Julia Roberts – matka, żona, gwiazda

Julia Roberts (fot. BEW PHOTO)

Julia Roberts – ulubienica Ameryki z uśmiechem szerokim na milę. Uważa, że jej największym osiągnięciem, oprócz szczęśliwej rodziny, jest wiara w siebie.

Dzieci Julii Roberts, pierwszej w historii aktorki, która dostała za rolę 25 milionów dolarów, dopiero niedawno zdały sobie sprawę z tego, że ich matka jest sławna. Ale i tak uważają, że nie umywa się do zawsze pięknej Taylor Swift. Co gorsza, nawet się nie stara: na co dzień chodzi w dżinsach i bluzach dresowych, robi im rano naleśniki, stoi w korkach, żeby dowieźć całą trójkę na czas do szkoły i na mecze, a do niedawna – o zgrozo! – nie miała nawet konta na Instagramie. Jej popularność wśród ich rówieśników przez kilka ostatnich lat ograniczała się do jednej dziedziny: wszystkie koleżanki jej 13-letniej córki Hazel przyznają, że pani Roberts plecie najlepsze warkocze.

Rodzice Julii prowadzili warsztaty aktorskie w Atlancie, a trójka ich dzieci występowała w rodzinnych produkcjach. Julia najrzadziej, bo była za mała. Zanim dorosła na tyle, aby być w stanie opanować większą rolę, państwo Roberts się rozwiedli, a wraz z ich małżeństwem skończyło się granie. Ale pasja została.

Julia zamieszkała z matką i jej nowym mężem w prowincjonalnej Smyrnie w stanie Georgia. Ojczym nigdy nie zagrzał miejsca w żadnej pracy, więc przez lata okupował sofę w salonie, w wolnych chwilach wyżywając się na żonie, pasierbicy, a później również na własnej córce Nancy. Julia nie mogła się doczekać, aby wyprowadzić się z domu. Pojechała szukać szczęścia w Nowym Jorku. Jej starszy brat Eric mieszkał tam od kilku lat, miał już pokaźny dorobek aktorski i nominację do Złotego Globu. Ona też na pewno da radę.

Wysoka, szczupła, z uśmiechem dookoła głowy i rozbrajającym południowym akcentem, nie zdążyła zaznać typowych trudów początkującej aktorki. Propozycje pracy pojawiły się niemal od razu. Pierwszą rolę zagrała u boku brata w filmie „Blood Red”. Po czym zaczęła go błyskawicznie przeganiać: tu rola w odcinku „Policjantów z Miami”, tam w filmie pełno-metrażowym u boku Liama Neesona, zaraz potem entuzjastycznie przyjęty przez krytykę występ w „Mystic Pizza”. Zaledwie rok później kreacja w „Stalowych magnoliach” i nominacja do Oscara za rolę drugoplanową. „Młodość nie zna strachu i nie umie docenić, jakie ma szczęście – wspominała Julia 30 lat później w wywiadzie dla Oprah Winfrey. – A ja miałam wyjątkowe. W tym zawodzie możesz być najlepsza, ale jeśli ktoś cię w odpowiednim momencie nie zauważy – przepadniesz. Tylko że ja ani przez chwilę nie wątpiłam, że mi się uda, więc przyjmowałam te wszystkie sukcesy jako coś naturalnego!”.

A to był dopiero początek. Gdy kilka miesięcy później na ekrany weszła „Pretty Woman”, rozpętał się istny szał. Rola prostytutki o złotym sercu przyniosła Roberts kolejną nominację do Oscara, Złoty Glob i przydomek „ulubienica Ameryki”.

Współczesna wersja bajki o Kopciuszku i komedia romantyczna wszech czasów w jednym. „Pretty Woman” (reż. Garry Marshall, 1990). (Fot. BEW PHOTO)

Po zaledwie trzech latach przed kamerą Julia została najbardziej pożądaną i najlepiej opłacaną aktorką Hollywood. Tytuł „królowej rom-comów” był chybiony, bo przez całe lata 90. wybierała role w thrillerach i filmach obyczajowych – w „Raporcie Pelikana”, „Sypiając z wrogiem”, „Graczu” i „Michaelu Collinsie”. Świadczyły o tym, że nie ma zamiaru dać się zamknąć w aktorskiej szufladzie. „Co się stało z Julią Roberts?” – pytał magazyn „People” w 1993 roku, gdy ta, zamiast grać w trzech filmach rocznie, zrobiła sobie długie wakacje. „Wcześnie przekonałam się, że najważniejsze to pokonać strach. Aktor zawsze się boi, że nie dostanie następnej roli. To prowadzi często do chybionych wyborów, bo rachunki trzeba płacić. Ja nigdy nie zaangażowałam się w projekt, do którego nie miałam przekonania, nigdy nie przyjęłam pracy tylko dla wypłaty. Nie będę więcej grać? Trudno. Mogę zostać kelnerką albo wrócić na studia. A czasem trzeba odpocząć” – mówiła aktorka w jednym z wywiadów.

Jedz, nie mów za wiele, kochaj

„Jedz, módl się, kochaj” (reż. Ryan Murphy, 2010). Krytycy nie byli tym filmem zachwyceni, ale widzowie już tak. (fot. BEW PHOTO)

Bieganie z tacą w restauracji jej nie groziło. Kolejne role w hitach „Mój chłopak się żeni” i „Notting Hill” ugruntowały jej pozycję jako wiodącej aktorki romantycznej, a niechęć do opowiadania o swoim życiu osobistym i grzania kanap w popularnych talk-show – nieco tajemniczej gwiazdy starej daty. Prasa ze smakiem rozpisywała się o jej rzekomych kłótniach z bratem i kolejnych partnerach z show-biznesu. Czy to prawda, że miała romans z Liamem Neesonem? Dlaczego odwołała ślub z Kieferem Sutherlandem? Wyszła za mąż za piosenkarza country Lyle’a Lovetta, ale z jakiego powodu rozwiedli się po zaledwie dwóch latach? I czy związek z Benjaminem Brattem nareszcie okaże się tym szczęśliwym? Aktorka, która nie czyta nic na swój temat, nigdy nie komentowała tych rewelacji. Nie pokazywała też w magazynach wnętrzarskich domu, nie dzieliła się przepisami, chociaż lubi i umie gotować. Nie budziła też kontrowersji – poza wystąpieniem na premierze „Notting Hill” w wieczorowej sukni bez rękawów, ale z nieogolonymi pachami. Rzesze kobiet uznały to za manifest odrzucenia obowiązującej depilacji i standardów piękna. Julia rozwiała ich nadzieje dopiero 20 lat później. „Byłam tego wieczoru tak roztargniona, że po prostu zapomniałam się ogolić. Nie pomyślałam, że sukienka jest wycięta, że będę machać do fanów. Byłoby cool, gdybym mogła powiedzieć: »Tak, to była feministyczna demonstracja, w głębi duszy byłam punkówą i wystąpiłam przeciwko konformizmowi«. Niestety. Prawda jest taka, że miałam wtedy moment kompletnego zaćmienia” – wyjaśniła niedawno w programie „Busy Tonight”.

Julia Roberts w „Notting Hill” (reż. Roger Michell, 2003). W jakimś sensie zagrała tu siebie – gwiazdę filmową. (fot. BEW PHOTO)

Jeśli wydawało się, że Julia nie może być już bardziej uwielbiana, to wystarczyło poczekać rok na premierę „Erin Brockovich”. Brawurowa rola ubogiej samotnej matki, która przeciwstawia się chemicznemu gigantowi niszczącemu środowisko, przyniosła jej Oscara za rolę pierwszoplanową. Zaraz po odebraniu statuetki spakowała walizkę i pojechała na plan „Mexicana”. Z wieloletnim przyjacielem Bradem Pittem od dawna marzyli, aby wreszcie razem w czymś zagrać, więc nie mogła się doczekać rozpoczęcia zdjęć. Okazało się, że ten projekt będzie najważniejszym w jej karierze. Za kamerą stał bowiem cichy i dowcipny operator Daniel Moder, z którym uwielbiała żartować pomiędzy ujęciami. Roberts jest zawodniczką zespołową i na planie niemal nigdy nie siedzi w swojej przyczepie – charakteryzatorzy i członkowie ekip technicznych zaświadczają, że woli jeść lunch lub pić kawę razem z nimi, interesuje się pracą innych i bez fochów poddaje się zabiegom. „W połowie zdjęć zorientowałam się, że gram dla Danny’ego” – wspominała Julia dekadę później. Ale Danny miał żonę, makijażystkę Verę Steimberg, a Roberts była z Benjaminem Brattem. „Najpierw byliśmy po prostu przyjaciółmi. Przy Dannym czuję się całkowicie akceptowana. Jestem sobą, a czasem lepszą wersją siebie! Ale to okropne zakochać się w przyjacielu, bo… nie chcesz go stracić. Po jakimś czasie ja rozstałam się z partnerem, a on rozwiódł się z żoną. Bez mojego udziału. Wiem, że łatwo wytknąć mnie palcem: »Rozbiła małżeństwo«. Ale tak nie było” – wyznała Julia. Wyszła za Danny’ego, ceremonia była skromna i odbyła się na ich ranczu w Nowym Meksyku. W tym roku minęła 16. rocznica ślubu. „Jestem dumna z naszego związku i rodziny” – mówiła w wywiadzie dla „Harper’s Bazaar”.

Julia Roberts jako „Erin Brockovich” (reż. Todd Haynes, 2000). Oscarowa rola i szczyt popularności Julii. (fot. BEW PHOTO)

Julia zakłada własne konto

Roberts zajmuje w Hollywood pozycję wyjątkową: jest gwarancją powodzenia każdego projektu, w którym bierze udział. Nie wszystkie jej filmy spotykają się z życzliwym przyjęciem krytyków, ale żaden nie przyniósł finansowej klapy. To nie tylko kwestia jej aktorskich umiejętności, ale przede wszystkim dobrze przemyślanych wyborów ról i ludzi, z którymi pracuje. Za kreację w „Uśmiechu Mony Lisy” dostała 25 milionów dolarów, co uczyniło ją najlepiej opłacaną aktorką na świecie. „Cieszę się, że przetarłam jakiś szlak, może następnym kobietom będzie dzięki temu łatwiej” – skomentowała skromnie. Pytana o aferę #MeToo przyznała, że ogrom zjawiska ją zszokował, ale że jej samej nigdy coś takiego nie spotkało. Nie ma też nic do powiedzenia na temat braku ciekawych ról dla kobiet po 35. roku życia – może dlatego, że większość z nich trafia właśnie do niej. Do pokazania, po której stronie barykady stoi, zmusiło ją dopiero zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Widząc w oczach córki strach i rozczarowanie, zabrała ją na pierwszy marsz kobiet w Waszyngtonie. „Wiedziałam, że muszę sprawić, aby poczuła, że jej zdanie i głos się liczą” – powiedziała.

Gdy na świat przychodzą bliźniaki (trzy lata później urodzi młodszego syna), bez żalu zostaje mamą na pełen etat, a jej jedyne wpisy do CV z tego okresu to podkładanie głosu do filmów animowanych. Niejedna aktorka przypłaciłaby to końcem kariery. Nie ona. Pomiędzy robieniem zakupów na obiad we Whole Foods Market i gonieniem dzieci, żeby sprzątały swoje pokoje, od czasu do czasu przegląda przysyłane jej propozycje. I dopiero od niedawna decyduje się spędzać więcej czasu na planie – „Cudownego chłopaka” (2017), „Powrotu Bena” (2018), a także pierwszej dużej telewizyjnej produkcji z jej udziałem, serialu „Homecoming”.

Julia Roberts w historii opartej na bestsellerowej książce, „Cudowny chłopak” (reż. Stephen Chbosky, 2017). (fot. BEW PHOTO)
Julia Roberts z Lucasem Hedgesem na planie filmu „Powrót Bena” (reż. Peter Hedges, 2018). (fot. Getty Images)

W zeszłym roku, z okazji 50. urodzin, wyjechała z mężem na pięć romantycznych dni. Bez dzieci. „Pojechaliśmy do miasta, w którym byliśmy już wcześniej, pochodziliśmy po restauracjach. I dotarło do mnie, że to błąd – jak możemy nie być wszyscy razem w moje urodziny? W tym dniu dzieci miały mecz piłki nożnej. Znajomi rodzice zasypywali mnie SMS-ami z wynikami. W jednym ze sklepów poszłam do łazienki, a kiedy wyszłam, Danny stał przede mną z ogromną deską surfingową”, wspomina aktorka. Zza deski wyszła trójka jej dzieci. Okazało się, że nie było żadnego meczu, a wszyscy znajomi byli wtajemniczeni. Doskonale wiedzieli, co tego dnia sprawi jej największą radość.

Jej dzieci dorastają w rzeczywistości innej niż ta, którą Julia zna z młodości. Od jakiegoś czasu aktorka podglądała różne profile na Instagramie i zdała sobie sprawę, że gdyby dziś zaczynała karierę, pewnie nie miałaby szans. Nie umie robić sobie dobrych zdjęć telefonem, nie potrafi zabiegać o uwagę internautów, a wizja wystawiania prywatności na sprzedaż jest dla niej niepojęta. „Julia wygląda jak facet, okropnie się starzeje”. „Gdybym tak wyglądała, nie wychodziłabym z domu” – takie komentarze pojawiły się pod zdjęciem, które jej 15-letnia siostrzenica Emma wrzuciła na swój instagramowy profil po weekendzie u ciotki. Widać było na nim całą roześmianą rodzinę, która pije herbatę i gra w planszówki. „Mam 50 lat i wiem, kim jestem, ale nawet mnie zabolały te komentarze. A jak dotyka to nastolatkę? Trudno to sobie wyobrazić!” – mówiła Julia. Postanowiła więc zmierzyć się z potworem i założyła własne konto: @juliaroberts.

Ma z dziećmi umowę: zamiast przewracać oczami, powiedzą jej, jeśli zdjęcia będą okropne. Na odzew nie trzeba było długo czekać: Julię obserwuje 7.5 miliona internautów. Ze spokoju ducha, o który Roberts walczyła przez ostatnich 30 lat, nie rezygnuje się jednym klikiem.