Danuta Stenka: Trening z kaszubskiego

Fot. Rafał Masłow

wiadomo, o co chodzi. Silni, zawsze dadzą sobie radę. Myślę, że z Kaszubami jest tak samo. Musieli być dzielni, bo zawsze zmagali się z jakąś „łapą”, która próbowała ich wyrwać z korzeniami albo oderwać od korzeni. Musieli bronić swojej kultury, swojego języka. Jak nie przed Prusakami czy Niemcami, to przed powojenną władzą ludową, która wychodziła z założenia, że wszyscy powinni mówić jednym językiem. Do tego dochodzą kaszubskie ziemie. Trudne do uprawy, często piaszczyste i kamieniste. Nieurodzajne, chociaż przepiękne. Trzeba było nieźle harować, żeby na takich ziemiach utrzymać się z rolnictwa.

Ja chcę do domu!

Gowidlino z mojego dzieciństwa to miejsce, gdzie stały jeszcze chatki z muru pruskiego kryte strzechą. Było ich sporo. Nie przetrwała żadna. Zostało tylko zdjęcie, na którym jestem z moją córką. Dzisiaj 19-letnią, wtedy jeszcze w podstawówce. Pozowałyśmy razem na tle ostatniej takiej chaty, która jakoś krótko po tym zaczęła się rozpadać i już nie istnieje. Nie rozumiem, dlaczego jej nie uratowano.

Być może moi dziadkowie też mieszkali w chacie z pruskiej cegły. Tego nie wiem, nigdy nie widziałam ich domu, bo spłonął dokładnie w przeddzień moich narodzin. Po pożarze dziadkowie razem z pradziadkiem sprowadzili się do moich rodziców. Do jednego pokoju z kuchnią i pokoiku na strychu szkolnym. Moja mama była nauczycielką rosyjskiego w podstawówce w Gowidlinie, mieszkali z tatą w budynku szkoły. Żyliśmy tak wszyscy razem trzy lata, dopóki rodzice nie skończyli budowy nowego domu. I właśnie z przeprowadzki mam pierwsze wspomnienie. Takie naprawdę pierwsze: widocznie musiał to być dla mnie niezwykle ważny moment, skoro ja, trzyletnie zaledwie dziecko, zapamiętałam go. Pamiętam dokładnie, jak ustawione były wtedy

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »