fbpx

Filip Gańczak – To nie był film

Filip Gańczak – To nie był film
Filip Gańczak, fot. Aneta Klemke

Niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się książka Filipa Gańczaka „Filmowcy w matni bezpieki”. Dziennikarz Newsweeka w jedenastu rozdziałach opowiada o życiu inwigilowanych gwiazd kina PRL-u. Pod lupą znaleźli się m.in. Daniel Olbrychski, Jerzy Skolimowski, Andrzej Wajda i Elżbieta Czyżewska. Autor uzupełnia znane biografie artystów o niepublikowane dotąd archiwalne materiały IPN-u. Przeprowadza rozmowy, odsłania realia i śledzi losy, które często toczyły się inaczej, niż myśleliśmy.
– Spotykamy się w tym samym miejscu, w którym umówił się pan z Maciejem Damięckim. Aktor powiedział wtedy, że swoje już odcierpiał, z czasem odzyskał trochę spokoju. Piotr Fronczewski przyznał, że zaglądanie do teczek nie sprawi, że poczuje się on mądrzejszy, ładniejszy ani lepszy. Andrzeja Łapickiego też nie interesują te materiały. Pan nie podziela opinii, że nie powinno się „grzebać w teczkach”. Czego pan w nich szuka?

Słowo „grzebanie” jest dość pejoratywne, wolałbym mówić o korzystaniu ze źródeł historycznych, jakimi są materiały Służby Bezpieczeństwa. Z jednej strony bardzo interesuje mnie polskie kino sprzed 1989 roku, zwłaszcza filmy PRL-u, z drugiej – historia XX wieku, głównie powojenna. W książce te dwa tematy znajdują punkt wspólny. Jest to opowieść o ludziach filmu, ale opowiadana z perspektywy historii i ówczesnego systemu, który bardzo mocno potrafił ingerować w życie prywatne. Nie uchronili się przed tym znani reżyserzy i aktorzy.

– Z niektórych rozmów, które pan przeprowadził, wynika, że to, co zapisane w aktach, rzekomo nijak ma się do rzeczywistości. Każdy z rozdziałów książki nosi tytuł określonego filmu (mamy m.in. Przypadek, Wszystko na sprzedaż czy Człowieka z żelaza). Posłużę się tym samym chwytem i zapytam, używając tytułu filmu Atoma Egoyana Gdzie leży prawda?

– Do źródeł powinno się podchodzić krytycznie. Jeśli jednym z nich jest donos, to trzeba pamiętać, że osoba, która go pisała, mogła podkoloryzować pewne wydarzenia czy przedstawić kogoś w złym świetle, bo go nie lubiła albo chciała się wykazać wobec oficera prowadzącego. Jeśli funkcjonariusz SB spisywał ustne doniesienie – mógł zrobić to niedokładnie albo nagiąć słowa do postawionej przez siebie hipotezy. Stąd ryzyko, że nie wszystkie szczegóły w esbeckich dokumentach będą odpowiadać prawdzie. Tych różnych puzzli jest jednak bardzo dużo i zwykle układają się w pewną całość. Artyści, z którymi udało mi się spotkać, na ogół nie podważali historii, jaka wyłaniała się z lektury ich teczek, lecz tylko pewne szczegóły. Wyjątkiem był Maciej Damięcki, który twierdzi, że od pewnego momentu materiały SB na jego temat były fabrykowane. Problem wiarygodności źródeł pojawia się zawsze, ale to nie znaczy, że historyk czy dziennikarz nie powinien z nich czerpać. Na pewno wskazana jest ostrożność.

– We wstępie do książki (autorstwa Andrzeja Paczkowskiego) czytamy, że dziennikarze operują innymi kryteriami niż sądy i łatwiej im przychodzi uznanie kogoś za tajnego współpracownika SB – nie wydają wyroku, więc mają większe pole manewru i mogą opierać się na znacznie bardziej wątłych przesłankach dowodowych. Zgadza się pan z tym?

– Nie wydaje mi się, że cokolwiek zwalnia dziennikarza od odpowiedzialności za to, co pisze. Trzeba ważyć każde słowo. Nie uważam się za osobę, która ma prawo wydawać wyroki, dlatego nie potępiam filmowców, których materiały IPN-u stawiają w niekorzystnym świetle. Chcę tylko poszerzyć naszą wiedzę o tamtych czasach i tych konkretnych ludziach. Unikam dywagacji, czy zrobili dobrze czy źle, a jeśli źle – to co w związku z tym. Pozostawiam to refleksji czytelnika.

– W swojej autobiografii Thomas Bernhardt napisał, że oświecenie społeczeństw oznaczałoby ich unicestwienie…

– Nie podpisałbym się pod taką tezą. Nie uważam, żeby wiedza była czymś złym i żeby należało blokować dostęp do niej. Nawet jeśli bywa ona czasem bolesna dla niektórych osób. Nie zgadzam się z opiniami, że archiwa SB powinno się zamknąć albo spalić. Nie należy traktować ich jak Biblii, ale jest to jedno ze źródeł, które są w stanie poszerzyć naszą wiedzę o minionych czasach. Pamięć ludzka jest zawodna. Pewne osoby nie chcą pamiętać pewnych rzeczy albo o nich mówić. Dlatego im więcej źródeł, tym większa szansa, że stworzymy obraz, który będzie bliższy temu, jak rzeczywiście było.

– W większości przypadków uchyla się pan przed jakimkolwiek autorskim komentarzem. Dlaczego?

– Bardzo osobisty jest rozdział wstępny. Historie reżyserów, aktorów i operatorów filmowych staram się przedstawić możliwie jak najbardziej obiektywnie. Unikam jednoznacznych ocen i pouczającego tonu, zwłaszcza że sam w tych trudnych czasach żyłem tylko jako dziecko. Wiem jednak, jak duże kontrowersje budzi ten temat, i zdaję sobie sprawę, jak bardzo zróżnicowane będą opinie.

– W tym momencie pośród nich brakuje w ten sposób pana opinii.

– Myślę, że da się ją wyczytać między wierszami. Nie trzeba wszystkiego zawsze mówić wprost.

– Wspomina pan w książce, że nie upublicznił wszystkich materiałów. Dlaczego nie? Z jednej strony za wszelką cenę dąży pan do obiektywności, z drugiej selekcjonuje materiały.

– F.G.: Selekcja dotyczyła głównie wyboru osób, o których chciałem napisać w książce. Nie chciałem tworzyć encyklopedii z mnóstwem haseł. Wolałem przedstawić około dziesięciu historii, które wydały mi się ciekawe i ważne. Istotnym czynnikiem ograniczającym było to, czy w IPN-ie zachowały się dokumenty na temat danej osoby. Na przykład materiały dotyczące Krzysztofa Kieślowskiego były zbyt skąpe, by zbudować z nich rozdział książki. Tak samo było z Romanem Polańskim, o którym napisałem tylko krótki artykuł prasowy. Zwracałem też uwagę na to, czy na temat danej osoby pisano już w kontekście esbeckich teczek w mediach, a jeśli tak – czy mogę powiedzieć coś nowego. Dlatego zrezygnowałem m.in. z historii Krzysztofa Zanussiego, Marka Piwowskiego czy Bożeny Dykiel. Jeśli już zdecydowałem się o kimś pisać, nie cenzurowałem w żaden sposób materiałów o tej osobie. Choć oczywiście, kiedy widziałem, że teczka Andrzeja Wajdy liczy ponad tysiąc stron, siłą rzeczy musiałem dokonać jakiejś selekcji – zdecydować, co jest ważne, a co można pominąć.

– A.B.: Jak wygląda obecnie sytuacja z Andrzejem Wajdą? Reżyser nie zgodził się na rozdział o sobie w książce, a takowy istnieje. Pojawiła się jakaś reakcja z jego strony?

– F.G.: Trudno byłoby o nim nie wspominać, zwłaszcza że również w materiałach dotyczących innych ludzi filmu jego nazwisko pojawiało się dość regularnie. Andrzej Wajda spotkał się ze mną, ale później wycofał z udziału w książce. Nie wiem, co zaważyło na takiej jego decyzji. Po publikacji książki wydawnictwo na moją prośbę wysłało mu egzemplarz, ale nie dostałem od pana Wajdy żadnej odpowiedzi. Natomiast już później miałem okazję spotkać się kilkakrotnie z Andrzejem Sewerynem. Kontaktowałem się mailowo z Elinor Ford (byłą żoną Aleksandra Forda), rozmawiałem z Krystyną Morgenstern i Jerzym Skolimowskim.

– A.B.: Jakie były ich opinie?

– F.G.: Różne. Choć głos krytyczny był w zasadzie tylko jeden – ze strony Krystyny Morgenstern, która nie tyle miała zastrzeżenia na temat tego, co o niej napisałem, ile była zdania, że nie powinienem był ujawniać nazwisk osób, które donosiły na nią i jej męża. Większość opinii była jednak pozytywna. Najcieplej wyraziła się o książce pani Elinor Ford. Napisała mi, że była wzruszona.

– A.B.: Naturalnie pojawił się temat kobiet. Zrezygnował pan z rozdziału o Beacie Tyszkiewicz, nazywając jej sprawę „dość błahą, obyczajową historią.” Wśród inwigilowanych artystów pojawia się tylko Elżbieta Czyżewska i Krystyna Cierniak-Morgenstern. Kobiety były rzeczywiście pomijane przez tajne służby jako osoby niekompetentne, nieprzydatne czy są pominięte przez pana jako selekcjonera?

– F.G.: Myślę, że na drugim planie w książce jest wiele kobiet…

– A.B.: Wciąż jednak na drugim planie…

– F.G.: Jeśli spojrzymy na ówczesną kinematografię – na nazwiska osób najbardziej wpływowych – to tak się składa, że byli to w większości mężczyźni. Wyjątkiem była na przykład Agnieszka Holland, która już w latach siedemdziesiątych zaistniała jako reżyserka. Holland bardzo wyraźnie opowiadała się po stronie demokratycznej opozycji. Podobnie Halina Mikołajska – aktorka teatralna, która mocno angażowała się w działalność Komitetu Obrony Robotników.

– A.B.: Potraktujmy to jako żart, ale w donosie o pana ulubionym krytyku filmowym, Zygmuncie Kałużyńskim, czytamy, że kilkakrotnie wypowiadał się na ten [kobiet] temat, twierdząc, że człowiek na odpowiednim poziomie intelektualnym powinien nie uznawać kobiet.

– F.G.: To jest opinia Kałużyńskiego, zresztą powtórzona przez kogoś… Nawet jeśli nie zawsze wymieniam konkretne nazwiska, pojawiają się w mojej książce nie tylko kobiety inwigilowane, lecz również współpracujące ze Służbą Bezpieczeństwa. Na przykład niejaka „Rayska” – prawdopodobnie koleżanka Elżbiety Czyżewskiej z Teatru Dramatycznego. Pojawia się też Krystyna Stypułkowska, znana z filmu Wajdy „Niewinni czarodzieje”. Z materiałów, które zachowały się w IPN-ie, wynika, że spotykała się z funkcjonariuszami SB. Kiedy oficerowie próbowali dotrzeć do osoby, która ich interesowała, nie rezygnowali z możliwości zrobienia tego za pośrednictwem kobiety.

– A.B.: Na koniec wróćmy do początku. Rozdział Artyści pod specjalnym nadzorem kończy się cytatem z Człowieka z marmuru – Przecież to jest taki materiał, który może dać niespodziewane efekty. Znalazł pan taki materiał?

– F.G.: Odkryłem mnóstwo rzeczy nowych także dla mnie, a dotyczących przecież osób, które znałem dobrze z kinowego ekranu i publikacji w mediach. Mogłem spojrzeć na tych ludzi z nowej, innej strony. Czasem mój obraz się nieco zmienił, czasem tylko trochę poszerzył. Ale zdania o ich zawodowych dokonaniach nie zmieniłem.