Filip Springer: Widok w Sopocie

Widok w Sopocie
Fot. Filip Springer

No więc z okna widzę morze. Pierwszy raz tak mam. Mogę się położyć i przez okno widzę wodę. Na plaży leży odwrócona do góry dnem rybacka łódź, idzie jakiś człowiek. Leżę, patrzę i myślę, że widok z okna to jest jednak najważniejsza rzecz na świecie.
W domu rodzinnym okno wychodziło na ulicę. Mieszkaliśmy na parterze, więc latem każdy mógł zajrzeć, obejrzeć, a nawet coś ukraść. Przyzwyczailiśmy się do tego, choć jak teraz o tym myślę, to nie wiem jak. Bo to okno tam, w pierwszym domu, to było jednak jak wystawa sklepowa. Jak się go nie zasłoniło i zapaliło wieczorem światło to wszystko było widać. A jak się w środku siedziało po ciemku, to można było obserwować ulicę i być niewidzialnym. Czasami tak robiłem. Przy otwartym oknie zatrzymywali się czasem jacyś ludzie i ze sobą rozmawiali. Podsłuchiwałem, a oni nie zdawali sobie z tego sprawy. W takich chwilach czułem się jakbym był w kinie.

Potem okna mieszkań, w których mieszkałem, szczęśliwie wychodziły na drzewa. Choć to drugie było obsypane śmieciami. To było na osiedlu z wielkiej płyty w Poznaniu. Szesnastopiętrowy blok, ja na drugim, więc jeszcze się na te drzewa jakoś łapałem. Ale tamci wyżej już nie. Może dlatego byli tacy wściekli. Mieli taki zwyczaj, że wyrzucali śmieci w workach przez okna. To się działo zwykle w środku nocy. Te śmieci spadały prosto na moje drzewo, worek pękał i się dookoła robił straszny syf. Obiecywałem sobie, że kupię lornetkę, usiądę na ławce przed blokiem i będę siedział tam tak długo, aż ich na tym nie przyłapię. Nigdy tego nie zrobiłem. Jakby ktoś chciał zapolować na nich to podaję adres – Osiedle Czecha 118. Na pewno jeszcze tam są i nadal to robią. Takie ćwoki zwykle się nigdzie nie ruszają.

Potem widoki z okna zaczęły się szybciej zmieniać, bo ja jeździłem coraz więcej. Pamiętam ten w Kotorze. Wysiedliśmy zmęczeni z autobusu, po całym dniu drogi przez Czarnogórę. Na dworcu od razu otoczyły nas kobiety próbujące wynająć nam pokój. Mieliśmy zasadę, że nie płacimy więcej za nocleg jak 10 euro. Wieźliśmy ze sobą namiot, więc jak gdzieś było za drogo, mogliśmy go zawsze rozbić. One chciały po piętnaście, a nawet dwadzieścia. My mówiliśmy ciągle „ten euro, ten euro”, a one się z nas śmiały, bo to przecież był Kotor, perła Czarnogóry, środek sierpnia. Aż wreszcie zza ich pleców wychynęła taka jedna, trochę bardziej pokurczona i powiedziała „ten euro”, a tamte zamilkły. No i poszliśmy, prowadziła nas jakimiś zaułkami w milczeniu, bo poza tym „ten euro” nie umiała nic więcej. Myśleliśmy, że jak tak tanio to będzie jakaś nora. Ale gdy doszliśmy na miejsce opadły nam szczęki. Z okna i werandy mieliśmy widok na całą zatokę i miasto. Potem, już wieczorem, siedzieliśmy tam, piliśmy wino i nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście.

Tamten Kotor przypomniał mi się ostatnio w Trondheim. Spałem w domu – pracowni jednego z uczniów Hansena. Pokazywał mi okolicę nieco skrępowany, bo ja się wszystkim zachwycałem. W końcu zaprowadził mnie do miejsca, w którym miałem spać. Na półkach w kuchni stały kubki z logo Solidarności i polskie książki, bo Lars trochę w Polsce siedział i zdążył się do niej przyzwyczaić. Tamto mieszkanie to był labirynt pokoi, ciągnący się na różnych poziomach między ulicą a brzegiem zatoki. Do balkonu była przycumowana niewielka wiosłowa łódka. Lars pokazał mi wszystko i zniknął, a ja po całym dniu wrażeń zasnąłem od razu. Rano mnie walnęło. Wstałem i poczłapałem do kuchni. Był koniec sierpnia, ale na dworze padało i było zimno. Stałem w oknie z kubkiem kawy i patrzyłem na Nedre Bakklandet i ludzi, którzy w turystycznych kurtkach kupują kawę od ulicznego sprzedawcy i idą do pracy czy szkoły. W Trondheim, tego deszczowego sierpniowego dnia poczułem, że mógłbym już tam zostać, że mógłbym się już tak budzić i patrzeć codziennie.

Było jeszcze okno w Erewaniu – tonącym w melancholii i błyskawicach nadciągającej znad Araratu burzy. Był Mostar, w którym pierwszą noc spędziliśmy na dachu dworca autobusowego i widoku z niego nie dałoby się porównać z niczym innym. Była Ostróda z tarasem wychodzącym nad jezioro i gęsiami, które akurat wtedy leciały na południe. Piłem colę i całymi godzinami gapiłem się w niebo. Wszystkie te miejsca, w których dostawałem pokój z ładnym widokiem, pamiętam dokładniej. W Tbilisi dostaliśmy nocleg w piwnicy. Był tam wprawdzie kryształowy żyrandol, ale nie było okna, pokój z wielkim małżeńskim łożem wyglądał trochę jak kazamaty jakiegoś szaleńca – erotomana. I ja z tego Tbilisi niewiele pamiętam, prawie nic. A przecież spędziliśmy tam dwa dni. Podobnie było w Katowicach. Znalazłem budżetowy hostel w centrum, nad knajpą. Ściany były tam z tekstury tylko symbolicznie przemieszanej z gipsem, a pościel miała fakturę papieru. Okna oczywiście nie było, a wszystko śmierdziało tanim odświeżaczem powietrza. Ten hostel nie służył do spania. Za kilkadziesiąt złotych można było go wynająć na kilka godzin. Tamta noc była najgorszą w moim życiu. Od tamtego czasu do Katowic jeżdżę jakoś mniej chętnie.

Ale teraz jestem w Sopocie, leżę na łóżku i wszystkie tamte pokoje bez okien odchodzą w zapomnienie. Patrzę na morze i wiem, że ten dzień i Sopot będę pamiętał całkiem dobrze.