiące o tym, że jeśli produkcja odniesie kasowy sukces, aktor zobowiązuje się zagrać w sequelach. Z pracą w Hollywood jest jak z małżeństwem: jak już podpiszesz papierek, musicie być ze sobą na dobre i na złe.
Ja potrzebowałem czego innego – takiej wersji przyszłości, w której robię coś dla siebie, a nie wiecznie haruję na sukcesy innych. Odrzuciłem rolę Supermana i skupiłem się na tym, co dzieje się poza wytwórniami w Kalifornii.

Jak wykorzystałeś tę przerwę?
Wróciłem do mojej rodzinnej Minnesoty, złapałem oddech. Oczywiście, media nie krępowały się snuć teorii, że jestem na odwyku, że się leczę, że wypadłem z obiegu. A przecież nie wycofałem się z zawodu. Zacząłem interesować się scenariuszami niezależnych filmów. Wierzyłem, że ich twórcom przydam się jako w miarę rozpoznawalna twarz, a oni podszkolą mnie w graniu, będą mieli na mnie nowe pomysły. I tak się stało – na planie chyba każdego z filmów, w jakich zagrałem, zetknąłem się z nową definicją aktorstwa. W takich produkcjach, które mają małe budżety, a przez to mało dni zdjęciowych, musisz w krótkim czasie dać z siebie wszystko. A pozostały czas wykorzystujesz na wzbogacanie siebie poprzez kontakt z innymi ludźmi i z przyrodą. U mnie wyglądało to tak, że zacząłem jeździć do Europy i zabiegać o projekty, które pozwolą mi odkrywać świat i walczyć o istotne dla mnie idee.

O co walczysz „Doliną Bogów”?
W tym filmie istotne są wątki ekologiczne, ale też poszanowanie dla rdzennej ludności. Dla mnie jedno i drugie ma ogromne znaczenie. Cieszy mnie, że o wierzeniach amerykańskich autochtonów może opowiedzieć Polak i że zdjęcia powstawały [oprócz tytułowej Valley of the Gods w stanie Utah – przyp. red.] w tak skomplikowanym historycznie i etnicznie regionie, jakim jest Śląsk. To miejsce ma w sobie zdecydowanie coś z Doliny Bogów, co pięknie pokazuje, jak wiele mamy wspólnego mimo rzucających się w oczy różnic.

Josh Hartnett, rocznik 1978. Zaczął interesować się aktorstwem po tym, jak kontuzja kolana zakończyła jego karierę futbolisty, Ma na koncie wiele ról filmówych, m.in. w „Czarnej Dalii”, „Apartamencie”, „Zabójczym numerze” czy w serialu „Dom grozy”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze