fbpx

Małgorzata Strzałkowska: Życie to nie bajka

Małgorzata Strzałkowska: Życie to nie bajka
Fot. Rafał Masłow

Pisała kiedyś pół nocy smutną opowieść o przemijaniu. Spłakała się przy tym. Nie miała łatwego życia – niszczący związek, syn narkoman. Dlatego woli pisać wesołe wiersze. Małgorzata Strzałkowska, kultowa poetka dla dzieci, dowód na to, że nigdy nie jest za późno na odkrycie swojego powołania.
Mieszkanie bez windy na piątym piętrze starej kamienicy. Centrum Warszawy, a cisza jak na wsi. Na ścianach bajkowe obrazy Piotra Fąfrowicza, mnóstwo antyków, bibelotów, książek. Pełno kwiatów. A za oknem, od podwórka, stare drzewa z gniazdami ptaków.

– Gdyby nie pies Makary, mogłabym stąd nie wychodzić – śmieje się Małgorzata Strzałkowska, miłośniczka nie tylko kwiatów i starych mebli. Także muzyki poważnej, Kazimierza nad Wisłą, długich spódnic, kąpieli w wannie. I zabawy słowami.

Tę ostatnią miłość nosi w sobie od dziecka. Miała dwa lata z małym hakiem, gdy chodziła dookoła stołu, przy którym siedzimy (stał u dziadków), i powtarzała: „A ja myślę, że pomyślę, oni myślą, że ja myślę”.

– Gdy potem Endo zamieściła ten tekst na koszulce, tamta mała Małgosia we mnie była zachwycona – mówi.

Pomysły z wanny

Jakiś czas temu wydawnictwo Hachette zaproponowało jej pisanie co tydzień książeczki. Zgodziła się, bo była ciekawa, ile wytrzyma. Pisała dwa lata, a mogłaby i więcej.

– Uwielbiam zmagania ze słowami. Na przykład z moją ukochaną książeczką „Zielony i Nikt” było tak, że wiedziałam, o czym chcę napisać, ale nie mogłam znaleźć formy. Odkurzałam dywan i nagle zobaczyłam w nim całą książkę. Wystarczyło ją tylko napisać… Bardzo ważne są w niej emocje. Odczuwa je bohater, a wraz z nim czytelnik. Ale nie mogę napisać po prostu: „Nikt się bał”. Paradoksalnie nazwanie emocji pozbawia tekst emocji. Trzeba je wzbudzać, wprowadzać w nie. A więc ja muszę czuć to, co czuje mój bohater.

Pisała kiedyś pół nocy (bo jest nocnym markiem) „Kazimierską opowieść”, smutną, o przemijaniu. Poszła do łazienki i co widzi w lustrze? Cały makijaż rozmazany, tak strasznie się spłakała. Dlatego woli pisać wesołe wiersze. Bawi się przy nich znakomicie. Zawsze jednak musi wejść w buty bohaterów. Pomaga jej w tym odpowiednia muzyka. Gdy pisze w lecie o zimie, zasłania żaluzje, nastawia kolędy. Jak nie ma pomysłu, rodzina podpowiada: „napuść wody do wanny”.

– Dużo wierszy wymyśliłam w wannie – mówi. – Potem przychodzi etap cyzelowania słów, zakręcania historii. Mam wrażenie, że uruchamiam wtedy te części mózgu, które są bardzo rzadko aktywne. To męczące, ale przyjemne.

W takich stanach, nawet przechodząc na światłach, powtarza: „czerwone stój, zielone idź”. A rodzina pyta: „możemy dzisiaj czy poczekać?”. Wszyscy wiedzą, że kiedy pisze, kompletnie odlatuje.

Wszystkie drogi prowadzą do pisania

Pochodzi z rodziny lekarzy. W domu, jaki pamięta z dzieciństwa, dominuje jednak sztuka. Mama, absolwentka szkoły muzycznej, gra na fortepianie, pięknie śpiewa. Tata, lekarz, ma wspaniały głos i zdolności manualne. Dziadek, także lekarz, recytuje wiersze. Rodzice zabierają ją do opery, gdzie mają nawet swoje miejsce. Wszyscy zwracają uwagę na język, bawią się słowami.

Pisze, odkąd pamięta. Na początku dramatyczne historie, które przychodzą do niej same – z życia, literatury, telewizji. Ona je przepuszcza przez siebie i opisuje w zeszycie w kratkę.

– Gdybym miała określić siebie jednym słowem, byłoby to słowo „bardzo”. Wszystko jest u mnie bardzo. Jak choruję, miewam 42 stopnie. Albo 34 i 2 kreski. Jeśli mi się coś nie podoba, to totalnie. Kiedy się zachwycam, to bezgranicznie.

Od zawsze dużo też czyta. Latarka pod kołdrą i w ruch idą kryminały Agathy Christie, ale też Tuwim, Leśmian, Wyspiański, Gałczyński (jej rodzice byli fanami Gałczyńskiego). W liceum uwielbiała etymologię, historię języka, ale nie wybrała polonistyki, tylko historię sztuki.

– Niestety, a raczej na szczęście, nie udało mi się dostać. Poszłam drogą mamy, która skończyła studium bibliotekarskie i pracowała w ośrodku wzornictwa przemysłowego, gdzie zresztą jako dziewczynka byłam modelką. Okropne zajęcie. Całymi godzinami stało się do przymiarek, zdarzyło mi się zemdleć. Ale czasem można było kupić to, co się przymierzało. A były to piękne, kolorowe rzeczy, szczególnie w tamtej szarej rzeczywistości… W moim życiu wiele przygotowywało mnie do tego, czym się teraz zajmuję – mówi.

W studium bibliotekarskim, nie mając pojęcia o tym, że będzie kiedyś autorką książek dla najmłodszych, pisze na ten temat pracę, w której określa kryteria, jakie musi spełniać dobra książka dziecięca. Potem studiuje bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim. Ta wiedza też bardzo jej się przydaje – poznaje proces powstawania książki, uczy się szacunku do tekstu. W pracy magisterskiej ma za zadanie opisać spuściznę rękopiśmienną Henryka Elzenberga, profesora filozofii. A także napisać kronikę jego życia i twórczości.

– To było zupełnie wyjątkowe doświadczenie. Poznawałam profesora poprzez to, co zostawił. Był szykanowany za komuny, nie szedł na żadne kompromisy. Prawy, szlachetny, kryształowy człowiek. Czułam dla niego wielki szacunek i podziw. Ta praca tak mnie wciągnęła, że zastanawiałam się, czy nie iść drogą tropienia literatury, bo była fascynująca – jak rozwiązywanie zagadek kryminalnych.

Zaczęła pisać dla Michała. – Muszę to powiedzieć. Byłam na trzyletnim, płatnym urlopie wychowawczym. Taką pomocną dłoń państwo wyciągnęło kiedyś do rodziców. Może warto ten gest powtórzyć?

Rok 1987. Niedaleko jej mieszkania, na rogu Wilczej i Poznańskiej, mieści się Krajowa Agencja Wydawnicza. Małgorzata postanawia zanieść tam jeden z tekstów napisanych dla Michała pt. „Automobilia”, o strasznej rdzy samochodowej. Irena Landau, szefowa redakcji dziecięcej KAW-u, mówi: „Nigdy tego nie robię, ale tym razem zadzwonię do »Świerszczyka«”. Wprawdzie książeczka się nie ukazuje (potem przerobiła wiersz na bajkę do telewizji), ale kontakt z poczytnym tygodnikiem dla dzieci owocuje debiutem. Dochodzi tam też do pewnej zabawnej historii. Małgorzata pokazuje redaktorce jeden z łamańców językowych, w których się specjalizuje. Redaktorka wodzi po nim wzrokiem, w końcu mówi: „Nie weźmiemy, bo to się źle czyta”. – A przecież o to chodziło, żeby źle się czytało!

Rozpoczyna pracę w „Pentliczku”, nowatorskim czasopiśmie dla dzieci, gdzie pisze wiersze, zagadki, baśnie, gry, robi redakcję tekstów i korektę. Pisze też teksty piosenek dla zespołu młodzieżowego Sylaba z Wyszkowa.

– Na jednym z koncertów, gdy dzieci śpiewały „moją” piosenkę o małej śniegowej gwiazdce, zaobserwowałam niezwykłą reakcję rodziców: z prawej płaczą, z lewej płaczą. Nagle poczułam, że za pomocą słów można zapanować nad ludźmi, że ma się władzę. Mnie to przytłoczyło, bo zdałam sobie sprawę, jaką krzywdę można wyrządzić, używając niewłaściwych słów. I pamiętam o tym do dziś, gdy piszę.

Poznawanie siebie

Nigdy nie myślała, że z pisania da się żyć. Przez rok pracowała w szkolnej bibliotece, z której, jak to określa, błyskiem uciekła. Potem przez 15 lat – w instytucie głuchoniemych. Prowadziła, m.in. zajęcia plastyczne. – Gdy pokazałam dzieciom, że z połączenia niebieskiego i żółtego powstaje zielony, to myślały, że jestem czarownicą! Po pewnym czasie wiedziałam już, że chcę zrezygnować z pracy w instytucie i zająć się tylko pisaniem. Ale nie miałam odwagi. A więc byłam przeszczęśliwa, gdy to ze mnie zrezygnowano. Bo dobrowolnie pewnie bym nie odeszła.

Pierwszą książkę wydała jako 41-latka. Późno? Mówi, że ma zgodę na swoją życiową drogę. Na całą, bez wyjątku. Nawet na rozdział pod tytułem „niszczący związek”.

– Mnie się wydawało, co jest też efektem wpływu bajek, że kobieta potrafi zmienić mężczyznę. A przecież jeżeli on sam nie chce się zmienić, to trzeba przestać chcieć. Zrozumienie tego zajęło mi kilka lat. Dałam się totalnie zniszczyć. Nie wiedziałam, kim jestem, co lubię. Kiedyś stanęłam przed sklepem z butami i nie umiałam powiedzieć, co mi się podoba. To mnie przeraziło. Okropny stan.

Pamięta dokładnie tamten przełomowy dzień. Idzie do psychologa w sprawie syna, z którym ma kłopoty. Psycholog zadaje kilka pytań i stwierdza: „Pani mąż jest alkoholikiem, pani też powinna szukać pomocy”. Zatkało ją. Alkoholik to ktoś z menelskiej rodziny, a jej mąż, choć pije regularnie, nie leży przecież w rynsztoku. Tego samego dnia zapisuje się na terapię.

– Zaniosłam potem bukiet kwiatów tamtej pani psycholog. Uratowała mi życie, bo postawiła trafną diagnozę.

Trafia do terapeuty, o którym mówi „genialny” (do dziś utrzymuje kontakt z nim i z jego rodziną).

– Przerabianie własnej osobowości to najbardziej fascynująca, ale i pełna cierpienia przygoda. Okazało się, że mnóstwo problemów nie wynika z mojego małżeństwa, tylko małżeństwo z „niewłaściwym” mężczyzną jest efektem czegoś, co było we mnie. A było dużo postawy lękowej. Jako dziecko często wpadałam do studni – jak Nikt. Odgrodziłam się od świata szczelnym murem. W ten sposób odcięłam się od wszelkich doznań, nie tylko tych nieprzyjemnych. To wszystko pomógł mi odkryć terapeuta. I stosowana przeze mnie, już samodzielnie, technika wizualizacji. Pewnego razu zobaczyłam duży pokój, bez okien, wyglądający jak scena teatralna, oświetlony z góry reflektorem, który ktoś ciągle na mnie kierował. Ten oślepiający strumień światła to był mój lęk. Ile ja się namęczyłam, żeby zobaczyć, kto go na mnie kieruje! W końcu zobaczyłam. To byłam ja! I już wiedziałam – skoro to ja sama, to mogę to zmienić! Jakaż to była ulga… Poznawanie siebie to nasz obowiązek wobec siebie. Ktoś mądry powiedział: Jeśli poznajemy siebie, to poznajemy cały wszechświat. Mnóstwo rzeczy zaczęłam odtąd rozumieć. Odblokowałam się. I wtedy wydałam pierwszą książkę.

Zamknięty rozdział

Nauczyła się akceptować wszystko, co przynosi życie. Także to, że jej syn był narkomanem. Michał ma dziś 30 lat, wspaniałą żonę Węgierkę, mieszka w Budapeszcie. Od sześciu lat jest „czysty”, nie bierze. Kiedy dowiedziała się, że ćpa, myślała jak wiele matek: „to niemożliwe”. Dziś wie, że pierwsza rzecz, jaką rodzice powinni zrobić, to jak najwięcej dowiedzieć się na ten temat. Ona natychmiast zapisała się do Powrotu z U.

– Na czym polega to uzależnienie? Na tym, że przestaje się być człowiekiem, a zaczyna – narkomanem, że zanikają wszystkie odruchy ludzkie. Najtrudniej było mi to wytłumaczyć mojej mamie. Mówiłam: „To nie twój wnuczek, tylko narkoman. Nie możemy od takich ludzi oczekiwać ludzkich odruchów”.

To dla niej nadal temat bolesny, ale wie, że jej głos – matki, która przeszła ten koszmar – może pomóc innym rodzicom. Dlatego mówi, gdzie się da. Jak prawdziwa ekspertka.

– Działania powinny być dwutorowe: Po pierwsze, robimy wszystko, żeby pomóc dziecku, a po drugie – żeby o tym uzależnieniu samemu się nauczyć. Pomóc dziecku, czyli doprowadzić do tego, żeby przestało ćpać, a nie żeby ćpało w komforcie, bo my wtedy jesteśmy spokojni, że nic mu się nie stanie. Tu chodzi nie o nasz spokój, ale o życie naszego dziecka. Niektórzy rodzice przyzwalają na branie pod ich okiem. I tak ciosają dziecku trumienkę. Narkomanowi nigdy nie wolno ufać. Trzeba chować wszystko, co ma wartość, i nawet idąc do łazienki, zabierać ze sobą portfel. Żeby móc ćpać, narkoman wyniesie z domu każdą rzecz – nie tylko pieniądze, ale i cenne dla nas rodzinne pamiątki. Wiem coś o tym. Trzeba też informować o problemie bliskich, żeby stworzyć z nimi wspólny front, bo narkomani są mistrzami manipulacji. Ja powiedziałam o wszystkim byłemu mężowi, jego i moim rodzicom. Wszyscy muszą się zjednoczyć, w przeciwnym razie narkoman to wykorzysta. Musimy też nauczyć się tak zwanej twardej miłości, która czasami nawet każe nam wyrzucić dziecko z domu. I to jest chyba najtrudniejsze. Narkomana nie wolno kontrolować. Na swoje dno musi schodzić samotnie. Przecież i tak nie można za niego żyć. Ale gdy rezygnujemy z kontroli, przychodzi świadomość, że możemy dostać telefon: „czy ten nieboszczyk to pani syn?”. Straszny moment. I musimy mieć świadomość, że tak się może stać. Bo to jest naprawdę walka o życie. I najważniejsze jest to, aby w tej walce trzymać się reguł ustalonych przez fachowców. Sami sobie nie poradzimy.

Pamięta kolegę Michała. Skończył terapię, przyszli całą grupą do syna. Widzi ich, jak siedzą w pokoju i żartują. A po tygodniu ten kolega już nie żył. Przedawkował. Zastanawiała się, co powiedzieć jego matce, jak ją pocieszyć. „Nie musi pani już dłużej się bać” – wydukała. I to była prawda. Bo lęk towarzyszy rodzicom zawsze. Ale bywają też piękne momenty. Pierwsze odwiedziny syna w ośrodku. Zobaczyła jego szczęśliwe oczy i poczuła, jak wszystkie złe emocje odpływają. A potem znów był dół, bo Michał przerwał leczenie.

– Gdyby mi ktoś powiedział, że to moja wina, odpowiedziałabym: „I co z tego? Poczucie winy do niczego nie prowadzi. Przygniata człowieka do ziemi. Gdy je zwalimy z siebie, prostujemy się i możemy działać”. Powiedziałam: „Zrobię wszystko, żeby uratować Michała, ale przyjmę to, co mi los przyniesie. Trzeba pożegnać się z wieloma marzeniami związanymi z przyszłością dziecka. Byle tylko żyło.

Sześć lat temu, na zakończenie terapii Michała, przygotowała przemówienie. Bardzo piękne. Ale nie wydusiła ani słowa, ryczała jak bóbr.

– Uważam, że mimo wszystko życie jest cudowne! Tyle pięknych rzeczy dookoła. Na przykład krople rosy na pajęczynie. Można cieszyć się z byle czego.

Małgorzata Strzałkowska pisze wiersze, baśnie, opowiadania, ilustruje książki, wymyśla rebusy, zagadki, łamańce językowe i napisy na koszulki Endo. Współpracuje z wydawnictwami: Bajka, Czarna Owca, Media Rodzina i Nowa Era. W kwietniu otrzymała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy za książkę „Leśne głupki i coś”.

?>