fbpx

Julia Pietrucha – przymus równowagi

Julia Pietrucha: przymus równowagi
Julia Pietrucha: Pomaga mi coś, czego nauczyłam się w innych niż zawodowe okolicznościach – staram się dawać z siebie dużo, ale tyle samo nie oczekiwać. (Fot. Bartosz Kowal)

Właśnie teraz mam dom, z którego absolutnie nie muszę uciekać. Jest dokładnie takim miejscem, w którym czuję się dobrze. Bo mi się w ogóle od jakiegoś czasu żyje dobrze. Do muzyki regularnie sobie odskakuję, ale bardzo cenię moją codzienność, życie i bycie z córką – mówi wokalistka Julia Pietrucha. Niedawno ukazała się jej nowa płyta „FOLK it! TOUR”.

Wielokrotnie mówiłaś, że nic nie zastąpi ci kontaktu z publicznością. Jak żyje się muzykowi, który bardzo potrzebuje ludzi, bez… ludzi?
Smutno, trochę samotnie. Bardzo mi tego kontaktu brakuje. Miałam taki zwyczaj, że zawsze po zakończonym koncercie wychodziłam do moich słuchaczy, czasem na pół godziny, a czasem na trzy. Zdarzało się, że ten czas „po”, który spędzaliśmy wspólnie, trwał dłużej niż sam koncert. Ja potrzebuję wiedzieć, co oni myślą – mam poczucie, że muzyka, którą tworzę, jest wypadkową także informacji zwrotnej, którą dostaję od ludzi.
Więc te ostatnie miesiące to nie jest dla mnie najlepszy czas. Ale pomaga mi coś, czego nauczyłam się w innych niż zawodowe okolicznościach – staram się dawać z siebie dużo, ale tyle samo nie oczekiwać. Może to mało spektakularne założenie, ale się sprawdza. Przekonałam się, że to całkiem sensowne podejście do życia.

Psychologowie polecają tę metodę: im mniejsze oczekiwania, tym mniejsze rozczarowania.
Tym mocniej skupiam się więc dziś na dawaniu, skoro moment jest taki, że niewiele mogę wziąć. Teraz formą połączenia ze słuchaczami było wydanie płyty. Dlatego podjęłam decyzję o tym, by się ukazała, mimo tych trudnych, niepewnych przecież także finansowo czasów. A to niezależne wydawnictwo, w całości finansowane przeze mnie.

Czyli ryzyko?
Tak, ale dobrze to przemyślałam. I cieszę się, że wypaliło. Dostałam i wciąż dostaję dużo wiadomości. Przyznam, że zawsze starałam się omijać Internet szerokim łukiem, nie czytać w sieci komentarzy. Wolę rozmawiać z człowiekiem twarzą w twarz, właśnie dlatego zostaję po koncertach. Teraz nie mam takiej możliwości, więc mimo że jestem absolutnie „analogowa”, nie należę do osób, które spędzają czas przy komputerze czy z telefonem w ręku, od jakiegoś czasu robię to, odpisuję na każdą wiadomość. To jest namiastka więzi z odbiorcą. Przy okazji zyskuję nowe umiejętności; jestem na bakier z technologią, taka trochę zacofana, a dziś się wdrażam. Pandemia mnie ucywilizowała!

Czy to znaczy, że gdyby nie koronawirus, nie wydałabyś teraz płyty?
Myślę, że nie. W zamyśle projekt „FOLK it! TOUR” miał być jednorazową przygodą. To była trasa zaplanowana wyłącznie na jesień 2019 roku z materiałem w dużej mierze już znanym. W nowej aranżacji, ale znanym. Jednak ludziom bardzo się to spodobało, odezwało się do nas wiele miast z zaproszeniem, żebyśmy do nich też wpadli. Trasa przedłużyła się więc do wiosny i została przerwana przez pandemię. Jednak zanim się to stało, wielokrotnie po koncertach byłam przekonywana, że taka płyta musi się ukazać. A że ostatnio my, artyści, mamy dużo wolnego czasu, muzycy są bardzo chętni do pracy, spotykania się, grania – stało się.

Płyta powstała w dość specyficznych okolicznościach. Latem wybrałaś się ze swoim zespołem w pewną podróż!
Tak, wsiedliśmy w kampera i ruszyliśmy na naszą polską północ. Zabraliśmy wszystkie akustyczne instrumenty, jakie tylko mieliśmy dostępne w domach, żeby grać, aranżować i pisać nowe piosenki w drodze. Potrzebowałam oderwania od codzienności, jak tlenu potrzebowałam też podróży. Jestem człowiekiem, który wciąż zmieniał miejsce, podróżowanie było moim sposobem na życie i bardzo mi tego brakowało. Niemożność wybrania się w daleką drogę zastąpiłam podróżą w głąb siebie, w głąb muzyki. Geograficznie nie tak spektakularną, ale – jak się okazało – emocjonalnie były to fajerwerki. Z podróży przywieźliśmy gotowy materiał na płytę, kilkuodcinkowy zapis w formie mini­serialu „Folk Nomads”, który zamieściliśmy na YouTubie, ale przede wszystkim – jeszcze głębszą przyjaźń. Wszyscy w moim zespole bardzo się lubimy, cenimy i szanujemy, a wspólnego czasu zawsze było zbyt mało. Każde z nas mieszka w innym mieście, po koncertach rozjeżdżamy się do swoich domów i rodzin. Ten czas w kamperze to było święto. Non stop razem, setki przegadanych godzin. Każdemu życzę, by mógł przeżyć coś podobnego. W świecie, który pędzi – pobyć i pożyć przez chwilę w zwolnionym tempie. Magia.

W domu czekała na ciebie córeczka – od niedawna jesteś mamą. Co jej pojawienie się zmieniło w twoim życiu?
Wszystko! Ale muszę zacząć od tego, że podróż kamperem na pewno nie była podyktowana chęcią wyrwania się z domu. Bo właśnie teraz mam dom, z którego absolutnie nie muszę uciekać. Jest dokładnie takim miejscem, w którym czuję się dobrze. Bo mi się w ogóle od jakiegoś czasu żyje dobrze. Do muzyki regularnie sobie „odskakuję”, ale bardzo cenię moją codzienność, życie i bycie z córką. Świetnie czuję się w Gdańsku, do którego jakiś czas temu się przeprowadziłam. Tu jest inaczej, spacery brzegiem morza czy po lesie bardzo dobrze grają z tym, jaka jestem. Lubię powolne życie, Warszawa nigdy nie była zgodna z moim DNA, ale musiałam dojrzeć do tej decyzji. Choć już samo jej podjęcie to był moment, impuls, jeden z lepszych, jaki mi się w życiu przydarzył. Poszłam za nim bez wahania. Kiedy wracam nad morze po dłuższym pobycie w stolicy, odżywam. Mam poczucie, że tu zaczynam oddychać przeponą, zdecydowanie głębiej – dosłownie i w przenośni.

Julia Pietrucha: przymus równowagi
„W moim macierzyństwie nie ma elementu poświęcenia, ja niczego nie chcę dla córki poświęcać, jestem pewna, że żadnej z nas nie wyszłoby to na dobre” – mówi Julia Pietrucha. (Fot. archiwum domowe)

A wracając do bycia mamą…
To druga, oprócz przeprowadzki nad morze, najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała. Zawsze miałam w sobie potrzebę sprawdzania, czy zachowuję w życiu coś na kształt równowagi. Odkąd jest Gaja, ten dobry przymus ugruntował się już ostatecznie. Życie zawodowe i moja pasja jednocześnie są bardzo ważne, ale nie dałabym rady, gdybym pozwoliła sobie na zachwianie proporcji, taką mam konstrukcję psychiczną. Bez balansu źle kończę. Śmieję się, że córka stała się „naturalnym narzędziem pomiaru”, dzięki niej wiem, czy szala wagi nie przechyla się na jedną ze stron, czy na pewno po obu stronach jestem na sto procent. Chociaż jestem kobietą, która nigdy nie odda się życiu domowemu w całości, bardzo chciałam być mamą i powiem tak: nie zawiodłam się! W moim macierzyństwie nie ma elementu poświęcenia, ja niczego nie chcę dla córki poświęcać, jestem pewna, że żadnej z nas nie wyszłoby to na dobre.

Temu wszystkiemu, o czym mówisz, temu, jak żyjesz, bardzo sprzyja to, że nie masz nad sobą szefa.
Zdecydowanie! I zawsze chciałam do takiej sytuacji w swoim życiu doprowadzić. Sama zarządzam sobą, swoim czasem, sama dobieram sobie ludzi do współpracy. Otaczam się wyselekcjonowaną energią. I to mi daje siłę.

Takie nieposiadanie nikogo nad sobą brzmi genialnie, każdy by tak chciał, jednak wbrew pozorom nie każdy się w tym odnajdzie. To jest swoboda za cenę samodyscypliny.
Akurat tę w zasadzie zawsze w sobie miałam. Chyba nie musiałam nad nią pracować, na przestrzeni lat tylko ją podszlifowałam. Ale wydaje mi się, że poza dyscypliną potrzebna jest też intuicja. Zaufanie do niej musi być na tyle mocne, żeby nie dać się skusić dobrym radom, podpowiedziom czy naciskom. Ja to chyba potrafię. Potrafię wyraźnie postawić granice. Są chwile, kiedy na przykład chcę być tylko z córką i nie ma mnie dla nikogo. Wtedy nie odbieram telefonu, nawet go przy sobie nie mam, nie odpisuję na wiadomości. Bywa, że ludzie się na mnie wkurzają. A ja pozostaję asertywna, stanowczo trzymam się swojego. Nie przepraszam, że mnie nie ma, jeśli intuicja podpowiada mi, że to czas na „zniknięcie”.

Płacisz za to jakąś cenę?
Pytasz, czy coś mnie przez to ominęło?

Tak.
Owszem, ale ja te straty wkalkulowałam, naprawdę. I nie ma w tym nic szlachetnego, po prostu dla mnie tak jest najlepiej. Jakkolwiek butnie to brzmi, chcę być panią siebie. I tyle. Jestem na przykład pracowita z natury, taka konstrukcja. I już sprawdziłam, że to jest coś, co ludzie potrafią koncertowo wykorzystać. Dasz z siebie dużo, poproszą, a raczej zażądają więcej. Tak działa ten mechanizm. Dlatego trzeba umieć postawić kropkę. Tę kropkę trzeba umieć postawić też samej sobie – nauczyłam się mówić: „Okej, to jest tyle, ile chciałam osiągnąć, to mnie satysfakcjonuje, dalej nie idę”. Bo przecież wszystko można w nieskończoność próbować doskonalić: piosenkę, płytę, scenariusz trasy koncertowej, ale też można wymagać od siebie bycia idealną matką czy partnerką. A jest takie pojęcie jak „wystarczająco dobrze” i mnie to urządza.

Ludzie dzielą się na tych, którzy obawiają się zmian, i tych, którzy je bardzo lubią. Do której grupy się zaliczasz?
Do tej drugiej, zdecydowanie! To jest zresztą dość pragmatyczne podejście – lepiej je polubić albo inaczej, nie opłaca się ich nie lubić, bo one i tak nas dopadną. Na zmiany trzeba być otwartym, przywiązanie – oczywiście, ale tylko do pewnego momentu. Elastyczność już nieraz uratowała mi skórę! Jestem osobą, która może w chwilę spakować się w mały plecak i na kilka miesięcy przenieść się w zupełnie nieznane miejsce. Może być gorąco, brudno, bez bieżącej wody i możliwości pomalowania ust – dam sobie radę.

Kiedy rozmawiałam z tobą poprzednim razem, to było cztery lata temu, powiedziałaś, że widzisz siebie w niedalekiej przyszłości w dalekiej podróży z małym człowiekiem u boku. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Czy tamta wizja jest wciąż aktualna?
Tak, nawet już się dokonała. Wybrałam się z moją małą Gają w dwie dalekie podróże. I to były najlepsze podróże w moim życiu. Znowu przydała mi się elastyczność. Okazało się, że z małym dzieckiem też potrafię spakować się równie szybko i w równie niewielki plecak. Genialnie jest móc pokazywać jej świat. I nie musimy wcale daleko się wypuszczać, by to robić. Ostatnio spacerowałyśmy brzegiem morza, w oddali dwie starsze panie ćwiczyły. Gaja była ciekawa, co robią. Zaproponowałam, że podejdziemy i zapytamy. Tak zrobiłyśmy. Poza jej bezpieczeństwem najbardziej zależy mi na tym, żeby była otwartym człowiekiem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze