1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Książki

Skąd w nas tęsknota za polskim dworkiem? Odpowiada Krystyna Mirek, autorka powieści „Zapach Bzu”

Krystyna Mirek, autorka powieści „Zapach Bzu” (Fot. Krzysztof Ppaliński)
„Mamy tendencję do idealizowania dworskiego życia, ale ono wcale nie było sielanką” – mówi Krystyna Mirek, autorka powieści „Zapach Bzu”, pierwszej części „Sagi dworskiej”.

Dworek szlachecki to prawdziwy lejtmotyw literatury polskiej. Pojawia się we wszystkich epokach. U jednych jest symbolem tradycji narodowych, idylli i sielanki, u innych – zaściankowości i zacofania.
Ja sięgnęłam po ten motyw trochę ku pokrzepieniu serc. Chciałam więc pokazać, że to, co teraz nas przygnębia i przeraża, było już częścią naszej historii, że wszystko to przetrwaliśmy. Sama od dawna fascynuję się życiem w XIX-wiecznych dworach, mam całą kolekcję książek na ten temat, ale ostatnio zauważyłam także spore zainteresowanie czytelników. Napisałam opowieść podnoszącą na duchu, choć nie ma w niej cukierkowej rzeczywistości, bo były to czasy wojen, zaborów i ludzkich dramatów. Mamy tendencję do idealizowania dworskiego życia, ale ono wcale nie było sielanką. Te piękne panie w eleganckich sukniach i kapeluszach musiały być silniejsze, niż nam się wydaje. Historia pokazuje tylko dokonania mężczyzn, którzy ciągle o coś walczyli i ginęli, ale trudne codzienne życie spoczywało na barkach kobiet. Moja babcia w ciąży i z małym dzieckiem została sama, kiedy dziadka wzięto do niewoli. Musiała zająć się gospodarstwem, pracą, dziećmi, poradzić sobie z głodem, biedą i wojenną rzeczywistością. Sama przeprowadziła całą rodzinę przez te trudne warunki, a po wszystkim musiała od nowa nauczyć się żyć z mężem, który wrócił z niewoli odmieniony. Bo przecież to nie było tak, że do domu wracał ten sam wesoły, energiczny chłopak. Wojna zabierała mężczyzn siłą, dawała im rolę, której wcale nie chcieli. Teraz to znów dzieje się obok nas.

Może dlatego obudziła się w nas taka tęsknota za ziemiańskimi dworkami, ostatnimi symbolami idylli, dostatku, świetności?
Wydaje mi się, że ta tęsknota cały czas krąży nam w krwiobiegu, bo przecież większość z nas ma swoje korzenie na wsi. Kiedyś miast było niewiele, mało jest więc rodzin od pradziadów wychowanych w kamienicach. Życie naszych przodków toczyło się w ziemiańskiej kulturze. A później przyszła wojna, która nam to wszystko gwałtownie odebrała. Po 1945 roku nagle o dworach nie wolno było nawet wspominać, a ziemiańskie pochodzenie stało się przyczyną prześladowań, ograniczeń w dostępie do edukacji czy pracy. Ta piękna kultura została przerwana jednym cięciem. A jeśli o czymś nie można rozmawiać, tęsknota schodzi gdzieś głębiej, do podświadomości.

A kiedy u Pani obudził się ten sentyment?
Dorastałam w nim. Wychowałam się na wsi, w dworkowej tradycji, w rodzinie opowiadaczy, bajarzy. Kiedy byłam mała, w domu dziadków wieczorami gromadzili się sąsiedzi i słuchali opowieści. Czasami ze zdziwieniem odkrywam, jak dużo ich we mnie zostało. Fabuła „Sagi dworskiej” jest więc częściowo inspirowana historią mojej rodziny. Babcia, podobnie jak jedna z bohaterek, o ziołach wiedziała sporo. Pamiętam zapach zbieranych przez nią roślin, wiązki przygotowane do suszenia i to, jak później robiła z nich różne napary i maści. Badając historię rodziny, odkryłam też tajemniczego dalekiego przodka, który zainspirował mnie do stworzenia fabuły powieści „Zapach bzu” i postaci głównego bohatera. W naszym drzewie genealogicznym ten mężczyzna pojawia się nagle, nie wiadomo skąd, nie udało się ustalić, kim był wcześniej i przed czym uciekał, ale przybył w nasze okolice, a potem jakimś cudem poślubił dziewczynę z dworu. Dziedziczkę. Człowiek bez nazwiska i pieniędzy, przybłęda, czyli w tamtych czasach absolutny dół drabiny społecznej. Nie mam pojęcia, jak doszło do tego mezaliansu. Wiem natomiast, że nie był żadnym oszustem ani kobieciarzem, bo małżeństwo przetrwało lata i było szczęśliwe, a dwór pod ich rządami prosperował świetnie. Wprowadzili wiele niezwykłych jak na owe czasy rozwiązań, na przykład podzielili majątek między dzieci, zamiast dać wszystko najstarszemu synowi. Myślę, że musiał wyróżniać się jakąś wiedzą i umiejętnościami. Bo przecież zostać nagle właścicielem dworu to nie wszystko, trzeba jeszcze mądrze nim zarządzać. Ta historia pokazuje, że los może nam zabrać wszystko, co materialne, ale nie odbierze nam umiejętności. Ostatecznie liczy się nie to, co mamy, ale kim jesteśmy.

Proste prawdy umykają nam gdzieś często w tym skomplikowanym świecie.
Bo nie mamy czasu na refleksję, zbyt rzadko spoglądamy wstecz. Kiedy zaczęłam się interesować historią mojej rodziny, zrozumiałam, że najmłodsze pokolenia nie mają pojęcia o tym, że jeszcze 80 lat temu prababcia zakładała dziadkowi do szkoły same mankiety, bo na całą koszulę nie było jej stać. Dziś jesteśmy świetnie wykształceni, pracujemy w przeszklonych biurowcach, robimy karierę i nie myślimy o tym, jaką cenę ktoś zapłacił za to, żeby pierwsza osoba w rodzinie mogła się wykształcić. Dlatego warto sięgać do korzeni, przywracać naszym przodkom pamięć, uczyć się na ich doświadczeniu.

Ta nauka nie idzie nam chyba najlepiej. Dworków już nie ma, ale mentalność ziemiańska została.
To prawda, bo przecież nasze piękne ziemiaństwo ostatecznie upadło nie tylko z powodów historycznych. Ci ludzie nie potrafili dostosować się do nowych czasów, gospodarować pieniędzmi, żyli ponad stan, często się zadłużali, robili wiele rzeczy na pokaz. Kiedy patrzę na współczesne rodziny i domy, to myślę sobie, że dziś wielu z nas jest takimi ziemianami. Ludzie wciąż biorą kredyty na rzeczy, których nie potrzebują, nadal im zależy, żeby samochód imponował sąsiadom. Pewne cechy i przywary są ponadczasowe.

Na szczęście sytuacja kobiet zmieniła się na lepsze. Nikt nie przymusza nas do ślubu z rozsądku, jak powieściową Juliannę.
To prawda. Ale prawdziwych związków z miłością na całe życie też nie ma dziś wcale aż tak dużo, choć czasu na znalezienie właściwego kandydata mamy znacznie więcej. W ziemiańskich dworkach już piętnastolatki wchodziły na rynek matrymonialny. W domu trzymano je pod kloszem, nie mówiono prawdy o mężczyznach i świecie, miały być skromne, grzeczne, potulne, a potem nagle po wyjściu za mąż musiały stać się gospodarne, zaradne, mądre. Chociaż i tak uważam, że ówczesne matki lepiej przygotowywały córki do życia niż teraz. Dziś dziewczynki słyszą: „Tylko się ucz, resztę ogarną rodzice”. A później okazuje się, że życie jest bardziej skomplikowane niż zdobycie świadectwa z paskiem. Dawniej wiedza o tym, jak prowadzić dom, rozmawiać z mężem czy opiekować się dzieckiem, była przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Moja książka nie opowiada bajkowej historii, ale pokazuje, jak naprawdę wyglądała codzienność kobiet w tamtych czasach. Kandydatów na mężów było mało, a większość dziewcząt nie miała wolnego wyboru, bo musiała się liczyć z sytuacją finansową rodziców lub ich sympatiami. Niezwykle trudno było przeciwstawić się tej sile nacisków i tradycji, ponieważ młode dziewczyny finansowo zależały od rodziny lub męża. Zresztą nawet dziś samodzielne, spełnione zawodowo kobiety podczas rodzinnych spotkań słyszą pytania: „A kiedy mąż?”, „ Może czas pomyśleć o dziecku?”. Wiele z nas nadal nie potrafi podnieść głowy i powiedzieć: „To moja sprawa, moje życie”.

Czy zatem w XIX wieku w ziemiańskim dworku mogła się urodzić taka wyemancypowana Julianna?
Wszyscy chyba znamy takie dziewczyny, które urodziły się z innym charakterem, innym spojrzeniem na świat i większą odwagą, niż zakładały czasy, w jakich przyszło im żyć. Jedne z nich zdobywały Nobla, inne płonęły na stosie. XIX-wieczna literatura opisuje wiele silnych, wyzwolonych kobiet. Zazwyczaj kończyły one jako stare panny, bo były to czasy, kiedy jeden skandal mógł przekreślić szanse na zamążpójście. Ale znam też historie kobiet, które mimo wszystko potrafiły konsekwentnie przeprowadzić swoją wolę. Wygrały życie, miłość, rodzinę, czasem inny sukces. Sztuka polega na tym, by mądrze współpracować ze światem zewnętrznym. Nie lekceważyć realiów, w których się żyje, tylko tak współdziałać z otoczeniem, by samej siebie nie stracić. I to jest o wiele trudniejsze niż totalny bunt czy poddanie się. Historia uczy nas, że żadna ze skrajności nie jest dobra.

Krystyna Mirek, pisarka, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez wiele lat pracowała w szkole, ucząc języków polskiego i niemieckiego. Od kilku lat zajmuje się pisaniem książek (wydała ich już kilkadziesiąt). Mama czwórki dzieci.

Książka „Zapach bzów. Saga dworska – tom 1”, Wydawnictwo Zwierciadło do kupienia tutaj:

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Zapach bzów Krystyna Mirek Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze