fbpx

Gienek Loska po przejściach – wywiad

Gienek Loska po przejściach – wywiad
Rafał Masłow

Oto opowieść o chłopaku z Polesia, który odnalazł swoje miejsce w Warszawie. Gienek Loska zdradza Hani Halek, komu oddałby własną poduszkę i dlaczego go nadal ciągnie na ulicę.
GIENEK LOSKA: Pewnie przygotowałaś się do wywiadu i sięgnęłaś do zasobów najbardziej niepodważalnej Wikipedii, z których wynika, że jestem spawaczem z małej białoruskiej miejscowości…

Nie, ale w jednym z wywiadów przeczytałam, że twój dziadek wygrał babcię w pokera.

No, właśnie… Po pierwsze, to mój tata był spawaczem, a nie ja. I to nie moją babcię wygrano w karty, tylko babcię mojej byłej żony. Po drugie, trochę przeraża mnie Internet… Jestem kuloodporny, ale niereformowalny pod względem szczerości wobec ludzi – inaczej nie potrafię. I z tego wynikają wszystkie moje problemy… Teraz siedzę przed tobą i strasznie się spinam, żeby nie strzelić czegoś, co Internet mógłby potem użyć przeciwko mnie. Ale to chyba cena wpisana w pakiet, nazwijmy to, bycia popularnym, tak w każdym razie chciałbym to traktować.

Masz niskie poczucie własnej wartości?

Być może… Jestem bardzo podatny na sugestie, ale z drugiej strony na przykład lubię dominować w kapeli, bo to, że jestem wokalistą, nie oznacza, że nie jestem równocześnie instrumentem. Nie upieram się dla zasady, choć bywało, że byłem nieprzyjemny i roszczeniowy wobec znajomych. Jestem po prostu zmęczony i mało zdystansowany. Ostatnio wszystko tak się rozpędziło, że zapominam o podstawowej sprawie – o tym, by sięgnąć w głąb siebie, tak do samego dna, i zastanowić się, gdzie ja w tym wszystkim jestem. Ale i tak jest lepiej – przez ostatnie dwa lata od „X Factora” zdarzało mi się całkowicie tracić punkt odniesienia. Teraz jestem już twardszy, zrozumiałem, że najbardziej lubię być w małym gronie, gdzie można wyśpiewać wszystko, porozmawiać. To bardzo przyjemne – ciut więcej niż śpiewanie i ciut więcej niż słuchanie – rodzaj osobliwego kontaktu, którego nie da się przenieść na żaden nośnik.

A co zyskałeś dzięki temu, że wygrałeś „X Factor”?

To, o czym marzyłem. Powoli krystalizującą się przyszłość, miłość. Radość. Ogromne bezpieczeństwo. Parę dobrych osób po drodze. Z perspektywy czasu uważam, że Kuba Wojewódzki i Maja Sablewska to fajni ludzie, choć dziś się już nie spotykamy. Mam jedynie numer do Cześka Mozila i wiem, że to jest człowiek, który zawsze mi pomoże. Gdyby chciał u mnie przekimać, oddałbym mu własną poduszkę, a gdyby chciał, żebym zaśpiewał z nim parę kawałków, spytałbym jedynie: „kiedy próba?”. Gdyby nie on, to być może utonąłbym w tej całej biurokracji romantycznej. On mnie wyczuł, walczył o to, co mam zaśpiewać i radził nawet, jak się ubrać.

Po programie nazwano cię artystycznym meteorytem. Podoba ci się takie określenie? Czujesz się jak fragment kosmosu?

Wow! Może dlatego tak mnie nazwano, że meteoryty rozbijają się, robiąc dużo hałasu i szumu, a potem nie można ich odnaleźć? (śmiech)

Zdajesz sobie sprawę ze swojego talentu?

Nie wiem, nie chciałbym tego określać. Jestem człowiekiem, który cały czas chce więcej. Nagrałem teraz kolejną płytę, ale przecież mogę nagrać jeszcze dziesięć, prawda? Chciałbym posiąść gruntowną znajomość wszystkich stylów muzycznych. Chodzi o formę i treść podaną na tyle jasno, żeby ludzie chcieli tego słuchać i w to wierzyć. Widzisz, cały czas chcę więcej. Bardziej, głębiej…

Ścigasz się sam ze sobą?

Chyba tak. Może to chęć doskonalenia się? Może jakiś pęd? Na pewno chciałbym nagrać coś, nie wrzeszcząc, tylko pomrukując – tak sobie, zwyczajnie.

Ale nie jak Barry White?

Czemu nie?!

Bo to objedzony krewetkami leniwy kocur.

(śmiech) Ja mruczałbym raczej jak mieszanka Franka Sinatry i Johnny’ego Rottena z Sex Pistols. Chciałbym też gdzieś wyjechać, na przykład do Barcelony, pograć na ulicy i poznać gusta tamtejszych ludzi.

Tam nie byłbyś „tym” Gienkiem Loską.

Tak jest najfajniej. Najlepiej, jak nikt mnie nie poznaje. Wtedy stoisz sobie i grasz. Im dalej od „X Factora”, tym bardziej ludzie na ulicy wierzą mi, że nie jestem Gienkiem Loską. Parę razy z premedytacją twierdziłem, że jestem zupełnie kimś innym. Mówili, że to niemożliwe, bo jestem taki podobny. A ja uparcie, że ja to nie ja. Nie zawsze jednak mi się ten numer udaje.

Co cię nadal ciągnie na ulicę?

Stagnacja, bezczynność. Potrzeba nowych wrażeń. Ale przede wszystkim poczucie, że w życiu wiele czasu straciłem. Parę rzeczy mogło się inaczej potoczyć, ale wówczas miałem za mało siły, by wygrać, a może zbyt mało chęci, by walczyć… Przegapione szanse, nieumiejętność przejęcia inicjatywy – tak, mam to na sumieniu. Teraz przyszedł czas, by to nadrobić.

Chciałbym jeszcze sięgnąć do starych ludowych pieśni. Ciągnie mnie do korzeni. Pamiętam, że u nas w Biełoziersku na Polesiu kobiety śpiewały bez powodu, ot tak, bo im się akurat chciało. Moja babcia Walentyna znała niemiecki, ukraiński, poleski, białoruski i polski. Odmawiała zgłaz, czyli ściągała z ludzi i domów urok, co mnie – wtedy dzieciaka – w ogóle nie dziwiło. Wypędzała też w czasie Paschy zimę. Wstawała o świcie, robiła obrządek, zamiatała sień, wymiatała śmieci na zewnątrz i kładła się z powrotem spać. Gdy odwiedziłem babcię w 2000 roku, moja mama powiedziała jej, że przyjechał Giena z Polski, a ona spojrzała na mnie, choć nie wiem, czy mnie poznała, i zaśpiewała: „Jeszcze Polska nie zginęła, ale umrzeć musi. Jak cholera nas nie weźmie, bolszewik udusi”. Była unieruchomiona od 10 lat, po wylewie. A jednak zaśpiewała.

Czego jeszcze nauczyłeś się od rodziców i dziadków?

Umiejętności szybkiej adaptacji do nowej rzeczywistości. To chyba jeden ze skarbów mojego Polesia – gotowość na zmianę. Tam mieszkały wszelkie możliwe narodowości: Szwedzi, Francuzi, Rosjanie, Austriacy, Niemcy, Polacy, Litwini… Jedni wyjeżdżali, inni przyjeżdżali i zostawali na stałe.

Urodziłem się w Biełoziersku, miasteczku wybudowanym na potrzeby hydroelektrowni. Mój tato przybył tu z Drohiczyna Poleskiego, do pracy. Mama przyjechała ze wsi Lipniki, do szkoły. Miałem jeszcze starszego brata Pawła, zmarł niedawno. Był dla mnie zawsze wzorem. Trenował karate, podczas gdy ja byłem raczej nieśmiały i fizycznie nie dominowałem w klasie. Ale z braciakiem przychodziło nam bronić wspólnie własnego osiedla: on był w tym układzie „starszy łoś”. Gdy Paweł wyjechał uczyć się do Drohiczyna, ja – „młodszy łoś”– zostałem z jego niepozamykanymi sprawami i dostałem przez to parę razy w nos.

Pamiętam, gdy – wściekły – wyrwałem wreszcie największego na dyskotece, wyciągnąłem go z domu kultury i walnąłem nogą. Nie wiedział, o co chodzi, a ja myślałem tylko, że trzeba dołożyć właśnie jemu, bo był najsilniejszy. Akurat on nic do mnie nie miał, ale nie chcąc wyjść na frajera przed swoimi, dopadł mnie później z trójką kolegów. Skopali mnie, obili mi nerki. Pierwszy i ostatni raz. Potem wyjaśniliśmy sobie wszystkie nieporozumienia.

A gdy cię tak sprali, mogłeś pogadać o tym z rodzicami?

Najpierw było ukrywanie siniaków, ale potem, gdy zrobiło się już naprawdę groźnie, poprosiłem rodziców o pomoc, bo na nich zawsze mogłem polegać. Bywało, że tata się irytował, ale mama bardzo mnie wspierała. Wiedziała, że jestem wariatem, który potrafi w nocy wyjść przez okno, pojechać do dziewczyny do Brześcia i wrócić do domu po południu. Kryła mnie wtedy przed tatą, który myślał, że właśnie wracam ze szkoły.

Miałem dobry dom. Miał swój rytm, który lubiłem. Trzymaliśmy się razem. Gdy pomagaliśmy babci na wsi, zjeżdżała się cała rodzina, pożyczaliśmy konia i wóz, i jechaliśmy na przydzielone przez państwo działki, żeby zebrać słomę dla krówki, buraki, marchewki, ziemniaki. Jeden ze smaków, do których dziś tęsknię, to smak babki ziemniaczanej z tartą cebulką w środku, polanej skwarkami. Do tego kefir albo zsiadłe mleko. Raj. Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się teraz, że w dzieciństwie hodowałem kaktusy.

Pejotle?

Nie, pejotle widziałem tylko w encyklopedii. Nie wiedziałem wtedy, co to jest halucynacja.

A teraz wiesz?

Do tej pory mogę wymienić nazwy tych kaktusów po łacinie, ale… nie wiem, co to jest halucynacja. Kiedyś po prostu wziąłem od mojego kumpla Leona kilka odnóżek i rzuciłem je tak sobie pod aloes, który hodowała mama. Wyrosły szybko jak chwasty. Tym sposobem wkrótce miałem niemal 30 sztuk różnego rodzaju kolczastych kulek. Od fioletów do zieleni. A gdy parę razy zakwitły, byłem zachwycony. Może to idiotycznie teraz zabrzmi, ale gdy tak patrzyłem, jak to wszystko rosło, napawało mnie to wiosną. Rosłem i ja! Rok później byłem już innym człowiekiem, zaczęliśmy ćwiczyć z bratem w piwnicy, pojawiła się gitara i granie. Potem zostało już tylko granie, bo to się bardziej opłacało.

Taki małolat już myślał przyszłościowo? Trudno uwierzyć.

Wygodnicki jestem, poważnie. Myślałem wtedy trzeźwo: „co mi to granie da?”. A gdy kończyłem szkołę, wiedziałem już, dokąd dalej pójdę, brałem lekcje, byłem „zaawansowanym gitarzystą”. Zamierzałem, tak jak mój kumpel, grać po weselach, być muzykantem w domach kultury. Złożyłem dokumenty do szkoły w Grodnie, a że słoń mi na ucho nie nadepnął, dostałem się. Chciałem mieć taki fach, bo wiedziałem, że wtedy nie będę musiał harować tak jak mój tata. A potem – żądny sławy, rock’n’rolla i sukcesu – przekroczyłem z kolegą Bug i trafiłem do Kuźnicy Białostockiej. Później był Białystok, Kraków… Pierwsze granie na ulicy, fura kasy, żyć nie umierać.

Szukałeś wtedy jakiejś stałości?

A skąd! Mieszkałem, gdzie popadło. Dopiero pod koniec lat 90. zaczęło się to we mnie zmieniać. Miałem już dziewczynę, brakowało mi tylko M1 i cinquecento (śmiech). Powoli próbowałem się usamodzielniać. Potem jednak był wypadek, trepanacja czaszki. I bardzo długi rok niepewności, co będzie dalej ze śpiewaniem. Następnie druga operacja. Implant… To było i być może nadal jest balansowanie na granicy życia i śmierci. Nie, na pewno nie jest, nie chcę tak o tym myśleć…

Gdy doszedłem do siebie, znów zacząłem śpiewać, ale nie czułem się z tym najlepiej, bo ludzie traktowali mnie już jak człowieka po przejściach. A ja byłem tym samym Gienkiem, co przed wypadkiem. Myślę teraz, że być może przez te zmagania z tożsamością w moim życiu na trzy lata pojawił się alkohol. Świadome samozniszczenie. Miałem wtedy gdzieś wszystkich i wszystko. A potem? Znów wędrówka. Pojechałem do Wrocławia i musiałem stanąć przed wyzwaniem bycia ojcem. A teraz jestem tu, w Warszawie. Na Saskiej Kępie.

O co ty walczysz w życiu, Gienek?

Teraz już odróżniam sprawy, na które mam wpływ, od tych, które są ode mnie niezależne. Staram się angażować w rzeczy, w których mogę coś zdziałać. W życiu walczyłem wiele razy… Złamany nos, wieczna włóczęga, walka o życie i powrót do zawodu po wypadku, „X Factor”… Teraz chciałbym zawalczyć o dom, o to, żeby moja córka była szczęśliwa, żebyśmy mieli dobry kontakt.

Siłę daje mi na pewno Saska Kępa, na której mieszkam i gdzie znalazłem kawałek swojego starego Polesia, gdzie się urodziłem, gdzie dorosłem i zbudowałem na dobre swój światopogląd. Dużo jest we mnie tamtejszych zwyczajów, filozofii, stylu życia. Lubię sobie wziąć kubek kawy, wyjść przed dom i posiedzieć na ławce. Sąsiedzi wychodzą do pracy lub wracają z zakupów, rozmawiamy o tym, jaka będzie pogoda i jak komu dzień minął. Widzę tę naszą wspólnotę i się tym upajam. To są wciąż nostalgiczne smaki dzieciństwa, kiedy wszystko było proste, wiedziało się, kto i co za chwilę zrobi. Kiedy i co się wydarzy. Chciałbym w sobie odnaleźć tę pewność, ten spokój. A Saska Kępa mi w tym pomaga, bo jest małomiasteczkowa. To takie miasto w mieście, gdzie codziennie ten sam człowiek pyta mnie o papierosa, a ja codziennie go nim częstuję, bo to jest taki – jak go nazywam – „żul z klasą”. Bo oni też przecież dzielą się na grupy. Są tacy, którzy wiedzą, że idę rano po bułki. Pod sklepem stoi więc ten sam pan, ale o nic nie prosi, stoi niby nic. Już teraz ze stu metrów wyciągam w jego stronę papierosa. Są tacy, którzy najpierw chodzą dookoła i pytają, inni rzucają się na człowieka w mgnieniu oka. I ja rozumiem też taki świat.

Widzisz, w dużym, dorosłym Gienku wciąż jest jakaś część tego dziecka, która potrzebuje jakiegoś określenia się. W relacji z sobą i z innymi, od zewnątrz i od środka. Pytasz, o co walczę? Walczę o jakiś porządek i szukam domu, również w swojej własnej duszy. Cały czas.

Gienek Loska rocznik ’75, gitarzysta i wokalista. Lider zespołu Gienek Loska Band. Zwycięzca pierwszej polskiej edycji programu „X Factor”. Jego ostatnia płyta „Dom” ukazała się w kwietniu 2013 roku. Żonaty, ojciec 7-letniej Alesii.