Kayah: Nauczyłam się wybaczać

Kayah: nauczyłam się wybaczać
Fot. Piotr Porębski/Metaluna

Grzegorz Ciechowski nadal pozostaje dla ciebie punktem odniesienia?

Był fantastycznym artystą, miał szalone wizje, ale ja pamiętam głównie przyjaciela. Mam w pamięci sceny i stop-klatki. Siedzę w wynajmowanym mieszkanku na Jana Pawła II, właśnie udało mi się napisać piosenkę, dzwonię do Grzesia. Mówi: „Słuchaj, nie śpiewaj przez telefon, przyjedź”. Mieszkał na Puławskiej za wyścigami, wydawało mi się, że to bardzo daleko, a nigdy nie miałam pieniędzy na taksówkę. Mówił: „Nic się nie martw, zamów, ja zapłacę”. Potem nocna sesja muzyczna. Albo śpiewam mu nieśmiało piosenkę „Jak liść”. Grzesiek mówi: „Wykonasz ją na koncercie Republiki”. „Nie, Grzesiek, nie rób mi tego”. „Usiądziesz do fortepianu”. „Błagam cię, umrę ze wstydu”. No i zagrałam, i nie umarłam. Pamiętam bardziej od jego piosenek czy wywiadów fakt, że był dowcipny, szalony i serdeczny. Czesława Niemena też tak wspominam. W domu, zaplątanego w kable od licznych instrumentów, trochę malkontenta, bardzo wymagającego od siebie i innych, namawiającego mnie na wegetariańskie gołąbki. Pierwszy raz je jadłam. Dostałam od Czesława i jego żony Małgosi zabytkową łyżeczkę do cukiernicy. Codziennie nią wsypuję cukier do kawy. I co dzień o nich myślę. Cóż, muzyka jest ważna. Życie jest ważniejsze.

Dla ciebie muzyka nie jest celem samym w sobie?

Jest środkiem wyrazu. Czasem wydaje mi się, że artystycznie już chyba wszystko powiedziałam. Aż nagle, przechodząc obok fortepianu, kiedy się tego nie spodziewam, jakaś siła mnie przy nim sadza, zaczynam grać, zaskakiwać siebie. Dlatego nie poddaję się presji rynku. Nie zamierzam wydawać płyt co roku. Bardzo poważnie traktuję to, co robię, bo wierzę w prawdę. By coś napisać, muszę coś przeżyć. Potem muszę nabrać do tego dystansu, znaleźć właściwe słowa, by to nazwać. To wymaga czasu.

Na tegorocznym festiwalu Warszawa Singera zaśpiewałaś zupełnie nowy program, rozwibrowany, w wielu językach, sięgnęłaś również do muzyki Żydów sefardyjskich, przemierzałaś tymi utworami i świat, i historię, śpiewałaś na nowo utwory grane przed setkami lat. Czekam, aż wydasz ten program na płycie. Uciekasz od popu?

Współczesny pop mnie męczy, nie ma w nim kompozycji, melodii, piosenki budowane są na dwóch dźwiękach. Teksty są coraz rzadziej o czymś. Od lat w domu słucham jazzu, muzyki etnicznej i klasyki. Klasyka daje mi poczucie totalnej harmonii. Słucham Bacha i od razu siedzę inaczej, bardziej elegancko, ładniej jem, ładniej się wysławiam. Harmonia i krystaliczność tej muzyki jest natychmiast obecna w całym domu. A kiedy chcę pochuliganić, wybieram jazz z jego improwizacjami. Muzykę etniczną uwielbiam od dziecka. Najpierw fascynowała mnie muzyka afrykańska, później indyjska. Był taki czas w moim życiu, że królowała w nim tylko muzyka brazylijska, która zresztą zaraziła mnie miłością do Brazylii. Etno pozwala mi na iluzję podróży, którą mogę przeżyć, siedząc w domu, w kapciach. Muzyka powinna służyć wyższym celom, uniesieniom, refleksjom, ale może też koić. W czasie wczesnego macierzyństwa i półrocznej depresji poporodowej słuchałam tylko płyt Cesarii Evory, utrzymywały mnie przy życiu. Tak boleśnie śpiewała, że wydawało się, że mogę dzielić z nią swoje cierpienie. Powiedziałam jej to później, po jednym z jej koncertów w Warszawie, jeszcze zanim nagrałyśmy nasz duet.