fbpx

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Sylwestrowe piwo

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Kilka dni temu żegnałem odchodzący rok. Krótkie to było i zimne pożegnanie, bo 2012 zaliczam do dosyć fatalnych.
Nie miejsce tu i czas na okazywanie Państwu prywatnych bebeszków. Mogę tylko napisać, że – jak przystało na pożegnanie fatalnego gościa – szampan się nie polał. Przed północą otworzyłem butelkę belgijskiego piwa. I na tej jednej butelce się skończyło. Zaraz po północy leżałem w łóżku i chrapałem. Nowy rok przyszedł spokojnie, bo we śnie, bez koszmarów, ale zahaczył o podświadomość. Na snach się nie znam. Nie jestem też freudystą ani fanem psychoanalizy, choć poświęciłem jej trochę miejsca w zbiorze opowiadań pt. „Rzeczy pierwsze” z roku 2009. Śniło mi się piwo… Pewnie dlatego, że kilka dni temu po latach przerwy przeczytałem zbiór opowiadań pt. „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”. U Hrabala piwo jest wszechobecne. Jeśli lew zaznacza swoje terytorium moczem, tak Hrabal swoje granice w literaturze złocistym napojem naznaczył. Piwo, piwo, piwo wszędzie. W moim śnie i w każdej książce pana Bohumila.

Wsiadłem w samochód i pojechałem do Mikulova. Mikulov to małe, przygraniczne miasteczko, Austrii odebrane po Pierwszej Wojnie ze względu na jakąś ważną linię kolejową. Do Mikulova przyjeżdżał Hrabal. Uważał, że ta mieścina to Morawy w pigułce. Wyszedłem z auta i wszedłem do jakiegoś baru. Bar był prawie pusty. Prócz barmana i starszego jegomościa z brzuszkiem, w berecie i w rozciągniętym sweterku, żywej duszy… Przysiadłem się. Dziadunio powiedział mi, że marnie wyglądam. Potem zapytał, czy nie strzeliłbym sobie piwka dla poprawienia wyglądu. A czy to działa? – zapytałem z niedowierzaniem. Wie pan, zasadniczo nie, bo nawet sam Hrabal, zapytany o to, ile piw dziennie wypija, gdy ma dobry nastrój, odpowiedział, że sześć. Kiedy pytanie odwrócono i zapytano: a ile, gdy ma zły nastrój? Odpowiedział, że również sześć. Ale strzel sobie młodzieńcze, może w twoim przypadku będzie inaczej? I uśmiechnął się.

Wypiłem najpierw jedno, potem drugie, potem trzecie, czwarte, piąte, lecz przy szóstym twarz jegomościa w berecie zaczęła mi się rozmazywać, a on sam mówił dosyć bełkotliwie, że musi już iść, bo mu gołębie zdechną. Ludzie mają różne szajbki, pomyślałem. Nocne dokarmianie gołębi to całkiem miłe zboczenie, więc pożegnaliśmy się i staruszek, zamiast wyjść – jak to robią normalni ludzie – uniósł się i wyfrunął przez okno, które uchylił barman. Dopijałem szóste piwo, gdy usłyszałem przez to otwarte okno głos staruszka: Niech pan się nie uwala na smutno! Niech pan już wraca do domu! Zapowiadanego końca świata znowu nie było! Musi pan dalej żyć! Ten nowy rok będzie dużo lepszy!

Poczułem, że nadzieja mi wraca, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się ułoży, albo wróci do swojego porządku sprzed 2012 roku. I kiedy zacząłem się pod nosem uśmiechać, ten sam głos bardziej zdecydowanie rzucił z wysokości. Jak pan już będzie wychodził, to proszę uregulować i mój rachunek. Nie zapłaciłem za siebie. Wie pan, gołębie…

Dwie godziny temu obudziłem się we własnym łóżku. Mówią, że sny trzeba zaraz zapisywać. Życzę i sobie i Państwu szczęśliwego roku 2013!