fbpx

Tennessee Williams: Z piwnicy świadomości

– Teatr, to miejsce, gdzie masz czas na problemy ludzi, którym pokazałbyś drzwi wyjściowe swojego biura, gdyby przyszli tam, szukając pracy – mawiał Thomas Lanier Williams, w pisarskiej karierze znany raczej z wymyślonego imienia Tennessee.
Jego osiągnięcia, to dobry przykład dla wszystkich nieśmiałych dzieci. Williams miał z tym tak duże problemy, że nauczyciele przestali wreszcie zadawać mu jakiekolwiek pytania w klasie, bo i tak nie potrafił wydobyć z siebie dźwięku. Cierpiał też wtedy na dziwną przypadłość: rumienił się zawsze, gdy spojrzał w czyjeś oczy. – Gdzieś we mnie uwięziona była mała dziewczynka, taki rodzaj zawstydzonej szkolnej dziewicy – pisał po latach.

Problem zniknął dopiero, gdy Williams kończył studiować. Pomógł zapewne fakt, że pisarz nie musiał już ukrywać (przynajmniej przed samym sobą) pewnej długo zwalczanej prawdy. – W 1934 roku zacząłem w pełni rozumieć, to, co podejrzewałem od dawna: pociągało mnie pisanie dramatów i… mężczyźni – przyznaje w swoich „Memuarach”. – Wiem, że to pierwsze było jedyną rzeczą, która uratowała moje życie – dodaje.

Jeśli chodzi o tych drugich, Williams był z ich powodu kilkukrotnie bliżej utraty życia niż jego zachowania. Bez wątpienia jednak jego miłosne problemy (również te rozwiązywane z samym sobą, w podświadomości) były dla niego kluczowym źródłem inspiracji. Opowiadał o nich odważnie, jak nikt wcześniej.

60 lat temu w Ameryce uchodził z tego powodu za skandalistę. To on pierwszy pokazał na tamtejszej scenie ciemniejszą, brutalniejszą stronę naszej tożsamości. Chciał „wyciągnąć na scenę to, co zamknięte w szafach, na strychach i w piwnicach ludzkich zachowań”. Nie obawiał się pisać o potrzebie erotycznego kontaktu, o pożądaniu, zdradach, sadomasochizmie, aborcji…

W pewnym sensie – jak zauważa Richard Gilman – Williams zrewolucjonizował też sposób prezentowania kobiet na scenach Ameryki. Mogąc wcześniej wybierać tylko między rolą czarującej panienki lub zołzy, kobiety otrzymały za jego sprawą własny głos, stały się silnymi, świadomymi swoich potrzeb (i je spełniającymi) postaciami.

Najbardziej znaną boginią w panteonie pisarza (co prawda niepasującą do powyższego opisu) jest oczywiście Blanche Dubois z „Tramwaju zwanego pożądaniem” – jedna z najbardziej intrygujących i trudnych do jednoznacznej oceny kobiet literatury amerykańskiej. Jej historia niemal na pewno wciągnie Was do grona czytelników, podróżujących tramwajem miłośników Williamsa. Niemal na pewno na stałe.