Danuta Stenka: Trening z kaszubskiego

Fot. Rafał Masłow

występowałam na żadnych szkolnych akademiach. Pamiętam tylko, że na jej lekcjach zazwyczaj wybierała mnie do czytania na głos materiałów pomocniczych – wierszy, fragmentów powieści… Trochę mnie to wkurzało. Chodziłam do klasy matematyczno-fizycznej, a nasz język polski był idealną okazją, żeby sobie nadrobić inne lekcje, a miejsce miałam strategiczne, w ostatniej ławce. Trudno mi powiedzieć, czy w jakiś szczególny sposób odczytywałam te teksty. Pewnie coś musiało być na rzeczy, skoro pani profesor wysłała mnie w końcu na konkurs recytatorski. To było już w ostatniej klasie liceum. Pierwszy etap eliminacji odbywał się w domu kultury w Kartuzach. Pamiętam, że zapytali mnie, w której jestem klasie i który raz startuję. Odpowiedziałam, że w czwartej i że pierwszy raz. Usłyszałam: „Czwartej? Czy to ma sens?”.

Ale przesłuchali mnie i przeszłam do etapu wojewódzkiego. Pojechałam do Gdańska, powiedziałam swoje teksty – między innymi fragment „Nocnego lotu” Saint-Exupéry’ego – i wróciłam do internatu. Dopiero po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że szukają mnie przez dom kultury, bo zajęłam drugie miejsce.

Na tym nie koniec, bo pani profesor wierciła mi dziurę w brzuchu, żebym złożyła dokumenty do szkoły teatralnej. Posłałam moje papiery do Wrocławia, ale nie pojechałam na egzamin. Wynalazła też Studium Aktorskie w Gdańsku przy teatrze Wybrzeże, tylko że akurat w roku, w którym zdawałam maturę, zawieszono nabór.

Tak mi namieszała w planach, że w końcu zostało mi to, co szło mi najłatwiej – rosyjski. Postanowiłam, że wrócę do moich pierwotnych planów. Że pójdę w ślady mojej mamy i zostanę nauczycielką. A jednak złożyło się tak, że i na te studia nie zdawałam. Podjęłam decyzję, że

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »