fbpx

Magdalena Różdżka: Nie muszę być prymuską

Magdalena Różdżka: Nie muszę być prymuską
fot. Piotr Porębski/Metaluna

Rozmawiałyśmy pięć lat temu, tuż po jej aktorskim starcie, a przed urodzeniem córki. I choć zawodowa dobra passa trwa nadal – właśnie skończyła zdjęcia do piątej serii „Czasu honoru” i pierwszej nowego serialu „Lekarze” – to już nie ta sama Magdalena Różczka. Mniej pryncypialna, bardziej wyluzowana, otwarta na zmiany. Przyznaje, że po raz pierwszy w życiu nie chce być idealna.
Wróciłaś wczoraj z Gruzji, gdzie byłaś z misją UNICEF-u. Takie wyjazdy stawiają do pionu?

Stawiają i to bardzo. Są jak kubeł zimnej wody. Po przyjrzeniu się, jak ludzie żyją na świecie, kompletnie inaczej patrzy się na swoje życie. Zawsze staram się szukać pozytywnych stron wszystkiego, co mnie spotyka, a po tym wyjeździe jeszcze bardziej. Odwiedziliśmy między innymi szkołę integracyjną z klasą dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo. Pierwszą i jedyną w Gruzji! Tam takie dzieci skazane są na niebyt – albo oddaje się je do domu dziecka albo wegetują w rodzinie. Klasa licząca 14 osób też przestanie istnieć, jeżeli nie dostanie dotacji, chociażby od nas. Dzieci dały tak przepiękny koncert, że ciarki przechodziły nam po plecach. To jeden z momentów w życiu, którego nigdy nie zapomnę. W koncercie brał udział ośmioletni chłopczyk. Kiedy przyszedł do klasy, nie mówił, a w tej chwili mówi, śpiewa, nie sprawia wrażenia chorego. A wszystko dzięki tej szkole. Wiele dzieciaków takiego szczęścia nie ma.

Odwiedzaliście głęboką prowincję?

Nie, skądże, Tbilisi i okolice. W Tbilisi na pierwszy rzut oka na ulicach widać zachodnią cywilizację: dobre samochody, luksusowe hotele, piękną starówkę. To nie Afryka. A jednak wystarczy pojechać kilka kilometrów dalej i jest inna rzeczywistość, na przykład obozy dla uchodźców. Odwiedziliśmy jeden z nich, pozostający pod opieką UNICEF-u. Do niedawna stały tu namioty, teraz są wyremontowane chatki, oczywiście, bez bieżącej wody, z drutami wystającymi ze ścian, ale za to z przeszkoloną przez UNICEF kadrą, która zajmuje się dziećmi. Chodzi nam o to, żeby nie traktować takich miejsc, w których przebywają małe dzieci, jak przechowalni, tylko robić wszystko, żeby te dzieciaki w miarę normalnie żyły i uczyły się, bo do piątego roku życia mózg najbardziej się rozwija.

Jak można przyłączyć się do pomocy?

Na przykład poprzez akcję „Reszta w Twoich rękach”. Przy robieniu zakupów każdy może poprosić o resztę w dobrych dukatach (wszystko na stronie www.dobrydukat.pl). Jeden dobry dukat to 5 złotych, czyli mało. Ale i dużo, jeśli przekłada się na realną pomoc w tamtych warunkach: na dojazd dziecka do szkoły i z powrotem, na ciepły posiłek.

To niejedyna akcja, w którą się angażujesz, wspierałaś także mocno kampanię „Kocham – nie biję”. Dlaczego właśnie tę?

Wydawałoby się, że już wszyscy rodzice wiedzą, że przemoc rodzi przemoc. A to nieprawda. Mnóstwo rodziców uważa, że klepnąć dziecko po pupie to nic strasznego, a można w ten sposób pokazać władzę. Zdarzają się przypadki, że ojciec w szpitalu, przy pobitym przez siebie dziecku, mówi, że on był też bity i wyrósł na dobrego człowieka. Zgodziłam się na udział w tej kampanii bez namysłu. Jedyny problem, jaki miałam, polegał na tym, że wymagano zdjęcia ze swoim dzieckiem, a ja mam zasadę, że publicznie nie pokazuję się z córką. Ale pomyślałam, że to naprawdę szczytny cel.

Nie masz dylematów: poświęcić czas Wandzi czy akcjom?

Oczywiście, że mam. Ale jak tak sobie policzę, ile czasu spędzam z córką, to wychodzi mi, że przez cztery lata jej życia byłam z nią więcej niż statystyczna mama, która wychodzi codziennie na 9 do pracy, stoi w korkach i wraca o 18 czy 19. Kiedy zaproponowano mi, abym została twarzą UNICEF-u, pomyślałam: „Może rzeczywiście mnie bardziej widać i słychać? A jeżeli tak, to powinnam mówić głośno, że dzieciom dzieje się krzywda”. Czuję, że to mój obowiązek, naprawdę. Kiedyś marzyłam, żeby mieć swoją fundację działającą na rzecz dzieci. Na razie nie jest to jednak możliwe, bo musiałabym się temu zadaniu całkowicie poświęcić. A poza tym spotkałam tyle fantastycznych osób, które znakomicie to robią, poświęcając całe swoje życie, że postanowiłam dmuchać w ich żagle. Jestem dla nich pełna podziwu. Na przykład dla Małgorzaty i Tomka Osuchów z Fundacji Spełnionych Marzeń. Akurat urodziła się Wanda, hormony szalały, gdy Tomek pierwszy raz do mnie zadzwonił, żeby mnie zaprosić do szpitala onkologicznego. W sekundę się popłakałam. Potem zobaczyłam stronę internetową fundacji i znowu ryczałam jak bóbr. Zadzwoniłam do Tomka i mówię: „Przepraszam, nie dam rady, nie potrzebujesz na oddziale rozhisteryzowanej dziewczyny”. Ale on był wytrwały. Poszłam raz i cały czas wracam, w przyszłym tygodniu jedziemy do szpitala do Kielc.

Widzę, że tobie też daje to wielką siłę.

Bo im więcej dajesz, tym więcej dostajesz. Aż strach coś przegapić. To właśnie na onkologii zobaczyłam największe szczęście w oczach dziecka. Uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna mówi, że ma nogi! Zastanawiam się, o co chodzi.Okazuje się, że poprzedniego dnia miała operację, przed którą uprzedzano ją, że może trzeba będzie amputować nogi. Na szczęście nie było to konieczne. To są momenty, które pokazują człowiekowi, co tak naprawdę jest ważne. Spotykam w szpitalach wielu wspaniałych młodych wolontariuszy, którzy pomagają chorym dzieciom, co mnie niezmiennie wzrusza. Są na tym świecie dobrzy ludzie… Jak na przykład ksiądz Filip z Lubelskiego Hospicjum im. Małego Księcia. Albo Dorota Polańska, dyrektorka Interwencyjnej Placówki Opiekuńczej w Otwocku, gdzie trafiają noworodki zostawione przez matki w szpitalach. Od rana do wieczora zajmuje się tym domem, a ma trzech synów i męża. Pojechałam tam po raz pierwszy oddać łóżeczko Wandy i zobaczyłam otwarte ramiona, wielką wdzięczność. A potrzebne jest tam wszystko: ręce do pracy, mleko, pieluchy, odżywki, ubranka, wózki, łóżeczka. To naprawdę niezwykłe miejsce. Zdarzyło się, że kobieta chce oddać siódme dziecko, bo sama wychowuje całą gromadkę. I wtedy fundacja robi wszystko, by jej pomóc, żeby jednak dziecka nie oddawała.

Gdy zostaje się mamą, to się więcej widzi, słyszy, rozumie?

Zdecydowanie tak. Wcześniej wyobrażałam sobie, jak to jest być mamą, ale te wyobrażenia mają się nijak do rzeczywistości. Jak się pojawia dziecko, staje się ono absolutnym centrum świata.

Pięć lat temu powiedziałaś mi w wywiadzie, że chciałabyś być taką mamą jak twoja – bezwarunkowo kochającą, akceptującą dziecko takim, jakie jest, wspierającą je w wyborach, ufającą.

Mam nadzieję, że taka jestem. Różnię się chyba tylko tym, że za bardzo daję sobie wchodzić na głowę. Moja mama jest mądra i naprawdę nie wiem, skąd tę mądrość czerpie. Mam do niej szacunek, nigdy nie nadużywałam jej zaufania. Moja Wanda już kombinuje, co jej wolno, a czego nie. Czytam więc podręczniki, kiedy zabronić, kiedy pozwolić i takie tam… Bardzo dużo mi to daje. Gdybym przeczytała je, nie mając dziecka w tym wieku, to bym sobie pomyślała: „Boże, jakie to oczywiste!”. Ale z drugiej strony popełniam wszystkie te błędy, o których mowa w książce. Okazuje się, że bardzo ważna jest jasność komunikatów.

Sposób, w jaki mówimy do dorosłych, niekoniecznie sprawdza się w przypadku dziecka. Na przykład czteroletnie dziecko gra na komputerze, a mama mówi: „Wolałabym, żebyś nie bawił się komputerem”. Dziecko myśli: „Mama wolałaby, ale ja wolę grać, no to gram dalej”. Mama wyciąga drugą armatę: „Jak tata przyjdzie, to będzie niezadowolony”. Dziecko: „No to trudno”, i gra dalej. Albo: „Może byś przestała”. Albo: „Bo popsujesz”. A wystarczy powiedzieć jasno: „Natychmiast zamknij komputer”. I dziecko natychmiast zamyka! Przetestowałam podobny komunikat. Powiedziałam: „Wanda, natychmiast siadamy do śniadania”. I ona się zerwała, i usiadła do stołu. Ale to, oczywiście, nie jest jedyna metoda, w dodatku nie zawsze działa.

Wiesz już to, czego wcześniej nie wiedziałaś?

O nie. Teraz jestem na takim etapie życia, że wiem, że nic nie wiem, na każdy temat. Jakiś czas temu bym się wymądrzała w sprawach wychowania, żywienia. Kiedyś wydawało mi się, że jestem czegoś pewna i w dodatku mówiłam to na głos, publicznie.

Na przykład, że wegetarianizm to jest to.

Teraz nie chcę być w niczym ortodoksyjna. Wanda zjadła rosół, który bardzo jej smakował. I pomyślałam, że chyba to nie koniec świata. Troszkę sobie odpuszczam. Wanda przez trzy lata w ogóle nie jadła słodyczy. Ale teraz chodzi do przedszkola i już wie, że istnieją lizaki. Jak mam jej wytłumaczyć, że ciastko udające ciastko jest lepsze niż tort? Ostatnio wolę ostrożnie się wypowiadać, zwłaszcza na temat dzieci. Mam wiele pytań, a mało odpowiedzi. Niby wiadomo, że dzieciństwo na nas wpływa, ale… Wśród moich rówieśników są i ci z biednych, i z bogatych domów, jedni mają pełną rodzinę, inni niepełną, jednym w życiu było łatwo, innym trudno. I okazuje się, że wszyscy mają problemy.

Może dlatego, że chcemy być idealni, zamiast zostać wystarczająco dobrymi rodzicami, jak pisał jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku Bruno Bettelheim?

Cudowne określenie. Ale ja, jak już coś robiłam, to chciałam zrobić to najlepiej. Okropne podejście, wiem.

Zastanawiałaś się, skąd się wzięło?

Nie wiem. Nikt mi niczego nie zakazywał, nie nakazywał, a mimo to nigdy nie byłam na wagarach, choć jak dzisiaj myślę o szkole, to boli mnie żołądek. Zawsze miałam najlepsze oceny, choć nikt ode mnie tego nie wymagał. Nie wiem, skąd to się wzięło. W ogóle dzisiaj więcej nie wiem, niż wiem. Jestem otwarta na wiedzę, pozwalam sobie na potknięcia, pierwszy raz w życiu nie chcę być prymuską. Czuję, że z takim podejściem będzie mi łatwiej żyć. Ono przekłada się też na pracę. Do tej pory strasznie się napinałam, chciałam, żeby wszystko dobrze wyszło, a wtedy na ogół wychodziło gorzej. Trzeba sobie dać prawo do błędów.

Sama do tego doszłaś, czy to efekt jakiejś terapii?

Rok temu przez przypadek trafiłam na warsztaty Bernarda Hillera, nauczyciela aktorstwa. Okazały się zbiorową psychoterapią. Nigdy wcześniej nie byłam na żadnej psychoterapii, bo myślałam, że wszystko wiem. Aż tu nagle zobaczyłam 30 pięknych, zdolnych, zdrowych osób płaczących przez kilkanaście godzin. Jedna z wielu zasad, jaką wyznaje ten nauczyciel, brzmi banalnie: Jeżeli siebie nie lubisz, to nie możesz sprawić, żeby ktoś cię polubił. I, oczywiście, po pierwszym dniu warsztatów czułam, że taką pracę nad sobą muszę wykonać dla siebie i dla mojego dziecka. Bo szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Potem byłam na kilku innych warsztatach i czuję, że nadal jest mi to potrzebne. Stwierdziłam, że od kilku lat tak naprawdę nie robiłam nic dla siebie. Z jednej strony próbowałam odgadywać, czym sprawię komuś przyjemność, z drugiej – jestem w wirze obowiązków, a w dodatku, gdy rodzi się dziecko, to się znika z tego świata. Zaczynam wreszcie słuchać siebie i być dla siebie pobłażliwą. Już nie chcę być idealna.

Kończysz zdjęcia do piątej serii „Czasu honoru”, we wrześniu zaczyna się w TVN emisja nowego serialu z twoim udziałem.

Serial, o którym mówisz, nazywa się „Lekarze”, a ja gram panią chirurg. Mieliśmy trzy miesiące na przygotowania – uczestniczyłam w prawdziwych operacjach, chodziłam na odprawy, zwracano się do mnie „pani doktor Alicjo”. Jak na początku wyszedł po mnie lekarz w zakrwawionych rękawicach, myślałam, że zemdleję. Teraz jestem niczym rasowy chirurg, który podczas operacji zachowuje zimną krew, a nawet żartuje.

Czujesz się spełniona jako aktorka? Nie grasz w teatrze ani w ambitnych filmach.

Znam aktorów, którzy w ogóle nie pracują, inni marzą o wielkiej sztuce i tak długo odmawiają udziału w lżejszych projektach, że później tego żałują. Albo mówią, że nie grają w serialach, a potem spotykam ich na castingach do seriali. Cieszę się z tego, co mam, o nic nie zgłaszam
do losu pretensji. Mam wrażenie, że robię fajne rzeczy. A że to nie jest najwyższa sztuka? Obce mi jest myślenie: do tego się nie dotknę, bo to nie na moją miarę. Wiem tylko, że nie podejmę się czegoś, czego nie umiem albo w czym będę się źle czuć.

Plotkarskie media piszą od jakiegoś czasu, że rozstajesz się z mężem.

Boli mnie, że można bezkarnie wypisywać, co się komu podoba, a my nie mamy żadnej możliwości obrony. I o ile te kłamstwa dotyczą mnie, wliczam je w koszty mojego zawodu i jestem w stanie je znieść. Jeżeli natomiast dotyczą najbliższych osób, to się przeciwko temu buntuję. Obrażono i oczerniono mojego Michała i jest mi z tym źle, bo to wspaniały człowiek i najlepszy ojciec na świecie. Kiedy zaczynałam w „Oficerze”, przeczytałam, że jestem niefajna, nieładna, że źle gram. Wpadłam w depresję, chciałam zmienić zawód. Gdy decydowałam się na aktorstwo, nie było plotkarskich portali. Ale staram się we wszystkim odnajdywać plusy. Na przykład to, że dzięki tak zwanej rozpoznawalności mój głos w sprawach ważnych jest bardziej słyszalny. Codziennie rano budzę się i dziękuję Bogu za moje życie.

Magdalena Różczka aktorka, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, studiowała też socjologię. Pochodzi z Nowej Soli. Zaczynała od gry w amatorskim teatrze. Ma na swoim koncie role w filmach, m.in.: „Pornografia”, „Oficer”, „Oficerowie”, „Ryś”, „Lejdis”, „Czas honoru”. We wrześniu zaczyna się w TVN emisja nowego serialu z jej udziałem pt. „Lekarze”.