fbpx

Łukasz L.U.C. Rostkowski: Moralność w czasach oralności

Łukasz LUC Rostkowski
Fot. Łukasz Gawroński

Mówi o sobie „łapserdak, który nie potrafi gwoździa w ścianę wbić”. Tymczasem gwoździe wbija non stop, ale w stereotypy, konwenanse, rutynę, historię, kulturę. Multiczłowiek. Twórca Rymoliryktanda, Pospolitego Ruszenia, autorskich płyt, kilkudziesięciu projektów audiowizualnych, które sam nazywa czterema galaktykami sztuki: muzyką, grafiką, obrazem, słowem. Gdyby chcieć określić go jednym słowem, brzmiałoby ono „nienasycenie”.
Jest coś, czego nie potrafisz zrobić?

Nie potrafię rysować, umiem jedynie naszkicować dużego fiata od przodu. Nawet podpis mam tak straszny, że jestem chyba jedynym artystą, który dając autograf, traci fana. Ta konsternacja fanów po moim ułomnym fifraku jest zabawna. Myślę, że małpy lepiej szkicują. Źle gotuję. W zasadzie nic nie umiem poza wymyślaniem idiotyzmów i ogarnianiem ich, czyli logistyką i produkcją. Mam dużo pomysłów: to wszystko, co potrafię. Trochę rapować może, tekst napisać?…

Gwóźdź wbić?

O, nie! Ostatnio przybiłem kinkiet, ale to był wyjątek. Przełamałem się po ostatniej przygodzie wiercenia, która skończyła się łzami i rzucaniem wiertarką niemal, bo tynki pękły, przekleństwa poleciały z kawałkami odbryzgującej farby, wiertarka spłonęła… Później okazało się, że wierciłem w metalowym nadprożu konstrukcyjnym nad oknem wiertłem do drewna. Była to więc dla mnie smutna przygoda z udziałem furii i niemal całkowitą utratą poczucia wiary we własne męstwo. Ale w życiu bym nie pomyślał, że są różne wiertła – może jeszcze wprowadzą wiertło na zimę i na lato, wiertła dla szczęśliwych małżeństw i samotnych matek itd.

Czyli jesteś już wreszcie w swoim własnym domu?

Stworzyłem swój punkt odniesienia, swoją ładowarkę. To coś, czego nie nauczą cię w szkole, bo tam nikt nie mówi ci: „A teraz zrobimy test, jakim jesteś człowiekiem, dowiesz się, co będzie dla ciebie w życiu ważne i jak skonstruujesz swoją harmonię” – niestety, takich zajęć nie ma.

Wczoraj rozmawiałem z Tomkiem Kotem o tym, że w szkole brakuje też przedmiotów typu metafizyka, estetyka czy abstrakcja, a są tak potrzebne jak darmowe minuty między spółkami PKP, żeby się w końcu dogadali między sobą. Potrzeba takich zajęć, bo tyle chłodnego betonu wokół plus ohydne reklamy z grafiką jak stop-klatka z teledysku disco polo. W każdym razie idziesz w życie i nie wiesz na początku, co da ci szczęście, większość rzeczy robisz na czuja, po omacku… W moim przypadku okazało się, że gniazdo, baza, wyciszenie były kluczowe. Nie wiedziałem o tym wcześniej. Na razie znalazłem swój złoty środek pomiędzy centrum a wsią. Ale powoli dojrzewam do tego, żeby być rustykalnym wsiokiem w kapciach z barana i z własną marchewką w ogrodzie. W tym momencie życia stworzyliśmy swoją ostoję w mieście i tym żyję. Mam wrażenie trochę, jakbym nie chciał mieć nic więcej. Uczę się nie chcieć. Nie mam ciśnienia na posiadanie. Za dziecka mój ojciec jeździł dobrym samochodem, którym też mogłem się przejechać. To tworzy fajny dystans do tego, że materia to tak naprawdę wyłącznie obciążenie i dodatek. Stajemy się niewolnikami rzeczy, tego, że musimy je ubezpieczyć albo uważać, czy nam ich nie ukradną. Bo wciąż kradną zbóje.

Bez jakich urządzeń nie możesz żyć?

Bez majtek. Dziwnie się czuję bez majtek. Bardzo jestem związany z komputerem i telefonem. IPhone zmienił moje życie. Nie chodzi o telefony i SMS-y, chodzi o Internet i ciekawość świata – co chwilę chcę coś sprawdzić. No i kocham rower.

A najważniejsze miejsce w tym gnieździe dla ciebie to…

…miejsce przy kominku. Mógłbym chyba mieszkać w kawalerce 8 mkw., gdyby tylko był kominek. Patrząc w ogień, zawieszam się jak babcie na „Klanie”. Uwielbiam ten pierwotny instynkt.

Czyli skąd wyciągasz teraz bardziej sedno. Kiedy tworzysz – kreuje twoja głowa czy bodźce, które do ciebie docierają?

Nadal większość to jednak głowa i łokieć, w którym zaszyty odłamek pocisku z Wietnamu pomaga mi odbierać sygnały z kosmosu. Choć ostatnio pojawił się np. silny bodziec, z którym się zmierzę, bo dostałem zlecenie napisania pierwszej symfonii. To dla mnie wyzwanie; będę pisał na orkiestrę. To bardzo rozwojowe dla takiego człowieka jak ja, dla którego nuty to nadal kod kosmitów. Chciałbym się tych nut w końcu nauczyć, ale jestem takim łapserdakiem…

Z których dokonań jesteś najbardziej dumny, łapserdaku?

Cholera, nie wiem. Rodziny nie udało mi się założyć jeszcze. Jakiś zawieszony jestem. Na pewno największą dumę przynoszą mi projekty, które zmieniają mentalność ludzi, pomagają im w życiu i zmieniają rzeczywistość. Które są czymś więcej niż artystycznym manifestem i energią. Dają jakieś realne pozostałości, są takim Pospolitym Ruszeniem czy „39/89 – Zrozumieć Polskę”, które tylu ludziom otworzyło głowy, zdziwiło ich, dodało poczucia wartości. To jest chyba ten moment dumy: kiedy fani nie mówią ci tylko „zajebista muza”, lecz „twoja muzyka pomogła mi zaakceptować Polskę, znaleźć swoje powołanie czy przemóc życiowy impas lub załamanie”. Jestem takim egoistą, że jeśli mogę poprzez swoją sztukę komuś pomóc, to rosnę jak ceny SMS-ów w telefonii Rydzyka. Czasem, kiedy widzę coraz lepiej wyremontowane bloki, cieszę się z Pospolitego Ruszenia, ale ogólnie czuję, że to było trochę jak włożenie choinki Brise do przeżartego kałem wielkiego szamba. Ale działam dalej…

Nie dajesz sobie odpocząć, bo…

Wiesz co? Zrobiłem tak dużo różnych projektów, że poczułem, jak spada jakość. Już nie byłem zadowolony z niektórych. Postanowiłem więc, że zajmę się tylko kilkoma rzeczami i dobrze je przygotuję – przede wszystkim Rymoliryktandem, Pospolitym Ruszeniem i muzyką. Ostatnie trzy lata po Paszporcie [Polityki – przyp. red.] były jak ściganie bąbli w szklance coca-coli. Praca na cztery komputery naraz, miesiące, które znikały jak dobre tosty z szynką na studenckiej biesiadzie…

To dłuższy temat – zdegradowałem swój organizm jak PRL moralność i zaufanie. I na tegorocznym dwójkowym sylwestrze powiedziałem sobie basta. Udało mi się przeżyć piękne osiem miesięcy i nabrać siły. Zatem odpowiedź to: Nie umiem odpuszczać fajnych inicjatyw. Nie umiem nie wymyślać. Gdy ktoś do mnie zadzwoni i słyszę w jego głosie energię, natychmiast zapominam, co sobie postanowiłem. Tak właśnie było, gdy zatelefonował Janek Świerkowski z Instytutu B61 i powiedział: „Stary, robimy ten pociąg [Pociąg poza Czasem – przyp. red.], musisz mieć swój wagon”. No i wsiadłem do pociągu relacji Estonia – Portugalia, by reprezentować polską sztukę. Instytut B61 to grupa naukowców i artystów. Wspólnie łączymy naukę ze sztuką poprzez spektakle i performance. Chłopaki opowiadają, np. poprzez artystów, jak funkcjonuje układ pokarmowy albo ewolucja gwiazd. Zapraszają fajnych ludzi, wpada Ziut Gralak, Mariusz Lubomski, Michał Urbaniak albo Mazzoll na klarnecie obrazuje dźwięki odbytu, ha, ha, ha.

Ty jesteś w tym układzie jelitem?

Żołądkiem. Kiedyś bowiem z Leszkiem Możdżerem nagraliśmy taką piosenkę o wielkim żarciu jako metaforze hiperkonsumpcji. A z drugiej strony, prawda jest taka, że jestem tylko chodzącym żołądkiem, który wszystko trawi, ile bym nie zjadł, tak czy siak będę wyglądał jak dziecko wojny. I wciąż wołam jeść. A Pociąg poza Czasem z kolei to ogromne przedsięwzięcie z udziałem wielu artystów. Generalnie koncepcja była taka, że wieziemy pociągiem czas, a dokładniej przypowieść o czasie, którą opowiadamy z artystami z różnych krajów i z różnych dziedzin. To pociąg-laboratorium, do którego ludzie wchodzili i mogli wziąć udział w performance’ach naukowo-artystycznych. Projekt opowiadał o Europie dwóch różnych czasów. I tu pojawia się nawiązanie do Lema, do „Powrotu z gwiazd”, w którym bohater poleciał w kosmos, a gdy wrócił, wszyscy na Ziemi byli starsi. My, czyli Wschód, jesteśmy takimi państwami, które poleciały w kosmos totalitaryzmów i wracają zacofane do Europy Zachodniej. Ci wszyscy Polacy w Londynie, w klapkach, skarpetkach i flanelach, to przecież właśnie tacy kosmonauci. Ja w swoim wagonie pobierałem czas z ludzi i łączyłem go w celu prokreacji. Następowała tak zwana kopulacja, taki burdel czasowy, w którym czasy się chędożą i rodzą. Cały ten projekt miał okropnie pod górę. Nie udał się tak, jak planowaliśmy, ale jak na pierwszą edycję to i tak było niesamowite przedsięwzięcie. Zagraliśmy kilkadziesiąt spektakli w prawie 20 miastach Europy. Kluczem było rozmyślać na temat zjawiska, które umiemy mierzyć, ale tak naprawdę wcale go nie rozumiemy. Mamy jedną miarę czasu. A w rzeczywistości każde ciało ma inny czas.

Tymczasem pojawiłeś się w telewizji śniadaniowej i gotowałeś, jaka to wartość?

Zjedzenia za darmo french casserole, w skład którego wchodzą bardzo drogie orzechy, ha, ha ha. To chyba zagmatwany efekt chęci dotrzymania słowa, dana komuś obietnica, z której tworzą się czasem zupełnie inne historie. Nadal jednak staram się to filtrować i gdyby kazano mi zaśpiewać piosenkę Mandaryny, to, nie martw się, na pewno bym tego nie zrobił. Gotować kompletnie nie potrafię i to była mocna polewka dla mnie. Ale dałem komuś słowo i w sumie ktoś inny miał gotować, a ja tylko opowiedzieć moją przypowiastkę o artyście i kucharzu. Oczywiście, tak jak na koncertach prawie zawsze okazuje się, że nie ma stołu, na którym mam grać, tak w TV okazało się, że nie ma kucharza. Więc ratowałem sytuację. Chodziło o to, by opowiedzieć, że kucharz i producent/muzyk to podobne zawody, gdzie obydwaj muszą kupić produkty, przyprawy (u muzyka efekty), narzędzia i obydwaj mają mikser. A wszystko robią po to, żeby dać ludziom piękną kompozycję. Jest tylko jedna różnica między nimi: produktu kucharza nie da się ściągnąć przez Internet. I ta dziwna różnica powoduje ciekawe zjawisko w kulturze, o którym można by bez końca w radio. Nie jestem typem, który ucinałby ręce za nielegalne ściąganie przez Internet. Uważam, że to dobrze, gdy muzyka się rozchodzi i żyje. Myślę, że nigdy nie dotarłbym do ludzi, do których dotarłem, gdyby nie Internet, ale… Ach, mówi się, że kiedy pojawia się „ale”, to wszystko przed nim nie ma znaczenia. Też tak myślisz? Może powiem „więc”? Ciężko jest utrzymać się z muzyki, musimy więc robić dużo dziwnych rzeczy, niektórzy nawet grają na otwarciu Biedronki.

Ludzie po prostu nie kupują muzyki i wszystko bardzo się zmieniło. Myślę, że temat własności intelektualnej Internetu jest totalnie położony, m.in. przez wygodnickie wytwórnie, które nie pofatygowały się, żeby znaleźć jakiś patent, wprowadziły muzykę do sieci za jakieś horrendalne pieniądze. Próbuje się to załatwić jakimiś ACTA czy innymi sposobami – a teraz zabronić ściągać, to tak jakby 28-latkowi (mniej więcej tyle lat ma Internet) zakazać wychodzić na piwo; to absurd.

A jak ty byś zbudował system dystrybucji muzyki i filmów?

Wydaje mi się, że gdy powstawał Internet, w tych pierwszych chwilach, kiedy był tak dziki, wszyscy powinni wykazać jakąś większą czujność i zmobilizować się do wielkiej burzy, debaty, do znalezienia sposobu. Przecież dopiero Jobs po 20 latach wprowadził iTunesa. Teraz dochodzi do tego, że wytwórnie znikają, że powstaje bezpośrednia linia odbiorca – nadawca, i myślę, że to jest przyszłość. Jak to wszystko rozegrać? Nie mam odpowiedzi, przyznaję się. Nie zamierzam filozofować, ale chciałbym kreować dyskusję. Bo gdzieś coś w pewnym momencie zaprzepaściliśmy. Nie mam jakiegoś wielkiego ciśnienia na kasę. Kiedy wybierałem swoją drogę, rynek już był w dołku i wiedziałem, że willi z basenami z tego nie wybuduję. Żal mi bardziej tego, że nowe pokolenia już nigdy nie poczują tego, co czuliśmy, zbierając kilka tygodni na kasetę.

Na którą kasetę czekałeś najbardziej?

Kupiłem kasetę Michaela Jacksona jeszcze jako dzieciak na podwórku i wiesz co? Zamieniłem się później na C.C. Catch! Fatalny deal. Byłem zdołowany i wiesz, ile musiałem później wymieniać kaset, żeby odzyskać tego Michaela? To była jazda. Kombinowanie, wciskanie C.C. Catch mniej wyrafinowanemu, że to superkaseta… A potem wreszcie jakaś Madonna po drodze i już masz kolejną cegiełkę do odbudowania straconej wartości. Całe wakacje kombinowałem. Michael wrócił. A dziś? Moja płyta jest na iTunesie dostępna dla każdego, ale uważam, że jest za droga. 40 zł to skandal. Opierniczyłem ich za to, ale jeśli sprzedaję prawa autorskie, nie mam na to wpływu. Generalnie i tak chodzi o tę decyzję w środku nas. Piekarzowi nie zabierzemy jego ciasta, bo nie wypada, bo chcemy mu dać coś w zamian. Ale to zatraca się, niestety, w stosunku do muzyków, nie wiem czemu.

A ty sam jakim jesteś internautą?

Też miałem swój okres zachwytu piractwem. Ściągałem trochę z Napstera i byłem w szoku: „Jezu, jaki czad, mam tyle muzyki za free, z całego świata, mam, co chcę!”. Dziś kupuję płyty oryginalne, ale jestem potwornie zagubiony w tym wszystkim. Czuję czasem, że to jakiś bezsens, patrząc, jak walają mi się po podłodze w samochodzie CD-eki, a w iPhonie mam 200 pięknych płyt. Czuję się zagubiony, Hania. Nie potrafię tego ocenić, wartościować. Rozwijam się, bo słyszę coraz więcej. Ale czy to jest lepsze od tamtych emocji, pokory, radości? Tego już nie cofniemy, jedyne, co możemy, to uczyć ludzi, by kupowali muzykę od artystów na ich stronach. Jeśli nie oni, to tylko mecenat państwa, które – trzeba przyznać – stara się, albo mecenat prywatny, który jest w Polsce na poziomie kanalizacji… Firmowy stempel na ryj i na billboard…

Tu pojawia się słowo „szacunek”…

Tak. Moralność w czasach oralności… Te przykazania, które w sobie mamy, są dla mnie pewną wartością, no, może nie wszystkie, ale nie kradnij, nie rób drugiemu, co tobie niemiłe… To taki klucz, nie musiałoby być Kościoła, tak jak chciał Kononowicz, nie musiałoby być niczego, gdyby ludzie potrafili się trzymać moralności. Jeśli ktoś ją w sobie ma, to w sposób naturalny chce nagrodzić kogoś, od kogo dostał fajną muzę i zajebiste emocje. Ale nie wszyscy tak mają i to nie jest tylko kwestia szatana, który jest w nas, ale też wychowania albo biedy. Są tacy, których naprawdę nie stać na płytę. Cieszę się, że dzięki Internetowi ci ludzie mają dostęp do mojego przekazu. Zresztą ja nie 50 Cent – nie muszę mieć złotej szczęki i nakładek Swarovskiego na pedały w aucie.

Jak to tak? Nie zrobisz sobie nawet jednego złotego zęba?

Wiesz co, mam dziurę, ale wstawię chyba najtańszy implant. Od dwóch lat jednak ciągle jest coś innego do zrobienia.

I tak będzie. Ty przecież nie masz tak zwanych międzyczasów.

Pierwszy raz od dziesięciu lat miałem ostatnio wakacje. Przez trzy miesiące prawie nic nie robiłem, ale umysł i tak nie dawał mi spokoju. Wykreowałem w głowie 30 performance’ów, dwa scenariusze programu telewizyjnego, trzy koncepty na płytę, pięć kawałków, ale mogę powiedzieć, że prawie nic nie robiłem, bo to było w tzw. wolnych chwilach. Spuściłem z zawodowego tonu, a to trudne, bo wtedy czujesz się trochę z boku, trochę niepotrzebny, nagle nie ma zamieszania wokół ciebie i tego, co robisz, nie karmisz swego ego… Masz wrażenie, że już po tobie i już nic nie wymyślisz. Dużo za to zrobiłem dla siebie, kupiłem rower, jeździłem nim po górach, po Wrocku. Siniaki, obita miednica, przygody… Pojechałem też do swojego rodzinnego miasta, poszedłem w miejsce, gdzie jako pięciolatek chodziłem z tatą na spacery. Tam, gdzie jeździłem rowerem jako szkrab, spotkałem ludzi z liceum z tamtych czasów, poszedłem do mojej szkoły, do pani Basi z sekretariatu, przytuliłem ją, posiedziałem na stołówce, w świecie, który mnie ulepił. Zacząłem się zastanawiać: „Boże, co było na początku, dokąd zmierzam?”. Kocham tam wracać. Do łez.

To jest takie filmowe, że są rzeczy, które się nie zmieniają, możesz coś zasejwować w życiu, to mnie koi. Chciałbym móc tam wracać, mając 80 lat, i spotykać tych ludzi… Mam dużą potrzebę takiej płaszczyzny, takiego punktu odniesienia. Inaczej można łatwo zgubić wartości i to, kim chce się być, dokąd się idzie.

Czyli ty już wiesz, dokąd idziesz?

Miałem ostatnio takie przemyślenia od czasu naszej ostatniej rozmowy: konsekwentnie idę tam, dokąd niesie mnie serce i intuicja. Badam każdy ruch, który wykonuję, przez pryzmat wewnętrznej zgodności z ideałami, które są mi bliskie. Wiem, jak iść. Ale dokąd ja właściwie idę? Chyba do baśniowych enklaw ukrytych wśród zimnych, śliskich śledzi codzienności.

Łukasz L.U.C. Rostkowski kompozytor, autor tekstów, wokalista, performer, magister prawa oraz reżyser. Zdobył wiele nagród (m.in. Paszport Polityki, Yach, Mateusze Trójki, Gwarancje TVP Kultury, Fryderyki). Założył Kanał Audytywny. Nagrał dziesięć albumów. W 2011 r. wydał „Kosmostumostów”, opowieść poprzez m.in.: komiks, muzykę, murale miejskie.

?>