fbpx

Filip Springer: Na Nowy Rok w Beskidzie

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Na Gaikach wiał wiatr. Patrzyłem w stronę Bielska i mrużyłem oczy od słońca. Potem leżeliśmy na trawie i pijąc herbatę z termosów zastanawialiśmy się, co robiliśmy rok temu o tej porze. Rok temu o tej porze padało.
Teraz też nie ma tu zimy i ja tak wolę. Śnieg wszystko spłaszcza, krajobraz staje się monochromatyczny i nudny. Nie wierzę mu. Zaczynam robić zdjęcia dopiero wtedy, gdy spod śniegu wyłazi bura ziemia. Moim zdaniem tylko wtedy ma to sens.

Często mam tu takie wrażenie, że świat nie wytrzyma tej ilości wody i zapadnie się od samej jej obecności. Tak mogłoby być, drzewa łamałyby się pod ciężarem własnego koloru, podobnie jak ziemia i dachy domów. Nie wytrzymywałyby intensywności i zapadały do środka. Ludzie wychodziliby zdumieni na podwórka i kręcili z niedowierzaniem głowami. Dookoła panowałaby cisza. To działoby się nagle. Potem wszystko toczyłoby się po staremu.

Góral stał pod budynkiem klubu w Radziechowych. Chłopcy schodzili z boiska, kopiąc z wściekłością grudki wilgotnej ziemi. Przegrali 1:2, choć pod koniec meczu trzeszczały kości. Ktoś wystawił przed budynek wielki głośnik i puścił im na pocieszenie „Zegarmistrza światła”… Niczego więcej nie było mi tam trzeba: wiejskie boisko, pastelowy zmierzch i ta muza dla pokonanych. Urywało łeb. Andrzej Stasiuk o tym napisał, że „są takie zbiegi okoliczności, które wyglądają jak wyrafinowany plan”

Potem pojechaliśmy oglądać brzydki kościół. Gdzieś w Bielsku, choć w sumie nie wiem, bo miejscowości zlewają mi się tu w jedno, z tylnego siedzenia samochodu wyglądają podobnie. Było ciemno i ciepło. Wieże widzieliśmy już z daleka. Pod kościołem dwóch kolesi w tuningowanych brykach robiło jakiś deal. Gdy nas zobaczyli od razu odjechali. Ten kościół to była jakaś bezforma, to nawet brzydkie nie było, beznadzieja i smutek. Cztery ściany, płaski dach i wieża wiertnicza z Maryjką na szczycie. Stała w pozycji, jakby jej było wszystko jedno. Tak smutno trzymała ręce. Nie podobało mi się tam. Jakby w ostatniej chwili wymyślili, że ma być z przytupem, ale byli w stanie wykrzesać z siebie tylko to. Więc wyszedł podświetlony hangar, tyle że ze schodami.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy architektura poradzi sobie bez fotografii. Najpierw chciałem powiedzieć, że nie, ale potem pomyślałem sobie, że to w zasadzie bez znaczenia, bo nic już sobie dziś nie poradzi bez fotografii. Ona wcale nie umarła, jak wieszczą niektórzy. Stała się naszym tlenem, nie zwracamy już prawie na nią uwagi. Ale apotem się zastanowiłem i pomyślałem, że to pytanie wcale nie jest ważne. O wiele istotniejsze jest to, czy my sobie poradzimy sobie bez architektury. Ten kościół, tam pod Bielskiem – to żadna architektura, tylko czysta fizjologia. Co będzie, jak wszystko sprowadzimy do tego – domy będą służyły tylko do mieszkania, teatry do oglądania, kościoły do modlenia. Jak nie będą w sobie miały nic poza funkcją? Zostaną zredukowane do prostopadłościanów z tabliczką na drzwiach. Łatwo się tego nie bać w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie. Ale pod Bielskiem, za Radomiem, na przedmieściu Leszna, między Bytomiem a Chorzowem?

Jakim życiem można żyć w architekturze sprowadzonej do fizjologii? Życiem fizjologicznym i żadnym innym. Nie chcę, by to się stało. Czego sobie i Państwu na Nowy Rok życzę.