Katarzyna Dąbrowska: Rude jest piękne, czyli jak pozbyłam się kompleksów

Katarzyna Dąbrowska podczas Gali Finałowej Plebiscytu Telekamery Tele Tygodnia 2018 (fot. BEW PHOTO)

Kasia Dąbrowska – popularna aktorka serialowa i teatralna, laureatka wielu konkursów wokalnych. Swoje pierwsze kroki na scenie stawiała w Nidzicy, gdzie się wychowała. I kto by pomyślał, że wszystko zaczęło się od marzenia małej piegowatej dziewczynki.

Podobno to Wojciech Młynarski namówił cię do tego, żebyś zdawała do szkoły aktorskiej.
Namówił to zbyt wiele powiedziane, być może z perspektywy Pana Wojciecha to był grzecznościowy small talk z licealistką, ale dla mnie ta rozmowa była swego rodzaju katalizatorem. Konkurs Piosenki Francuskiej, rok 2000, Wojciech Młynarski jako przewodniczący jury, dostałam wtedy nagrodę Grand Prix w kategorii amatorów. Miałam 16 lat, padło pytanie o studia po maturze, czy myślę o zdawaniu do szkoły teatralnej, bo mam rodzaj scenicznego zacięcia. Odpowiedziałam, że owszem, ale po cichu. Mistrz zaaprobował, odszedł, a ja zostałam. Oszołomiona. Miałam już wtedy pierwsze amatorskie doświadczenia, zarówno te muzyczne, jak i teatralne. Zawsze dobrze czułam się na scenie i nieśmiało marzyłam, by ta pasja stała się moim zawodem, ale miałam w sobie wiele obaw. Kiedy więc wielki Wojciech Młynarski zasugerował, że mogłabym się do tego nadawać, uwierzyłam, że to możliwe.

Co by było, gdybyś go nie spotkała?
Nie wiem i zgadzam się, że od tego, jakie osoby los postawi na naszej drodze, często zależy wybór ścieżki, którą dalej pójdziemy. Oczywiście, słyszałam już wcześniej głosy aprobaty, zbierałam nagrody na rożnych konkursach, ale takich dzieciaków jest mnóstwo. Tak naprawdę myślą o tym, że chce zdawać do szkoły aktorskiej, zaczęłam dzielić się ze światem dopiero po słowach Mistrza. Wcześniej wiedziała moja mama, no i Jacek, instruktor z Domu Kultury w Nidzicy. Na zajęcia do NOK-u wymykałam się zresztą tak często, jak tylko mogłam. Ciągnęło mnie na scenę, do tej magii, kiedy strach zostaje za kulisami i jest tylko przyjemność, adrenalina. To trochę jak przejście przez szafę do Narnii. Nigdy nie zapomnę też momentu, kiedy na egzaminach wstępnych do szkoły aktorskiej Maja Komorowska dała mi zadanie, by „pofrunąć” podczas jednego z monologów. I naprawdę miałam poczucie, że to możliwe, że jeszcze chwila i pofrunę. To było takie dziwne uczucie, które pojawiło się nie tylko w mojej głowie, ale i w ciele, wolność, lekkość, a jednocześnie pokusa, by odepchnąć się od tego powietrza wokół mnie.

Pracujesz na emocjach. Bez ram się nie obejdzie.
Najlepsze ramy to te wynikające własnie z dobrego przygotowania i to mi daje poczucie bezpieczeństwa. W „Na dobre i na złe” mamy od tego cały sztab lekarzy – konsultantów dbających o nasz komfort w scenach medycznych. Kiedy dostałam propozycję zagrania Dziuni w „Sprawiedliwym”, poczułam, że muszę dowiedzieć się jak najwięcej na temat sytuacji kobiet w latach 40., zwłaszcza na wsi. Była biblioteka, Internet, ale i przyjaciele, którzy znosili mi to, co znaleźli w domach, filmy dokumentalne, albumy, biografie… Bardzo pomogła mi Jadwiga Adamowicz, konsultant programowy i dobry duch Teatru Współczesnego, wyszukała dla mnie „Pamiętniki Chłopów”. Sięgnęłam też do moich wspomnień z dzieciństwa, wakacji spędzanych na wsi i opowieści dziadków o wojnie. Przygotowując się do „Agnus Dei”, miałam już połowę pracy za sobą, czyli szeroko zakrojony pejzaż historyczny, ale doszło mnóstwo przygotowań dotyczących życia zakonnego. Był taki czas, że co wieczór czytałyśmy scenariusz z reżyserką, Anne Fontaine, i biegałyśmy na próby chóru… To było bardzo intensywne, ale też bardzo twórcze. Rzadko spotykany komfort.

Aktorzy mówią, że bardzo wiele zmienia sam kostium…
Lubię moment pierwszych przymiarek, ciesze się na to nadchodzące spotkanie z kobietą, którą mam za chwilę stworzyć, pokazać na ekranie czy na scenie, jestem jej ciekawa. Dziunia w dużych męskich butach, które zakłada do pracy, ma prawdziwe wełniane, zrobione na drutach skarpety z dziurami na spodzie – to prowokuje niewygodę, a niewygoda jest dla mnie interesująca.

Cofnijmy się do czasów, kiedy to wszystko się zaczęło. Mazury, Nidzica. W ekranizacji „Ziarna prawdy” pada zdanie: „Mieszkał pan kiedyś poza Warszawą? Nie?! To gówno wie pan o życiu”.
Prowincja nigdy nie stanowiła dla mnie problemu. Moje kompleksy były związane bardziej z piegami i rudymi włosami, a nie z tym, że pochodzę z małego miasteczka. Kiedy przyjechałam na studia do Warszawy, nadal nie odczuwałam, że małe miasto to coś złego. Na roku więcej nas było z Kozienic i Starachowic niż z Warszawy czy Krakowa.

Może prowincja to siła? Ludzie tam odważniej marzą.
Niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że gdybym nie była tą małą rudą dziewczynką z Nidzicy, to może nie byłabym tu, gdzie jestem. Kompleksy są ogromną siłą. Choć akurat Nidzica zawsze była dla mnie powodem do dumy. Ciesze się, że jestem z Mazur! To na nidzickiej scenie, na zamku, stawiałam pierwsze kroki. Kocham te krajobrazy, lasy, jeziora… To mój najlepszy azyl, mam tam swoje ulubione miejsca, na uboczu, z dala od głównych traktów turystycznych. Ciesze się, że są jeszcze takie rejony, w które ludzie boja się zapuszczać. Nidzica kojarzy mi się też z dzieciństwem od rana do nocy na podwórku, gdy do zabawy wystarczały dwa pustaki i trzy liście babki, tam królowała nasza wyobraźnia. Jednocześnie jako dziecko z kluczem na szyi na tym nidzickim osiedlu czułam się bezpiecznie, dopiero dziś widzę, że ta mała okoliczna społeczność bardzo nawzajem o siebie dbała, zawsze któraś z sąsiadek miała nas na oku.

To plusy, ale bohater Miłoszewskiego miał na myśli także swoistą małomiasteczkową psychikę. Jako piegowaty rudzielec musiałaś odstawać od reszty.
Moje rude koleżanki z dużych miast nie miały kompleksu z powodu swoich włosów, może więc małe społeczności, ponieważ są mniej zróżnicowane, są mniej tolerancyjne? W każdym razie była to niezła szkoła życia, szybko nauczyłam się nie pozostawać dłużną swoim ewentualnym oprawcom. Jeśli mnie ktoś zaczepił, dostawał natychmiastową ripostę i kontratak – potrafiłam się w mig ze wzorowej uczennicy przemienić w niezłego łobuza.

No ba, ruda to charakter! Kiedy zrozumiałaś, że kolor włosów może być atutem, nie wadą?
Po pierwszym miesiącu w szkole teatralnej mieliśmy rozmowy z profesorami i zapytano mnie, co chciałabym zagrać u Szekspira. „Sama nie wiem, taka ruda, z takimi dziwnymi warunkami. A co mogłabym zagrać?” – wahałam się, na co jeden z moich profesorów odpowiedział: „Pani Kasiu, w Szekspirze dla pani akurat jest prawie wszystko, zresztą nie tylko w Szekspirze”. Widzisz, byłam ze względu na swój typ urody komplementowana również wcześniej, ale nie potrafiłam tych miłych słów przyjmować, szkoła teatralna mnie z tego wyleczyła. Przestałam się zajmować kompleksami, bo tam nie było czasu, żeby się nad sobą użalać. Nawet nie zauważyłam, kiedy wreszcie uwierzyłam, że kolor to mój atut.

Bo jest!
Z drugiej strony na castingach ludzie kierują się tyloma względami, że nic nie jest oczywiste. Ale śledzę ścieżkę zawodową wszystkich rudzielców (śmiech). Jessica Chastain, którą uwielbiam, powiedziała kiedyś, że w pewnym momencie była tak załamana brakiem ciekawych ról, że chciała przefarbować włosy na blond. Dzisiaj coraz częściej zdarza się, że ktoś mówi: „Ej, ty nie jesteś wcale ruda, tylko blond”. Szkoda, bo z czasem mój naturalny kolor zbladł pod wpływem słońca. Wewnętrznie rudzielcem będę zawsze. Nie mam jednak hamulców, by się przepoczwarzyć do jakiejś roli – przefarbować, oszpecić – jeśli będzie to miało głębszy sens. Kiedy grałam w „Sprawiedliwym”, nie chciałam siebie oglądać, żeby nie kontrolować tego, jak gram. Bałam się, że zacznę „cenzorować” Dziunie, a nie grałam przecież seksbomby, tylko wiejską dziewczynę.

Porozmawiajmy o Wiktorii Consalidzie, którą grasz w „Na dobre i na złe”. Przylgnęła do niej łatka „wrednej rudej”. Powiedziałaś kiedyś, że bardzo cię ten epitet cieszy.
Podtrzymuję, uwielbiam tę rudą, choć obecnie nie jest już taka wredna jak kiedyś. Trochę się uspokoiła, ale nie spokorniała. Jest ordynatorem, więc musi umieć postawić na swoim. Na początku miała konflikt z całym światem. Chciała wszystkim udowodnić, że jest najlepsza. Teraz skoro zawodowe marzenia się spełniły, zaczęła zauważać, że bez bliskich relacji i udanego związku nie jest to jednak pełnia szczęścia. Myślę, że to, co pokazujemy na ekranie, to bardzo współczesna kwestia, znam i obserwuję takie kobiety. Całą swoją energię wkładają w pracę, w zawodowy sukces, który daje im poczucie spełnienia, a potem nagle okazuje się, że na poziomie budowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem ich doświadczenie jest nikłe, tak jakby w tej dziedzinie nie zdążyły dojrzeć.

W sztuce „Najdroższy” grasz Olgę, która zakochuje się w przeciętniaku. Twoje serce by zdobył?
Moja bohaterka ma zupełnie inny background niż ja, 10 lat z nieokrzesanym Kazachem czegoś ją jednak nauczyło, prawda? Pignon, którego gra Andrzej Zieliński, ma ogromne poczucie humoru, a to działa na kobiety. Zdarzyło mi się poznać mężczyznę, który aparycją nie zachwycał, ale jego inteligencja i dowcip rozłożyły mnie na łopatki. Ja chyba bardziej zakochuję się w mózgu niż w efektach specjalnych. Nie jestem jednak pewna, czy Pignon to mój ideał faceta, ale może nie powinniśmy tak trzymać się tych ideałów?

Jesteś mocno osadzona we współczesności czy czujesz się dziewczyną z innej epoki?
Zadałaś najtrudniejsze pytanie świata! Bo z jednej strony mocno stąpam po ziemi, z drugiej mam w sobie jakąś tęsknotę za przeszłością. Uwielbiam stare meble, pasjami czytam książki opisujące inne epoki i uciekam w świat wyobraźni. Do tego jestem zodiakalną Rybą. Bywa, że pędzę z miejsca na miejsce, plan zdjęciowy, zakupy na targu, kolejna próba, spektakl. A są dni, gdy zaszywam się pod kocem z książką lub od rana do wieczora oglądam stare francuskie filmy. Lubie się zanurzać w inne światy. Im bardziej coś jest odległe ode mnie, tym bardziej mnie fascynuje. Także zawodowo. Moim zdaniem fajna praca to taka, która cię rozwija także prywatnie. Myślę, że w każdej z moich ról dotknęłam ciekawego tematu. Nawet jeżeli dziś to na razie teoria, to przynajmniej postawiłam sobie ważne pytania. Czasem wracam do domu po 18 godzinach, ale nie mam poczucia, że to jest harówka. Sama się dziwie, jak to jest możliwe, że ktoś mi za to płaci. Za najlepszą przygodę mojego życia!

Wyobraź sobie, że możesz zagrać w jednym z bijących rekordy popularności seriali…
Myślę, że byłabym super w „Grze o tron”. Mogłabym zagrać tam cokolwiek. Nie miałabym też nic przeciwko roli Claire Danes w „Homeland” – silna i jednocześnie bezbronna wobec swojej choroby. Niesamowita jest też Robin Wright w „House of Cards”. Filmowo zdecydowanie interesują mnie silne kobiety.

Choć mówi się, że w życiu maja trudno.
I znów wracamy to tego, jak często różni się to, jak nas postrzegają, od tego, jacy jesteśmy. Mam opinię pracusia, tymczasem ja się uważam za nie dość pracowitą, bo po prostu bardzo łatwo przyswajam najtrudniejsze nawet teksty. Zdarza mi się też słyszeć, że przy pierwszym spotkaniu wydałam się komuś zimna, niedostępna. Podobno mam takie warunki. Silny, autorytarnie brzmiący głos, do tego jestem dość wysoka, w teatrze mówią „posągowa”… Najzabawniejsze, że ja się wcale tak nie postrzegam. Ale już wiem, jakie mogę sprawiać wrażenie – mogę nad tym pracować albo zaakceptować, i tyle. Najtrudniejszy jest okres dojrzewania, kiedy nic nie rozumiesz i wszystko cię przeraza. Dziś momenty, kiedy niczego nie ogarniam i pytam siebie: „Co się dzieje z moim życiem?”, zdarzają mi się o wiele rzadziej.

Czego jeszcze się o sobie dowiedziałaś?
Przestałam się już bać prosić o pomoc. Także w chwilach, kiedy czuję, że zwariuję, a dzieje się to zwykle wtedy, gdy w moim życiu następuje spokój i stagnacja. Bywają też momenty paniki w stylu: „A co, jeśli ja tej roli nie udźwignę?”. Przy „Sprawiedliwym” bardzo mi pomógł Maciej Englert, dyrektor Teatru Współczesnego. Kiedy powiedziałam mu, kogo gram, że to lata 40., dał mi taką radę: „Pamiętaj, wtedy ludzie nie bali się swojej emocjonalności. Wy dzisiaj chcecie grać skomplikowanych ludzi i głęboko schowane uczucia, które tylko czasami przebłyskują lub wybuchają spod tych grubych warstw. Oni byli bardziej »na zewnątrz«, sentymentalni, prości w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie wstydzili się wzruszyć wschodem słońca”. To była genialna wskazówka.

Masz jeszcze jakieś plany, marzenia na ten rok?
Obiecałam sobie dwutygodniowy urlop, bo w zeszłym roku nie było na to czasu. Być może jakaś daleka podroż, żeby spojrzeć na życie z dystansem. Chciałabym, żeby było tak, jak jest, by dobra passa trwała, a plany zawodowe, które maja ruszyć, ruszyły. To wszystko…