Lubię być kobietą!

Lubię być kobietą!
Fot. Rafał Masłow

Małgorzata Ostrowska – Królikowska nie lubi być Matką Polką. Lubi za to swoją pracę, rodzinę, wiek. I Grażynkę z „Klanu”. – Wierzę w miłość i prawdę – mówi Mai Jaszewskiej. – Jestem pani zdaniem staromodna?
Czy zdarza się pani czytać komentarze internautów na swój temat?

Chętnie słucham cudzej opinii, jeśli wyrażona jest w dobrej wierze i imiennie. Natomiast fora internetowe często są miejscem pełnym najmroczniejszych instynktów. Wiele osób anonimowo, a więc bezkarnie, obrzuca obelgami kogo popadnie. Nie chcę tego czytać. Zaczynałam pracę aktorską dawno temu, w czasach, kiedy wizerunek medialny nie miał takiego kolosalnego znaczenia jak dzisiaj. Przychodziliśmy rano do teatru i do późnego wieczora pracowaliśmy nad spektaklem – i na tym polegało bycie aktorem, a nie na bywaniu na salonach. Mieliśmy to szczęście, że nikt za nami nie biegał, nie podglądał nas, nie robił zdjęć z ukrycia i nie publikował ich bez naszej zgody. Jestem przyzwyczajona do standardów znacznie odbiegających od dzisiejszych i dlatego, kiedy padam ofiarą machiny kreującej skandal i sensację, bardzo źle się z tym czuję. Nie dowierzam własnym oczom, kiedy czytam wywiad, którego nigdy nie udzieliłam.

Co pani sobie myśli w takich chwilach?

Mam żal do tych dziennikarzy, którzy dla poczytności swoich tekstów są w stanie pozbawić drugiego człowieka prawa do prywatności, i na dodatek wymyślają kłamliwe bzdury. Kiedy niecałe pięć lat temu urodziłam przedwcześnie najmłodszego syna Ksawerego i rozeszła się plotka, że jest bardzo chory, pod naszym domem dzień i noc czyhali paparazzi. Do dziś nie rozumiem, co takiego chcieli zobaczyć. Ale chyba nie muszę pani tłumaczyć, jak się czułam w okresie największego stresu, kiedy moje dziecko leżało w inkubatorze i walczyło o życie, a podpatrujący panowie tłumaczyli się wezwanemu patrolowi policji, że dostali zlecenie na Królikowskich…
Nie mówmy już dłużej o tym, szkoda czasu i energii na rozmowę o podglądactwie.

„Jak cię piszą, tak cię widzą” – to zdanie idealnie ilustruje dzisiejszą medialną rzeczywistość?

Spiralę pogoni za sensacją nakręcają mass media. Nie wiem, w czym tkwi przyczyna tego szaleństwa. Moim zdaniem coraz bardziej tracimy rozeznanie między tym, co wartościowe, a tym, co jedynie efekciarskie. Mass media, goniąc za tym, co wulgarne, agresywne czy obsceniczne, krzywdzą przede wszystkim młodych ludzi. Ten żer karmi najniższe instynkty. Nie twierdzę, że każdy przekaz ma być grzeczny i miły, czasami potrzeba brutalnego języka jako środka wyrazu. Film „Sens życia według Monty Pythona” daleki jest od języka parlamentarnego, ale w tym wypadku forma niesie za sobą nieprzeciętną treść. A my, w pogoni za kolejnym sensacyjnym newsem, gubimy sens i fundamentalne wartości.

Dla dzieci postmodernizmu nic nie jest jednoznaczne.

Błagam, niech pani przestanie! Jak ja mam dosyć tego wiecznego relatywizowania! Z każdej strony słyszę – nic nie jest czarne ani białe. Nie dajmy się zwariować! Jest dobro i zło, jest piękno i brzydota, jest podłość i godność, a granice między nimi są wyraźne. Odnoszę wrażenie, że coraz mniejszą wagę przywiązujemy do kultury słowa. Jestem wielką miłośniczką poezji. Moje pokolenie wychowało się na wszechobecnej poetyckiej frazie piosenek Osieckiej czy tych śpiewanych przez Ewę Demarczyk, Marka Grechutę, Czesława Niemena. Piękno tych tekstów kształtowało naszą wrażliwość. Pełen subtelnego humoru Kabaret Starszych Panów dowodził, jak niezwykłą materią jest słowo.

Kalina Jędrusik śpiewała: „dzielny bądź, celny bądź chociaż w słowach. Brak ci słów? Więc je złów u innego. Może u Staffa lub Słonimskiego”…

No właśnie! Za mało mamy dzisiaj kontaktu z poezją. Gdyby było go więcej, może mielibyśmy lepszy gust w doborze własnych słów. Ci, którzy przez całe życie niosą w sobie poetyckie frazy, inaczej traktują słowo. Piękno poezji impregnuje nas na tandetną rozrywkę i bylejakość przekazu.

Jakie ulubione strofy niesie pani w sobie?

Nie tylko w sobie, ale nawet przy sobie. Mam ze sobą kartkę z wierszem Czesława Miłosza „Moja wierna mowo”. Niech pani poczeka chwilę, zaraz ją znajdę… Proszę posłuchać: „Moja wierna mowo, służyłem tobie. Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami, żebyś miała i brzozę, i konika polnego, i gila zachowanych w mojej pamięci (…). Teraz przyznaję się do zwątpienia. Są chwile, kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie. Bo ty jesteś mową upodlonych, mową nierozumnych i nienawidzących siebie bardziej może niż innych narodów”. I tak dalej i tak dalej, a na koniec słowa bardzo dziś żywe: „moja wierna mowo, może to jednak ja muszę ciebie ratować”…
Cieszę się, że można się odwołać do takiej poezji. To pozwala nie zwariować w pędzie i natłoku tandety. Zresztą, co ja się będę rozwodziła nad wagą słów, skoro prawie dwa tysiące lat temu zostało powiedziane wystarczająco dosadnie, że słowem można stwarzać – „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Jestem chrześcijanką, dla mnie ta fraza jest kwintesencją sensu mowy.

Mało osób powołuje się dziś na tego typu autorytety…

Jestem pani zdaniem staromodna? Mówię coś niestosownego?

Odnoszę po prostu wrażenie, że dzisiaj w dobrym tonie jest chodzić na jogę, nosić czerwony sznurek na ręce, a nie powoływać się na Ewangelię świętego Jana.

A kto o tym decyduje? Masowe trendy? Nie wiem, co należy do dobrego tonu, jeśli chodzi o wizerunek medialny. I szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodzi. Jeśli wszyscy będziemy tacy przycięci do określonej formy, świat stanie się nudny. Czerpię z tradycji łacińsko-chrześcijańskiej Europy, bo to są moje korzenie. Jestem bardzo wdzięczna mojej babci, że wychowała mnie w kulcie wartości domu i rodziny. Jak prawie każdy, buntowałam się w młodości i szukałam swojej drogi, ale zawsze starałam się być wierna wpojonym mi w domu zasadom.

Które z nich mają dla pani największy sens?

Jakby to emocjonalnie nie zabrzmiało, są nimi prawda i miłość. Wierzę w miłość, bo ona jest stromą ścieżką do nieba i można nią wędrować tylko w prawdzie. Innej możliwości nie ma. Jestem dojrzałą kobietą i szkoda mi czasu na udawanie kogoś innego. Jestem żoną, mamą pięciorga dzieci. Na kogo niby mam się kreować? Na seksbombę? Szaloną, ekscentryczną artystkę? Mam świadomość swoich słabych i mocnych stron. Bardzo lubię swój wiek. Okres młodości, kiedy człowiek dociera się sam ze sobą, określa wobec innych, buduje światopogląd, jest bardzo trudny. Jak się już przejdzie przez ten czas burzy i naporu i zacznie mocno stąpać po ziemi, jak się już było w niebie i piekle, i wróciło stamtąd – wówczas zaczyna się etap spełnienia, a nawet szczęścia. Wtedy najgłębiej odczuwa się sens życia.

Czy my, kobiety, nie żyjemy pod większą niż mężczyźni presją społecznego wizerunku? Oczekuje się od nas, że powinnyśmy perfekcyjnie pełnić wszystkie role, a do tego być zawsze piękne i młodo wyglądać.

A kto by nie chciał wyglądać pięknie i młodo? Ja też lubię dbać o swój wygląd. Kiedyś miałam spory kompleks Grażynki, którą gram w „Klanie”. Przez media, które utożsamiły mnie z tą sympatyczną, ale dość szarą i zaniedbaną postacią, pogubiłam się w swoim kobiecym wizerunku. Szybko jednak się ogarnęłam, a Grażynkę naprawdę polubiłam i staram się jej bronić. Może nie jest ona fanatyczką dbania o wygląd, ale jest wartościowym człowiekiem. Myślę, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni poddawani są ogromnej presji oczekiwań społecznych. Bardzo lubię być kobietą i w pełni cieszyć się ze swojej kobiecości. Oczywiście, jako mama i żona, mam wiele kobiecych zobowiązań, ale bardzo je lubię.

Środowiska gender oburzyłyby się pani wypowiedzią…

Boże, pani znów z tą poprawnością! Nic na to nie poradzę, że lubię domowe obowiązki i nie utyskuję na zniewolenie nimi. Denerwuje mnie jednak, kiedy dziennikarze próbują ze mnie zrobić etatową ikonę Matki Polki. Ani ja ikona, ani Matka Polka. Jestem aktorką, bardzo lubię swój zawód, ale rodzina jest dla mnie najważniejsza. Zdarza się, że nie przyjmuję pewnych propozycji, bo chcę jak najwięcej czasu spędzać z dziećmi. Jestem szczęśliwa, że udało mi się odnaleźć swoje miejsce w aktorstwie, a jednocześnie mogę zajmować się rodziną. Nie da się o nią dbać, wpadając do domu na pół godziny między kolejnymi planami zdjęciowymi. Bardzo dużo dowiaduję się o świecie od moich dzieci. Dzięki nim jestem na bieżąco z nowymi trendami w kinie czy muzyce. Ja z kolei dzielę się z nimi tym, czym nasiąkłam w młodości. Bezcenna wymiana. Trzeba naprawdę dużo czasu, żeby pielęgnować codzienność. Jestem jej zagorzałą zwolenniczką i przywiązuję do niej dużą wagę. To z codziennych rozmów, wspólnych posiłków, drobnych gestów, z całej tej powtarzalności bierze się bliskość, a nie z najbardziej nawet spektakularnych, ale

pojedynczych chwil spędzonych z rodziną.

Oglądam czasem w katalogach zdjęcia perfekcyjnie urządzonych mieszkań, gdzie wszystko jest dopracowane w najmniejszym detalu, idealnie wysmakowane i tak doskonałe, że aż strach by było wejść do takiego domu. Z jednej strony ta perfekcja budzi zachwyt, ale z drugiej – przeraża. Widziała pani „Dziewczynę z tatuażem”? Tam morderca miał takie sterylne mieszkanie. Może to zbyt daleko idąca analogia, ale w obsesyjnym dążeniu do doskonałości widzę jakąś patologię. Dom to życie, a ono jest burzliwe. Poza tym dom to zapis rodzinnej historii i, chociaż gromadzone rzeczy nie zawsze pasują do siebie pod względem estetycznym, to jednak tworzą jedyną w swoim rodzaju wspaniałą i niepowtarzalną całość. Tymczasem w naszym kraju rodzina wielodzietna uważana jest za patologię…

Aż się boję zapytać o pani doświadczenia w tym względzie…

Kiedy jeszcze czytywałam opinie internautów na swój temat, nie mogłam uwierzyć, ile osób wyzywało mnie od dzieciorobów czy rodzących krów. Byłam w szoku, że niektórzy ludzie, nie znając mnie, nic o mnie nie wiedząc, potrafią mnie tak boleśnie i podle obrażać. Potem doszłam do wniosku, że trzeba mieć bardzo brzydki pejzaż wewnętrzny, żeby wyrażać słowa takiej bezinteresownej pogardy. Natomiast, jeśli chodzi o macierzyństwo, zacytuję słowa kardynała Wyszyńskiego: „Obywateli nie produkuje się w fabrykach, to w rodzinie, pod sercem matki, kryje się naród”.

Odnoszę wrażenie, że w tych krajach, gdzie rodzina otoczona jest opieką, a polityka rządu jej sprzyja, mentalność społeczeństw jest znacznie zdrowsza.

Zmieńmy jednak temat, bo przyznam, że wspomnienie tych pogardliwych opinii sprawia mi przykrość. Pomówmy o czymś ciekawszym i ważniejszym.

Była pani dwukrotnie w Afryce jako ambasadorka kampanii Pampers – Unicef „Jedna paczka = jedna ratująca życie szczepionka”.

Kampania ma na celu wyeliminowanie tężca noworodkowego w krajach rozwijających się. Byłam w Etiopii i Burkina Faso. To było niezwykłe doświadczenie, po którym czuję, że jestem innym człowiekiem. Z jednej strony nabrałam dystansu do rzeczy nieważnych, z drugiej – zaczęłam mocniej doceniać wszystko, co mam, i warunki, w jakich żyję.

Za pierwszym razem w Etiopii przeżyłam poważny kryzys. Odwiedziliśmy szpital, który swoją opieką obejmuje kilka milionów mieszkańców. Pracuje w nim zaledwie kilkunastu lekarzy! Wszędzie unosi się niewyobrażalny fetor, a warunki sanitarne urągają wszelkim zasadom higieny. Kobiety zazwyczaj rodzą w domach, na matach na podłodze, obok zwierząt i ich odchodów. Pępowinę przecinają pierwszym lepszym nożem czy kawałkiem blachy. Nic dziwnego, że tężec zbiera w takich warunkach śmiertelne żniwo. Ale można temu zapobiec, szczepiąc kobiety w ciąży, co automatycznie uodparnia ich nienarodzone dzieci. W Etiopii ludzie żyją w wielkiej biedzie, ale są bogaci w spontaniczność, radość życia, szacunek dla życia i respekt wobec starszych osób. Widziałam, jak mieszkańcy wioski chodzili po radę do chaty starej schorowanej kobiety.
Początkowo miałam wątpliwości, czy to moralne, że przyjeżdżam sobie z bezpiecznego, zasobnego kraju i podglądam ludzką biedę. Ale potem pomyślałam, że jeśli dzięki 11 milionom szczepionek, które udało się zgromadzić w tej kampanii, uda się uratować życie konkretnej grupie matek i ich dzieci, to nie ma co się w ogóle zastanawiać.

Afrykańscy mężczyźni często nie pozwalają swoim kobietom się szczepić, obawiając się, że będą one potem bezpłodne, więc kiedy mówiłam, że szczepiłam się i mam pięcioro dzieci, ludzie nabierali zaufania do tej akcji. Dla afrykańskich rodziców posiadanie dzieci jest źródłem szczęścia i sensem życia.

To nie jedyna akcja, której jest pani ambasadorką. Wspomaga pani działania hospicjum Alma Spei z Krakowa i fundację „Wcześniak”.

Jeśli znana twarz może się w jakikolwiek sposób przyczynić do wspomagania dobrej inicjatywy, to należy to wykorzystać. Jestem pełna podziwu i uznania dla młodych wolontariuszy pracujących w Alma Spei. Te dzieciaki są fantastyczne! Nie tylko zajmują się chorymi dziećmi, co pozwala ich rodzicom chociaż przez chwilę złapać oddech, ale również poświęcają swój czas rodzeństwu małych pacjentów, odrabiają z nimi lekcje, bawią się. To bardzo ważne, bo w rodzinach, w których jest ciężko chore dziecko, siłą rzeczy jest mniej czasu dla jego braci czy sióstr.

Fundacji „Wcześniak” sekunduję z całego serca, bo wiem, ile nerwów, strachu i niepokoju przeżywają rodzice wcześniaka, jakiego wysiłku i starania potrzeba, żeby ratować takie dziecko. Sama jestem bezgranicznie wdzięczna wspaniałym lekarzom, którzy walczyli o życie mojego najmłodszego syna.

Wie pani, ja w ogóle jestem zdania, że człowiek ze swojej natury jest bardziej dobry niż zły. Tylko trzeba mu pozwolić to okazać. Powiesiłam w swoim domu tekst „Dezyderaty”, tak pięknie śpiewanej kiedyś przez Piwnicę pod Baranami. Pamięta pani jej zakończenie? „W zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat. Jest to piękny świat”…

Małgorzata Ostrowska-Królikowska, aktorka telewizyjna i filmowa. Urodzona w 1964 roku w Opolu Lubelskim. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną we Wrocławiu. Grała m.in. w „Rozmowach kontrolowanych”, „Wirusie” czy „Mieście prywatnym”. Od 1997 roku w serialu „Klan” wciela się w rolę Grażynki Lubicz, która przyniosła jej największą popularność i sympatię widzów. Prywatnie żona aktora Pawła Królikowskiego. Mają pięcioro dzieci: Antoniego, Jana, Julię, Marcelinę i Ksawerego.