Florence and the Machine: 12 harf i peleryna Gucci

http://florenceandthemachine.net/

A twój perfekcjonizm? Każdy twój koncert to oszałamiający, misternie przygotowany spektakl. Nie boisz się, że przy takim natłoku szczegółów, przy tak wysoko postawionej poprzeczce, coś może pójść nie tak?

Za każdym razem się boję. Że coś nie wypali, że czeka mnie chwila kompletnej logistycznej katastrofy. Na razie mam szczęście, wszystko działa, wszystkie te moje wymyślne układy i pokręcone pomysły. Ale mam świadomość, że to trochę tak, jakbym stała na krawędzi peronu metra. Czuję, ile jest w moich rękach i jak wiele mam do stracenia.

Jesteś wobec siebie krytyczna?

Bardzo. Pamiętam, co wyprawiałam, gdy oglądaliśmy zapis koncertu dla MTV w ramach słynnego cyklu „Unplugged” przy okazji akceptacji materiału. Najczęściej przysłaniałam twarz dłońmi i krzyczałam: „W porządku! Na pewno jest w porządku, co mogło pójść źle? Nie muszę tego oglądać, nie zmuszajcie mnie!”. Ze słuchaniem samej siebie też nie jest dobrze. Jestem szalenie krytyczna. Często myślę sobie: „Rany, no, tu brzmię jak idiotka”. Jestem nie do wytrzymania, czepiam się każdego nieczystego dźwięku. Ale tylko wobec siebie jestem tak surowa. Cieszą mnie sukcesy innych wokalistek, bardzo ciepło myślę o Adele. Pamiętam taki koncert w londyńskim Camden, ładnych kilka lat temu, występowałam ja, ona, Kate Nash, jeszcze kilka innych dziewczyn. I tam właśnie po raz pierwszy usłyszałam Adele. Gdy wróciłam do domu, napisałam nową piosenkę. Zainspirowaną przez tę dziewczynę. Byłam wtedy na etapie pisania numerów w stylu rozkrzyczanej „Kiss with a Fist”, a w tym nowym właśnie się nie wydzierałam, tylko normalnie śpiewałam. Adele jest wspaniałą dziewczyną, podoba mi się jej podejście do sławy, z wielką klasą przyjęła swój fenomenalny sukces. Nikt nas nie uczy, jak w tym wszystkim nie zwariować.

Jak tobie udaje się tego uniknąć?

Stosuję metodę radości. Gdy tylko pomyślę, ile jeszcze przede mną – choćby w tym roku – odkrywam w sobie kolejne pokłady ekscytacji. To uczucie pomaga przetrwać wszystko.

PS. W holu hotelu minęłam asystentki Florence. Rozmawiały: „Ona chce mieć kwiaty w garderobie”. „Ona potrzebuje godzinę na make-up”. „Może będzie chciała wybrać się na spacer”. „Ona” tymczasem pewnie kolejny raz dzwoniła do kogoś, kogo złapała dopiero, będąc w butiku Jo Malone, gdzie spotkałyśmy się przypadkowo po wywiadzie. Gdy dodzwoniła się, wybiegła ze sklepu. Ale wypowiedziała do telefonu dość słów, bym zorientowała się, że jeszcze pocierpi, żyjąc rozdarta między dwoma światami. Tego samego dnia na jej drugi koncert w Casino de Paris przychodzi ekipa domu mody Givenchy. Są zainteresowani współpracą.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/iWOyfLBYtuU” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link