fbpx

Filip Springer: Inny świat w polu

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Pędzimy zdezelowanym passatem przez pola rzepaku, godzinę drogi od Oświęcimia, godzinę i pięćdziesiąt minut od Katowic, cztery godziny i pięćdziesiąt minut od Warszawy. A ja mam wrażenie, że już jestem w innym czasie i innym świecie. Po to tu przyjechałem, reportaż jest tylko pretekstem.
– Teraz młodzi się do roboty nie chcą garnąć, tylko by w te komputery patrzyli. A życie proszę pana jest na zewnątrz. Ja jeszcze rozumiem, że dziewuchy się w ten ekran gapią. Ale chłopaki? Chłopak powinien na polu siedzieć, a nie stukać w klawisze – mówi i dodaje gazu. Ma śląski akcent i czasami wtrąca słowa, których ja nie rozumiem. Ale potakuję, bo jakbym pytał o wszystko, to by mnie wziął za idiotę z Warszawy, a tego obaj nie chcemy.

Pokazuje mi tutejsze wioski – niskie chałupy, eternit na dachach. Upał skwierczy, nie znoszę upału, jestem rozdrażniony i od rana tym upałem zmęczony. Ale on nie daje za wygraną, chce mi pokazać wszystko. A ja chcę tylko, żeby mi pokazał swoje ule. Po to tu przyjechałem.

W końcu jedziemy do niego. Wysiada i od razu o mnie zapomina, pędzi do tych uli, już tam zagląda, ja idę kawałek dalej, ale tak nieśmiało, bo się tych cholernych pszczół boję. On mówi, że nie trzeba, żeby się nie obawiać, podejść. Można robić zdjęcia. No to podchodzę i coś tam oglądam, a dookoła pulsuje pszczele buczenie. Nie wiem, kiedy się przeobraził. Przez całą drogę był szorstki, ciągle narzekał, wyzywał innych, groził palcem i walił pięścią w kierownicę. A teraz jest troskliwy i czuły, a o pszczołach mówi pszczółki. Wygrzebuje z trawy te chore, bierze na dłoń i przygląda się dokładnie. Każe mi robić to samo.

– Bo ja bez tych moich pszczółek, to ja nie wiem co zrobię – mówi w którymś momencie.

Takie wyjazdy to jest dla mnie zawsze lekcja pokory. Jeżdżę, żeby nie zapominać, bo łatwo stracić perspektywę tego, co jest ważne. Że ja tu, w wielkim mieście – że to jest jeden świat, ale nie jedyny. I że trzeba kilka razy w roku pojechać tam i z tymi tam porozmawiać, żeby zrozumieć, jak bardzo jest tam inaczej. A wcale nie gorzej, choć ja bym zwariował.

Już tak raz miałem. Fotografowałem, jak wysychają jeziora we wschodniej Wielkopolsce. Jeździłem skuterem chyba po najnudniejszym regionie w tym kraju i robiłem zdjęcia krzaków. Czasem gadałem z rolnikami, którym przez to wysychanie spadają plony. I oni mi tam wtedy tak szczerze współczuli, że ja z tego miasta. Próbowali mi pomóc, podpowiadali, że w pobliżu mógłbym kupić tanio dom i kawałek pola, że wtedy bym dopiero zaczął żyć. Dziękowałem im, robiłem zdjęcia i odjeżdżałem z poczuciem, że jestem kosmitą. I teraz też tak mam, choć to raptem cztery godziny i pięćdziesiąt minut od Warszawy.

– A pan tam w tej Warszawie to mieszka w jakimś domu czy w czym?
– W bloku mieszkam – odpowiadam.
– O, w bloku to ja bym nie mógł, zwariowałbym.
– Ale blisko do centrum mam, wie pan.
– No właśnie dlatego bym zwariował.

Tak, właśnie dla takich rozmów tam czasem jeżdżę.