fbpx

Piąta Aleja, piąta rano – recenzja

Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia filmów, a niezależnie od roli, zachwyca w nich do dziś. Audrey Hepburn, a właściwie Audrey Kathleen Ruston, była córką brytyjskiego bankiera Johna Victora Rustona i holenderskiej arystokratki.

"Piąta Aleja, Piąta rano"
mat. prasowe

Nad rzeką sierp księżyca lśni
Z nią płyną moje sny
hen w dal
O wielka rzeko, o dobra wodo
Gdzie płyną twe fale, tam pójdę i ja

– śpiewała Audrey Hepburn w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”. Ta wyjątkowa aktorka, uznawana za najpiękniejszą twarz światowego kina, uparcie twierdziła: „Nigdy nie myślałam o sobie jako o ikonie. To, co jest w umysłach innych ludzi, nie jest w moim. Ja po prostu wykonuję swoją pracę”.

Jej marzeniem był taniec – od najmłodszych lat pragnęła zostać primabaleriną i uczęszczała na lekcje baletu klasycznego. Warunki fizyczne, przede wszystkim wzrost, zmusiły ją do porzucenia tych planów, ale Audrey nie zrezygnowała ze sztuki – wszak tak można określić jej aktorstwo. Przełomem w jej karierze była tytułowa rola w spektaklu „Gigi”, wystawianym w 1951 roku na Broadway’u. Od tego momentu jej kariera potoczyła się błyskawicznie, zaś sukces gonił sukces. Znakomite role, doskonałe kreacje i urok, jaki Audrey roztaczała na planie sprawiły, ze podbiła serca milionów widzów, zaś podziw dla aktorki utrzymuje się niezmiennie do dziś dzień.

Uhonorowane Oscarem „Rzymskie wakacje”, „Sabrina”, „Zabawna buzia” i „Miłość po południu” to tylko niektóre z filmów, za sprawą których Audrey Hepburn stała się legendą kina przełomu lat 50. i 60. Dla mnie jednak najlepszym filmem z jej udziałem nie były nagrodzone „Rzymskie wakacje”, lecz właśnie „Śniadanie u Tiffany’ego”. I choć sama aktorka wypowiadała się krytycznie o tej produkcji, twierdząc, iż „(…) jest to film, który oglądam z najmniejszym zażenowaniem. Ale zawsze prześladują mnie wtedy dwie myśli. Po pierwsze, jak ja mogłam porzucić kota? I po drugie – Truman Capote chciał w tej roli obsadzić Marilyn Monroe, sama zawsze pozostanę pod urokiem Holly Golightly.”

Dlatego też z takim zainteresowaniem sięgnęłam po pozycję opublikowaną nakładem wydawnictwa Świat Książki. „Piąta Aleja, piąta rano” Sama Wassona to porywająca opowieść nie tylko o samej Audrey, ale i o twórcach oraz bohaterach filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”. To prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników kina, samej aktorki, ale i dla wszystkich zainteresowanych tym niezwykle ciekawym (i płodnym) okresem światowej kinematografii.

Co sprawiło, że pozornie banalna opowieść o losach wyzwolonej młodej dziewczyny, broniącej się przed stabilizacją i pragnącej wolności autorstwa Trumana Capote stała się znana na całym świecie? Czy, gdyby jak pierwotnie planowano, przed obiektywem kamery stanęła Marylin Monroe, film odniósłby równie spektakularny sukces? Choć dziś trudno jest wyrokować, wydaje mi się, że to właśnie Audrey ze swoim czarem i sarnimi oczami, w których czaiły się pasja i miłość do życia zadecydowały o tym, że „Śniadanie u Tiffany’ego” stało się obrazem kultowym.

„Są zwykli ludzie i jest Audrey Hepburn” – mówi jeden z bohaterów, ale „Piąta Aleja, piąta rano” to nie tylko historia Audrey. To także fascynujący portret przeszłości, epoki lat 50., kiedy to „cały kraj zdawał się przebywać na nieustających wakacjach”. To również wspaniałe zdjęcia samej Audrey, Humphrey`a Bogarta, Trumana Capote i wielu innych osób ze środowiska filmowego.

W książce brak typowego dla znawców zadęcia, to raczej gawęda o filmie i znanych postaciach, okraszona anegdotami z planu oraz z ich życia oraz zdradzająca mało znane dotąd fakty dotyczące pracy nad „Śniadaniem u Tiffany’ego”. Czyta się ją jak najlepszą powieść, przenosząc się na plan filmowy, podglądając pracę aktorów, przeżywając wewnętrzne rozterki Audrey Hepburn oraz z wypiekami na twarzy śledząc powstające dzieło.

Rok i dwa tygodnie po rozpoczęciu zdjęć na Piątej Alei zebrały się wszystkie sławy – wśród publiczności znaleźli się m.in. Nat King Cole, Henry Fonda, Glenn Ford, Marlon Brando i wiele innych znanych postaci – pragnące obejrzeć wspaniałe „Śniadanie„. Po projekcji Audrey przyznała, że „(…) była to najcięższa – i najlepsza – praca, jaką kiedykolwiek wykonała”, zachwycona była również większość krytyków filmowych. Jednak to Brendan Gill był autorem proroczych słów, rozpoczynając swoją recenzję stwierdzeniem, że „Śniadanie u Tiffany’egonależy do tych niezwykłych dzieł, które gdyby były lepsze, to byłyby o wiele gorsze. Stwierdzeniem, które można odnieść również do wyjątkowej książki „Piąta Aleja, piąta rano” autorstwa Sama Wassona.

Recenzja pochodzi z portalu Granice.pl

?>