fbpx

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Powroty

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Są książki, do których chętnie się wraca, i są też miejsca, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Swoista nerwica natręctw w pozytywnym kształcie. W moim przypadku taką nerwicę reprezentują dwie pozycje: „Gra w klasy” (o której już wspominałem w poprzednim felietonie) oraz „Ulisses”.
Obie osadzone są w konkretnych miastach, ale czy usadawianie akcji powieści musi się łączyć z równoczesnym przebywaniem pisarza w danym miejscu? I tak, i nie. Cortazar mieszkał w Paryżu kiedy pisał „Grę”. Z Joycem sprawa jest bardziej skomplikowana, bo też życie miał bardziej skomplikowane ,umysłowość pewnie też…

Pewien młody Anglik pomylił trasy. Zasnął, a kiedy go konduktor obudził, uświadomił sobie, że nie do Nicei zmierza, a do stacji końcowej Triest. Gdy ma się 26 lat, taka wiadomość może tylko ucieszyć, bo oznacza nieoczekiwaną zmianę planów. Nie koniec, a początek. Ów Anglik, postanowił w Treście pozostać i, za pożyczone dwa tysiące funtów, otworzył szkołę językową. Szkoła działa do dnia dzisiejszego i świetnie prosperuje, choć Anglik ma 30 lat więcej.

„Triest jest nasz” – przeczytałem na ścianie ubikacji w słoweńskim Koprze. Było lato i wybrałem się z synem na wakacje. Choć Triest leży blisko Kopru, nie odwiedziliśmy włoskich kresów. Ale slogan uporczywie drążył moją szarą materię. Wasz? Nasz? Ich? Jego? Tamtych? A może poeta przekazał najprawdziwszą prawdę? Że Triest nie jest wcale ich, że nie jest jego i nie ma co naśladować mowy z „Dnia świra”? Tylko mój jest Triest, bo choć byłby twój, to musisz wiedzieć, że twój Triest jest mój, bo nawet jeśli jest twojszy, to mój Triest jest mojszy. Mój Triest jest najmojszy! Triest jest nasz. I mój i twój, i tego Anglika, i Irlandczyka, który przez wiele lat mieszkał w tym mieście. Wyjeżdżał z niego, a potem wracał. Dublin, Zurych, Triest, Pula, Triest, Dublin, Rzym, Triest, Zurych…

Akcja Ulissesa rozgrywa się w Dublinie, ale Joyce zaczął pisać swoją powieść w Trieście i sporą jej część tam popełnił. Książka jest tak zakręcona, jak historia tego portu, jak to miejsce, które jest naturalnym powrotem. Początkiem albo końcem. Spotkaniem Europy Środkowej z innym światem. Ulisses, to tajny kod. Nie do Dublina, a do miejsca i czynów popełnionych zupełnie gdzie indziej. Tak sobie myślę. Tak interpretuję Ulissesa. Mogę sobie na to pozwolić, bo żaden ze mnie ekspert i znawca Joyce’a.

Lubię Triest. Triest też jest mój. I dlatego ten poświąteczny czas spędzam, przechadzając się jego uliczkami. Śpię w hotelu James Joyce. Nie dlatego, że potrzebne mi są jakieś gadżety związane z wielkim pisarzem, a dlatego, że trafiłem na dobrą ofertę cenową. Na mostku, obok pomnika mieszkańca Triestu oraz wielkiego Irlandczyka, leży wiele niedopałków. Od lat nie potrafię rozszyfrować tego fenomenu. Tak samo nie potrafię do końca rozszyfrować wszystkiego, co Joyce zawarł w swoim dziele. Wydawnictwo Znak zapowiada na styczeń nowe, piękne wydanie Ulissesa. Kupię. Raz jeszcze przeczytam. Może tym razem będę w stanie jeszcze więcej odkryć?