Księżna Diana – portret damy

Księżna Diana podczas wakacji na Majorce w sierpniu 1987 roku, fot. Getty Images

Dziś, dokładnie w 22. rocznicę śmierci księżnej Diany, synowie odsłonią w Londynie upamiętniający ją pomnik. My, wspólnie z Markiem Rybarczykiem, znawcą Wielkiej Brytanii, zastanawiamy się, jaki pomnik wystawiła sobie za życia – jako kobieta, matka i reformatorka. Na czym polegał fenomen Diany?

Niedawno rozmawiałam ze znajomymi i doszliśmy do wniosku, że pokolenie 30- i 40-latków przeważnie pamięta, gdzie było, kiedy wydarzyły się: zamach na World Trade Center, katastrofa smoleńska i śmierć księżnej Diany.
Niezaprzeczalnie śmierć Diany stworzyła jej mit. Jako kobiety, którą można było jednocześnie podziwiać i jej współczuć. Została też zapamiętana jako reformatorka – jako pierwsza członkini rodziny królewskiej potrafiła się zachowywać mniej konwencjonalnie, łamać reguły dworskie: że wspomnę jej słynne wyprawy z dziećmi do McDonald’sa czy publiczne okazywanie uczuć, do tej pory na dworze nie do pomyślenia. Od razu czuło się, że ona jest inna, ale inna była też wtedy królowa: bardziej skostniała i konserwatywna. Paradoksalnie Elżbieta II wiele nauczyła się na doświadczeniach z 1997 roku, kiedy popularność monarchii nagle po raz pierwszy w historii spadła aż o ok. 20 procent…

Ma pan na myśli sytuację, kiedy po śmierci Diany królowa odmówiła opuszczenia flagi do połowy masztu i pogrzebu z honorami, bo Diana od rozwodu z Karolem nie należała już do rodziny królewskiej?

Tak, mam na myśli sytuację, o której opowiada film „Królowa” z Helen Miren, gdy Elżbieta zrozumiała, że poddani oczekują od niej, by była mniej chłodna i zdystansowana, a bardziej ludzka. To był dla niej cios, że ludzie tak kochają tę kapryśną, młodą kobietę, którą ona właściwie niespecjalnie lubiła i rozumiała. Ale ten cios sprawił, że królowa zaczęła się zmieniać. Nie tylko zgodziła się na pogrzeb z honorami, ale też kilka lat potem pozwoliła synowi wziąć ślub z ukochaną Camillą, powołano też Komitet Centralny Windsorów, w którym zasiadają wszyscy członkowie rodziny, w tym William, Harry i królowa oraz liczni doradcy – wszyscy zbierają się dwa razy do roku i zastanawiają się, co dzieje się z wizerunkiem monarchii i jak go podreperować, jeśli zachodzi taka potrzeba. Królowa stoi dziś na czele prawdziwego brandu, i zawdzięcza to Dianie.

Mówi pan, że jej śmierć stworzyła mit, ale jej życie również było przykładem dla wielu kobiet: jak pozbierać się po nieudanym, toksycznym związku, jak stać się silniejszą mimo cierpienia, jak odnaleźć się w pomaganiu innym… Diana była jedną z ikon współczesnego feminizmu?
Rzeczywiście Diana pokazywała innym kobietom, że można się podnieść po kryzysie, że kobieta powinna być niezależna i nie pozwalać się tłamsić nawet takim instytucjom jak monarchia. Chcąc nie chcąc, stała się też ikoną feminizmu, choć z pewnością na to, by być ideologicznie w niego zaangażowaną, brakowało jej intelektualnego wyrobienia. Częściej zamiast rozumem, kierowała się emocjami, ale za to właśnie ją kochano. To była bardzo złożona postać, która po prostu trafiła na swój czas. W Wielkiej Brytanii był to czas dobrobytu, ale też dużych zmian społecznych, rozwoju tzw. yellow press, czyli bulwarówek. Elton John porównał Dianę do Marilyn Monroe, była też porównywana do Evy Perón ze względu na swój rewolucjonizm i delikatną politykę socjalną, czyli zero rasizmu i zero seksizmu. Z tego też powodu była ikoną homoseksualistów. A z racji zamiłowania do mody – ikoną stylu. Mówiło się o niej „angielska róża” – to określenie ma głębszy sens, bo od wieków średnich pokazuje, że jak róża, kobiety są wyperfumowane, piękne i delikatne, ale jednocześnie groźne, mają kolce. Diana potrafiła wyrzucać ludzi z pracy za niewielkie przewinienia, co spotkało wiele piastunek jej synów. Ta dwoistość i zmienność bardzo fascynowała i pociągała ludzi, ale też czyniła ją niejednoznaczną.

Czy ona świadomie zmieniała wizerunek monarchii – tak jak robi to dziś Meghan, żona księcia Harry’ego, czy raczej intuicyjnie?
Moim zdaniem, a opieram się na własnej wiedzy i opiniach lekarzy, Diana była chora na coś, co nazywa się schorzeniem pogranicza, czyli borderline – była osobą niestabilną emocjonalnie, głównie za sprawą genów, ale też z powodu odejścia matki we wczesnym dzieciństwie – jej rodzice szybko się rozstali, matka zostawiła małą Dianę z ojcem, który praktycznie sam ją wychowywał. A dziecięca trauma jest typowym komponentem osobowości borderline. Takie osoby rano są pełne miłości do świata, a wieczorem są w depresji, i tak w kółko. Kolejnym wydarzeniem, które ją ukształtowało, był ślub z Karolem, przyszłym następcą tronu. Miała zaledwie 20 lat i bardzo naiwnie liczyła na to, że jej marzenia o prawdziwej miłości staną się rzeczywistością, a życie księżniczki to bajka. Tak naprawdę bycie księżniczką to więzienie, o czym przekonała się już Meghan, która przecież w dniu swojego ślubu miała 36 lat i była bardziej doświadczona. Młodziutka Diana musiała stawić czoło rygorom dworskiego życia (np. nie można zakładać nogi na nogę, nie można podawać ręki), ale też męczyć się w związku z mężczyzną, który był wobec niej chłodny, a nawet okrutny. Gdyby Diana trafiła na partnera, który przynajmniej próbowałby ją kochać i o nią dbał, może byłaby szansa, by się ustabilizowała i wzmocniła. Niestety, jak wiemy z licznych biografii i jej autobiografii, już w czasie miesiąca miodowego księżna znalazła dowody na to, że miłość Karola do Camilli nie minęła.

Księżna i książe Walii podczas pikninu na pustyni, Abu Dhabi, Zjednoczone Emiraty Arabskie, 1989 rok (fot. Getty Images)

To musiało być jak obudzenie się ze snu, zwłaszcza po tak hucznym ślubie, zwanym „ślubem stulecia”.
Diana poczuła się oszukana i złapana w pułapkę, co doprowadziło ją do anoreksji, bulimii i depresji. Źródła biograficzne podają, że podjęła aż pięć prób samobójczych. Nie była w stanie porozumieć się z mężem, który był dla niej kimś zupełnie z innego świata, nie dość, że był starszy o 13 lat, to jeszcze mieli zupełnie inne zainteresowania: jego pociągała filozofia i ezoteryka, ona była dość mało skomplikowaną młodą osobą, która uwielbiała czytać romansidła. On lubił muzykę poważną, ona – pop. Te różnice można by mnożyć w nieskończoność. Sama Diana wyznała po latach, że parę lat po ślubie Karol powiedział jej, że ma prawo mieć kochankę, bo każdy książę Walii, czyli następca tronu, miał kochankę. Powiedzenie czegoś takiego w zimny, wyzuty z uczuć sposób żonie jest nie tylko niedżentelmeńskie, ale i okrutne. Załamana Diana zwróciła się wtedy o pomoc do królowej, która powiedziała, że nic na to nie może poradzić, bo „Karol jest beznadziejny”. Odnoszę wrażenie, że wszelkie późniejsze działania Diany były podyktowane tamtą rozpaczą i desperacją – chciała pokazać światu, jak jest jej źle, i wyrwać z tej złotej klatki swoje dzieci – zaczęła więc rozsadzać monarchię od środka. A ponieważ czuła się bardzo nieszczęśliwa, żeby nie zwariować, a przy okazji wykorzystać jedyne, co miała – swoją rozpoznawalność i sympatię ludzi – zaczęła udzielać się w organizacjach humanitarnych. Dziś niewiele osób pamięta, że jako pierwsza uścisnęła dłoń choremu na AIDS. To był gest ogromnej wagi i siły, bo stanowił próbę oddemonizowania choroby, którą wtedy uważano za schorzenie homoseksualistów i narkomanów.

Dobroczynność była zawsze rolą arystokracji, ale Diana pokazała, że można pomagać na naprawdę masową skalę, angażując przy tym znanych ludzi i duże pieniądze.
Poza tym ona była w tym autentyczna, potrafiła w naturalny sposób wejść w serdeczny kontakt z potrzebującymi. Odnalazła sens życia w cichym reformowaniu monarchii, pokazywaniu, że można naprawdę być blisko ludzi. Jej drugą misją było uniezależnienie synów – chciała sprawić, by nie byli książętami nieznającymi prawdziwego życia, dlatego przy rozwodzie wywalczyła dla nich 20 milionów funtów, żeby mieli zabezpieczenie finansowe i jeśliby chcieli, mogliby kiedyś powiedzieć: „Nie chcę być w rodzinie królewskiej, wypisuję się”. Te dwie rzeczy Diana robiła świadomie, z potrzeby serca i umysłu. Oddała się im, tak jak królowa, która w latach 50. rzuciła się w objęcia monarchii, bo bardzo zawiodła się na mężu – o jego zdradach ludzie nieznający bardziej obrazoburczych biografii monarchini mogli dowiedzieć się z serialu „The Crown”. Z kolei Elżbieta II po śmierci Diany została wierna modelowi monarchii promowanemu przez księżną. Kto by pomyślał jeszcze kilkanaście lat temu, że królowa na otwarciu olimpiady wystąpi w czymś w rodzaju skeczu i „skoczy” ze spadochronem z agentem 007, czyli aktorem Danielem Craigiem. To, jaką monarchię brytyjską dzisiaj oglądamy, jest zasługą Diany. Także to, że pełnoprawną członkinią rodziny królewskiej jest czarnoskóra rozwódka, aktorka i Amerykanka Meghan Markle.

Niektórzy komentatorzy porównują ich charaktery i losy. Pan też widzi to podobieństwo?
Dianie nie przeszkadzało to, że jest osobą publiczną i chętnie fotografowaną. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest piękną kobietą, niekiedy sama, jak to się mówi, „napuszczała” na siebie paparazzich. Oczywiście ona umawiała się z nimi na zdjęcia robione na ulicy, podczas uroczystych gali czy oficjalnych przyjęć, a nie z ukrycia na prywatnym jachcie – ówcześni paparazzi przekraczali więc wszelkie granice. Mimo to nie zgadzam się, że to oni są winni jej śmierci – winna była zbyt duża szybkość i alkohol we krwi kierowcy. Wracając do Meghan, ja widzę w niej taką post-Dianę, która odrobiła jej lekcje i postanowiła, że nie powtórzy jej losu i nie zafunduje sobie cierpienia, wynikającego z tego, że była zbytnio wystawiona na widok publiczny. Coraz częściej mówi się o tym, że Meghan chce razem z Harrym przenieść się na jakiś czas do Afryki, by tam prowadzić działalność charytatywną. Ale pojawiają się też głosy, że to hipokryzja brać pieniądze od podatników a jednocześnie odmawiać udziału w „brytyjskiej telenoweli”, którego to określenia użył sam książę Karol.

Dziś powiedzielibyśmy nawet: reality show…
Socjologowie twierdzą, że współczesna cywilizacja karmi się opowieścią. Wybory wygrywają dziś politycy, którzy mają jakąś historię do opowiedzenia, a nie ci, którzy tworzą najsłuszniejsze programy. Ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę to wszystko, to Diana jest w cywilizacji anglosaskiej prawdziwym fenomenem. Nie powiedzieliśmy o jeszcze jednym aspekcie: w momencie, kiedy Wielka Brytania stała się protestancka, Matka Boska, która jest tak bliska Polakom, wypadła z tej biblijno-religijnej opowieści. I wróciła jako Diana.

Księżna Diana z synami w parku rozrywki Thorpe Park, 1993 rok (fot. Getty Images)

Rzeczywiście, pamiętam, jak kilka lat temu Kościół Anglii ogłosił ankietę na idealną matkę. Wygrała Diana. Wyprzedziła królową, Matkę Teresę, a nawet Matkę Boską.
Dla Anglików, choć nie tylko, Diana była i nadal jest wzorem kochającej, dbającej o rozwój swoich synów matki. Nie wiem, czy pani wie, ale po jej śmierci powstało kilka klubów, które można by nazwać kościołami Diany. Dlatego nie bez przyczyny mówi się o Dianie jako świętej, która zaznała cierpienia od męża, od Korony i od mediów, a umierając, dopełniła swojego cierpiętnictwa. Umarła za tych wszystkich Brytyjczyków, którzy chcieli zreformować monarchię i okazać szacunek dla społeczeństwa wielokulturowego i różnych ras. Diana podawała dłoń współczesnym trędowatym, czyli chorym na AIDS, krążą nawet legendy o tym, że ich uzdrawiała. Poza tym, umierając, zrobiła jeszcze jedną ważną rzecz, przypomniała Anglikom o śmierci, która w kulturze anglosaskiej jest zamiatana pod dywan. Większość ludzi jest kremowana, cmentarze nie są okazałe i wysokie, do tego są osłonięte murami – śmierć to temat tabu. Kiedy byłem w Londynie podczas żałoby po śmierci Diany, obserwowałem, jak do ludzi boleśnie dociera, że życie jest kruche, a taka piękna, młoda i bogata kobieta jak Diana też może umrzeć. Od tego czasu napatrzyliśmy się na różne okropieństwa, w tym na tragedię z 2001 roku, czyli atak terrorystyczny w Nowym Jorku, a potem w każdym większym mieście w Europie, poza Warszawą, więc dziś już tak się nie wzruszamy. Wtedy okres żałoby po niej to był magiczny czas, wszystkich ogarnął jakiś czar, pół Londynu płakało na ulicach i stało w kilkugodzinnych kolejkach, by się z nią pożegnać.

Pod wpływem tego czaru premier Tony Blair nazwał ją wtedy „królową ludzkich serc”.
Zjawisko masowego zakochania w Dianie wynikało też z tego, że utożsamiała świetlaną przyszłość Anglików, złotą epokę. Wtedy było im naprawdę bardzo dobrze, wybrali w wyborach partię pracy, która była bardzo centrowa, mieli wrażenie, że wreszcie udało im się znaleźć ekonomiczne perpetuum mobile, że wszyscy się kochają i będzie już tylko lepiej. Odejście Diany było więc impulsem do tego, by zadać sobie pytanie: czy ten nasz dobrostan i spokój nie jest aby chwilowy? Czy to nie skończy się tak jak z Dianą? I cóż, minęło kilkanaście lat i zaczął się pompowany nacjonalizm, a potem przyszedł brexit… Diana pozostaje więc symbolem Wielkiej Brytanii, która jest dla wszystkich, jest wielorasowa, wielokulturowa i ekonomicznie spokojna.

I ta pamięć do dziś jest żywa. Od jej śmierci minęły już 22 lata, a nadal 1 lipca pod pałacem Buckingham zbierają się tłumy, by świętować jej urodziny. W tym roku poddanych przywitał książę William, który obiecał, że 31 sierpnia, w dniu jej śmierci, zostanie odsłonięty nowy pomnik Diany, ufundowany przez synów. Fani serialu „The Crown” czekają też na najnowszy sezon, w którym Dianę ma zagrać młodziutka aktorka Emma Corrin.
Popularność Diany nie jest dziś wprawdzie tak wielka jak kiedyś, ale nadal jest duża. Dla tabloidów jest pewniakiem, tak jak dla każdego czasopisma historycznego okładka z Hitlerem, że pozwolę sobie na takie porównanie. Historię Windsorów śledzi cały świat, obecnie z natężeniem graniczącym z szaleństwem, a nawet paranoją. I jest to dla rodziny królewskiej zarówno sukcesem, jak i zagrożeniem, bo tak jak już powiedzieliśmy, w dobrej telenoweli czy reality show oprócz pięknych ludzi, przyjęć i romansów, są też rozwody, zdrady i kłótnie, z rzucaniem w siebie różnymi rzeczami włącznie – że przypomnę, jak Diana rzuciła w Karola kryształową popielniczką, nieomal pozbawiając go życia. Jeśli długo się nic nie dzieje, wszyscy są mili, grzeczni, chodzą na wyścigi konne i zakładają coraz to nowe fascynatory – zaczyna się to robić nudne. Potrzebne są zwroty akcji. Dlatego tak często ostatnio pojawiają się zupełnie wyssane z palca informacje dotyczące konfliktu między Meghan i Kate czy między Camillą a królową.
Ludzie przeczytają cokolwiek, co będzie dotyczyło rodziny królewskiej, bo następuje laicyzacja świata, w Polsce jest to trudniejsze do zaobserwowania, choć widoczne choćby po spadającej liczbie osób chodzących do kościoła. Coraz mniej ludzi fascynuje się historią Jezusa, Maryi i dwunastu apostołów. Część ludzi, tak jak na przykład ja, twierdzi, że jest to bardzo piękna historia, która karmiła naszą cywilizację przez stulecia, ale teraz jest démodé. I tę świętą opowieść zastępują opowieści celebryckie, które mają to do siebie, że są jak dmuchawce, bo ulatują z wiatrem – albo ktoś się rozwodzi, albo starzeje. Opowieść o Windsorach w cywilizacji zachodniej zastąpiła opowieść o Świętej Rodzinie, zastąpiła religię. To nie jest moja teza, tylko socjologów. Dlatego, że znów do tego wrócę, nie na darmo mówi się o świętej Dianie. Znaleźć się w wieku 20 lat w rękach kogoś takiego jak książę Karol i wyjść z tego cało – to prawdziwy cud…

Ile w tym wszystkim zasługi Diany, a ile jej terapeutów?
Z pewnością ogromnym ich sukcesem było wyciągnięcie jej z bulimii i anoreksji, w końcu to są śmiertelne choroby. Ale być może w dużej mierze uratowała siebie sama, znajdując swoją misję. Diana nie była prostym przypadkiem do leczenia. Po pierwsze, aby terapia się udała, pacjent musi chcieć być terapeutyzowany, a po drugie, terapeuta musi taką pracę wytrzymać psychicznie. Osoby borderline trzeba kochać, by móc znieść to, co one wyprawiają. Nie za bardzo też można leczyć to schorzenie, jedynie regulować lekarstwami. Wreszcie: niełatwo jest terapeutyzować się, a jednocześnie żyć na świeczniku, w blasku fleszy.

Stąd drugi silny nurt, jaki pojawia się w opowieści o niej, a który przedstawia ją jako intrygantkę, żądną sławy i zemsty, bezskutecznie poszukującą miłości.
Cóż, od świętej bardzo blisko do ladacznicy. Matka Teresa, tak wielbiona przez katolików, przez innych była postrzegana jako sadystyczna i nieczuła tyranka. Christopher Hitchens, autor wielu książek o monarchii, wyznał kiedyś, że bywał na przyjęciach w Londynie, na których za niemą zgodą dworu, a rękami służb specjalnych rozpuszczano taśmy dotyczące intymnych relacji Diany z jednym z jej kochanków, po to by ją skompromitować. Wątek romansów Diany od zawsze był silny, były gazety, które pisały wprost o tym, że na przykład Harry nie jest synem Karola.
Podejrzewam, że gdyby Diana przeżyła tamten wypadek w Paryżu i nadal była z Dodim Al Fayedem, który dla wielu Anglików miał „zły” kolor skóry, a do tego był muzułmaninem związanym z obcym kapitałem – to uwielbienie dla niej by stopniowo mijało i może nawet przekształcało się w nienawiść. Takie są losy świętych. Smutne, ale też bardzo ludzkie. Kiedy odchodzi ktoś, kto jest nam bliski, ale o kogo nie dbaliśmy i nie szanowaliśmy go dostatecznie, pojawia się żal i smutek, że nie zdążyliśmy go kochać w pełni, gdy był między nami, i uczucie wybucha ze zdwojoną mocą. I to wobec Diany nadal się tli.