fbpx

Pierwszy ogród. Wspomnienia Janusza Weissa. Kino

Seriale filmowe
kadr z filmu

Jakoś tak w trzeciej albo czwartej klasie podstawówki zostałem jurorem filmowym. A było to tak: nasza klasa została wylosowana do oceny filmów dla dzieci, które miały być następnie zakupione przez polską kinematografię do rozpowszechniania.

Książki Wydawnictwa Zwierciadło
Wydawnictwo Zwierciadło

Przez dwa tygodnie przychodziliśmy do szkoły nie na lekcje jednak, ale po to, by pójść z panią do Pałacu Kultury, w którym znajdowało się kino studyjne. Tam, przez czas, który normalnie przeznaczony był na naukę, oglądaliśmy filmy: kreskówki, filmy kukiełkowe, filmy z żywymi aktorami, a nawet jeden, w którym role aktorów odgrywały żywe zwierzęta! Po projekcji dostawaliśmy kupony do wypełnienia, na których głosowaliśmy na najlepszy naszym zdaniem film. Mnie wbiły się w pamięć szczególnie dwa: pierwszy to chyba francuski film animowany, opowiadający o złym władcy, który strącał niepokornych poddanych w podziemia jednym naciśnięciem guzika. W tych podziemiach zamieszkiwał także groźny, olbrzymi robot, który kiedyś się zbuntował i obalił złego władcę. Inny film, produkcji chyba jakiegoś kraju Ameryki Południowej, opowiadał o przyjaźni chłopca i dzikiego konia. Film kończył się tragicznie: otoczeni przez zawistnych ludzi chłopiec i koń wypływali w morze, coraz dalej i dalej… Pani tłumaczyła, że na pewno dopłyną do brzegu, ale my wiedzieliśmy swoje. Długo byłem tym filmem bardzo przejęty, nie mogłem zasnąć. Myślę, że nie bardzo nadawał się dla dzieci w naszym wieku.

Moim największym pragnieniem było zobaczyć film dozwolony od lat osiemnastu, przeznaczony tylko dla dorosłych. Niedaleko domu, przy ulicy Nowowiejskiej, mieściło się wojskowe kino imienia porucznika Kalinowskiego, który zdaje się wsławił się tym, że przykrył własną piersią niemiecki granat, aby uratować życie kolegom. Kino zmieniło później nazwę na Oka, jeszcze później był tam klub studencki Stodoła. Do kina chodziliśmy na tzw. niedzielne poranki. Pamiętam film Król Maciuś Pierwszy, który był ekranizacją książki Korczaka. Na naszym podwórku mieszkał jeden z aktorów tego filmu – Ludwik H., rudy, piegowaty chłopiec. W filmie grał przyjaciela Maciusia – Felka. Pewnego razu Witek, zwany Słoniem, wpadł na pomysł, jak dostać się na film dla dorosłych od osiemnastu lat. Należało stanąć przy wyjściu, gdy kończył się pierwszy seans, i zawinąć w ciężką, bordową kotarę, a kiedy zgaśnie światło, przemknąć do pierwszych rzędów. Tak też zrobiliśmy. Udało się! Film był produkcji greckiej, nazywał się Nie ma pokoju pod oliwkami i opowiadał o greckiej komunistycznej partyzantce. Zapamiętałem, że w jednej ze scen partyzanci przewozili w koszach ukryte pod oliwkami karabiny. Wiele więcej nie zapamiętałem, bo nagle zachciało mi siusiu. Zacząłem się niecierpliwie kręcić na krześle. Wiedziałem, gdzie są toalety, ale bałem się wyjść, bo zostałbym zauważony przez biletera. Wierciłem się na krześle tak długo, że wreszcie, nie mogąc już wytrzymać, z pełną świadomością zsikałem się w spodnie. Podobno, jak mówił później Słoń, w tej samej chwili „całowali się od osiemnastu lat”, ale ja tego nawet nie zauważyłem!

Osobny rozdział to telewizja. Pierwszy telewizor pojawił się w naszym domu bardzo wcześnie. Była to słynna Wisła. Na telewizorze, którego obudowa wykonana była z fornirowanego drewna, na serwetce stał wazon, który trzeba było zdejmować, gdy chciało się oglądać telewizję. Aby uruchomić telewizor, trzeba było bowiem podnieść klapę. Dopiero po jej otwarciu ukazywał się rząd gałek do regulacji. Antena umieszczona była na dachu, a obraz pozostawiał wiele do życzenia. Ojciec kręcił gałkami kontrastu, jasności i ostrości, a Mama komenderowała: – O, teraz było dobrze, ale zepsułeś! Więcej jasności! Za słaby kontrast! I tak bez przerwy, bo obraz się rozmywał, zamazywał, znikał. Często na ekranie pojawiał się napis „Przepraszamy za usterki”. Ale i tak oglądaliśmy wszystko z zapartym oddechem. Tak zwana „prywatna inicjatywa” wymyśliła dwa zabawne telewizyjne wynalazki. Pierwszy stworzono z dwóch tafli plastiku, pomiędzy które wlewało się wodę. Tak powstałe szkło powiększające umieszczało się przed miniaturowym ekranem telewizora, co powodowało jego optyczne powiększenie. Drugi wynalazek był jeszcze dziwaczniejszy: plastikowy, przezroczysty ekran. Można go było umieścić przed napełnioną wodą soczewką. Ekran był u dołu brązowy, po środku brąz przechodził w zieleń, aby u góry przyjąć barwę niebieską. W ten sposób otrzymywało się namiastkę kolorowego telewizora. Oczywiście wtedy, gdy obraz był względnie nieruchomy i przedstawiał krajobraz: u dołu ziemia, później zielona trawa, wreszcie błękit nieba. Jeśli na ekranie była ludzka postać, to wyglądało to trochę gorzej, ale ludzie i tak to kupowali!

Jeśli chodzi o program, to największą popularnością wśród nas cieszył się niedzielny Disneyland. Zawsze z zapartym oddechem wsłuchiwaliśmy się w zapowiedź: – Czy to będzie film z Krainy Podróży, Przyrody, czy z Krainy Fantazji? Oczywiście najbardziej czekaliśmy na Krainę Fantazji, bo to oznaczało filmy rysunkowe z Myszką Miki, Kaczorem Donaldem, Psem Pluto i innymi bohaterami rysunkowych animacji Disneya. Tak bardzo podobały mi się postaci z filmów, że Kaczora Donalda wyhaftowałem nawet na robotach ręcznych w szkole na kawałku białej szmatki ściegiem „za igłą”, a podczas Kiermaszu Książki, który już odbywał się nie w Alejach Ujazdowskich, tylko w Pałacu Kultury, uprosiłem Ojca, aby kupił mi kilka kolorowych książeczek z serii Golden Book, gdzie były przygody moich ulubionych bohaterów. Później zachwycił nas wszystkich serial Zorro, o tajemniczym człowieku w masce ze szpadą. Oczywiście wszystkie zabawy na podwórku zostały zdominowane przez dzielnego Zorro w zwielokrotnionym wydaniu. Jednym z przeciwników Zorro był śmieszny, gruby sierżant Garsija. Recytowaliśmy: „Sierżant Garsija gruby jak beczka. Zorro mu zrobił zet na porteczkach”. My także pozostawialiśmy wszędzie znak – literkę Z. Chodziliśmy w maskach, nosiliśmy drewniane szpady.

Później był serial Bonanza, który wprawdzie lubiliśmy, ale nie przenieśliśmy go na podwórko. Niezbyt często można mi było obejrzeć film po dzienniku, ale jeden obejrzałem i zapamiętałem. Był to chyba francuski film Zemsta Kosmosu Opowiadał on o powrocie na Ziemię wyprawy w Kosmos. Z kilku kosmonautów wrócił tylko jeden, po reszcie pozostała – brr! – tylko dziwna galaretka w skafandrach. Ten, który przeżył, też zachowywał się bardzo dziwnie. Został odseparowany w specjalnym ośrodku, ale uciekł. Jego ciało zaczęło się zmieniać, potworniało, a kiedy kogoś uderzył, ten ktoś od razu umierał. Wreszcie osaczono go w katedrze Notre Dame, której wnętrze z powodu remontu było oplecione rusztowaniami. Wysoko na rusztowaniu tkwił przerażający, galaretowaty stwór, który łyskał wielkim okiem. W całym Paryżu wyłączono prąd, a napięcie podłączono do rusztowania. Tak pozbyto się potwora. Straszne!

No i wreszcie Wyścig Pokoju! Podwórko pustoszało, gdy rozpoczynała się transmisja. Wszyscy pasjonowaliśmy się Wyścigiem. Rodzice oglądali niemal wszystko: teleturnieje, Irenę Dziedzic, która zresztą przy jakiejś okazji poznała Mamę i często bywała u nas w domu, Dziennik telewizyjny, kobry, czyli „Teatr Sensacji”, który i mnie wolno było oglądać, oraz poniedziałkowy „Teatr Telewizji”. Poniedziałkowy, bo w poniedziałek teatry nie grały, a w telewizyjnym teatrze przedstawienia odbywały się „na żywo” Powstało wiele legend związanych z prawdziwymi, bądź rzekomymi wpadkami aktorów i spikerów. Najsłynniejsza była wpadka Bronisława Pawlika, który występował w popularnej „dobranocce” dla dzieci Miś z okienka. Podobno po programie, nie wiedząc, że jest na wizji, Pawlik miał powiedzieć: – A teraz, drogie dzieci, pocałujcie misia w dupę, a pan Bronek idzie na wódkę. Pytany o to Pawlik stanowczo zaprzeczył. Ja tam tego nie słyszałem, więc jak było, nie wiem.

Fragment pochodzi z książki Pierwszy ogród. Wspomnienia Janusza Weissa. Do kupienia w naszej księgarni.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze