fbpx

Filip Springer: Archeologia w Szczecinie

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Pewien profesor archeologii opowiadał nam kiedyś na zajęciach o swojej pierwszej wizycie w Rzymie. Trafił tam do jakiegoś całkiem prywatnego domu, w którego piwnicach znajdowały się kolumny z czasów Cesarstwa.
Opowiadał, że w konstrukcji całego budynku można było znaleźć ślady wszystkich epok – od tych starożytnych piwnic, przez średniowieczny fundament, renesansowy parter, klasycystyczne piętro, aż po całkiem współczesne poddasze.

– Proste wejście po schodach zamieniało się w wędrówkę w czasie – mówił z przejęciem.

A teraz stoję tu, na Osiedlu Słonecznym w Szczecinie, i przypominam sobie tę historię. Dookoła huczą pastele, bo to osiedle jest złym snem estety. Ja estetą nie jestem, a i tak bolą mnie oczy. Feeria barw dla każdego, są tu wszystkie, pełen egalitaryzm, żaden nie jest wykluczony. Od pistacjowej zieleni po jagodowy fiolet. Obok siebie, na sobie, pod sobą. Musztarda z dżemem. Orgia. W sumie tego się spodziewałem. Zanim przyjechałem, obejrzałem sobie na Google Maps. Już z góry zapowiadało się dobrze. Na żywo jest jeszcze lepiej. Biały śnieg i czarne kontury drzew wydają się tu niestosownością. Albo, co najwyżej, tłem. Wszystko stanęło na głowie, bo tłem miały być te bloki. Przyjechałem, zrobiłem zdjęcia, właściwie już miałem wyjeżdżać.

Trafiło mnie przy Napierskiego. Bo zza tych bloków zaczęły nagle wystawać jakieś chałupki. Małe, z dwuspadowymi dachami i ogródkami. Stoją karnie wzdłuż jednej uliczki, widać, że postawili je jeszcze Niemcy – równo, od linijki, z wejściami z tej samej strony. Gdzieś tam z tyłu majaczą te pastelowe potwory, wysokie na szesnaście pięter. A tuż obok handlowy blaszak, kawałek dalej bezkształtny domek z lat dziewięćdziesiątych, obok całkiem nowy hotel, a za nim szkoła, której kształt nie pozwala na datowanie. Jakby stawały w polu, jakby każde z nich było pierwsze, bo do tego, co wokół, nie nawiązują w ogóle. Wszystko razem na sobie, obok siebie, bez ładu i składu. Chaos zrodził chaos.

Stoję więc i myślę o tamtym Rzymie profesora. Właściwie wszystko się zgadza. To miejsce jest jak odsłonięty profil archeologiczny. Warstewki historii, jedna na drugiej, tak, że można czytać je jak księgę. Od najstarszych lat, od pierwszych osadników i ich potomków. Przez wszystkie fazy architektonicznego szaleństwa, aż po współczesność. Brakuje jeszcze tylko jaskini ze szczątkami mamuta albo jakiegoś niedźwiedzia. Można by ją tylko z zewnątrz pomalować na łososiowy i przełamać pistacją, wtedy nie kłułaby w oczy.