fbpx

Medium

Medium
Forum Fot. Kuba Dabrowski

Kiedy usłyszała, że wygrała ten casting, nie było jej do śmiechu: „Ja Danutą Wałęsą? Żoną Lecha, legendy „Solidarności”? Ja matką ośmiorga dzieci?”. Mistrz Wajda nie miał wątpliwości. Wybrał Agnieszkę Grochowską, bo zobaczył w niej siłę.

Grasz w filmie o samym Wałęsie u samego Wajdy. Może to nie dość dużo dla osoby, która odmówiła Spielbergowi, ale te dwa znane światu polskie nazwiska sprawiają, że o Robercie Więckiewiczu, filmowym Lechu, już rozpisuje się prasa zachodnia. Naprawdę nie ucieszył cię ten angaż?

O Robercie głośno jest teraz w związku z serią wspaniałych, mocnych postaci, które zagrał. Także z powodu jego fantastycznej roli w filmie „W ciemności”. A ze Spielbergiem to nie całkiem tak…

Jeszcze do niego wrócimy.

Wiadomość, że mam zagrać Danutę Wałęsę, początkowo mnie sparaliżowała. Moja reakcja nie miała nic wspólnego z tym, jak przyjęłam wejście do obsady „W ciemności” Agnieszki Holland. Wtedy gdy odebrałam telefon i usłyszałam, że gram, skakałam po łóżku z radości jak dziecko. Bardzo czekałam na tę rolę. W przypadku filmu o Wałęsie nie sądziłam, że mam szansę. Przecież nie jestem podobna do pani Danuty, a poza tym dlaczego miałam wyobrażać sobie, że pan Andrzej Wajda wybierze właśnie mnie? To wielki zaszczyt, ale i kolosalna odpowiedzialność. I zanim zaczęło mnie cieszyć to pierwsze, przeraziło to drugie. Napięcie spadło dopiero po przeczytaniu autobiografii Danuty Wałęsy, a jeszcze bardziej po spotkaniu z nią. Ciepła, serdeczna – powiedziała, żebym się niczym nie przejmowała. Mogłam się tego spodziewać po lekturze jej książki. Połknęłam tę opowieść w jedną noc i – jak ręką odjął – przestałam się bać.

Ponieważ?

Ponieważ zobaczyłam niesamowitą, piękną, bardzo prawdziwą osobę. Szczerą. Myślę, że nie tylko dla mnie te cechy są bardzo ważne. Ale, niestety, coraz ich mniej dookoła nas.

Bo wszyscy jesteśmy aktorami?

W amerykańskiej szkole aktorskiej pytają na wstępie: „jaką dziś rolę grałaś?”. „Dziś? Nie, dziś nie byłam ani na planie, ani na próbach w teatrze” – odpowiada się zwykle. A przecież każdy kogoś zagrał od rana: żonę, matkę, spóźnionego pracownika, adwokata swoich koncepcji na zebraniu w pracy, zagubionego przechodnia, kierowcę samochodu, pasażera metra, klienta kawiarni, sklepu itd. Codziennie wbijamy się w setki ról, choćby epizodycznych. Właściwie w relacji z każdym człowiekiem jesteśmy jakoś inni.

Danuta Wałęsa też była inna, gdy przemawiała przed Akademią Noblowską, niż w swoim mieszkanku na Zaspie.

Myślę, że ten moment był zupełnie wyjątkowy. Pani Danuta opisuje go w swojej książce. Pisze o życiowej nauce, o dowartościowaniu. O chwili niepowtarzalnej, przełomowej, w której reprezentowała miliony Polek, jednocześnie tak mocno będąc sobą.

Rozumiem, że to z szacunku dla tej prawdy, jaka tkwi w bohaterce, zdecydowałaś się do roli obciąć swój piękny warkocz.

Chowanie go czy upinanie pod treskami wyglądałoby zdecydowanie nienaturalnie. Włosy odrosną, a te obcięte, mam nadzieję, nie pójdą na marne.

I trafią do fundacji Rak’n’Roll, gdzie powstanie z nich peruka dla jednej z kobiet po chemioterapii. Nie jest to twój pierwszy gest dla tej sprawy, że wspomnę udział w albumie „PIERwSI w Polsce”. W ogóle jesteś dobrym ambasadorem istotnych spraw. Według tego klucza wybierasz role? Najpierw w „80 milionów”, potem „W ciemności”, teraz w filmie o Wałęsie.

Nie wiem, czy to ja wybieram te role. Czasem wygrywam zdjęcia próbne. Raczej więc role wybierają mnie. Mogę się tylko cieszyć, że są bardzo interesujące, bo rzeczywiście wymienione filmy opowiadają o niezwykłych ludziach, o których powinno się uczyć w szkole. Męczy mnie, że u nas każde zwycięstwo jest podejrzane i bagatelizowane, a potrafimy czcić głównie poległych bohaterów. A przecież bez Lecha Wałęsy nie żylibyśmy w takim kraju, w jakim żyjemy, nie byłoby Solidarności ani okrągłego stołu.

Idea stołu skłaniającego do porozumienia jest ci bliska, co widać na Stalowej 1 w Warszawie.

To od początku do końca miejsce Miki, mojej siostry. My z Darkiem [Gajewskim, reżyserem, mężem Agnieszki – przyp. red.] tylko podrzuciliśmy pomysł, że w restauracji mógłby być jeden duży stół. Widzieliśmy takie w Belgii i Moskwie. Mika nawet pojechała do Moskwy, żeby zobaczyć, jak tam ten pomysł się sprawdza. Chodzi o sprowokowanie ludzi do nawiązywania kontaktów, do bycia razem, z czym Polacy mają pewien problem. Jak się okazało, już w trakcie remontu dokładnie w tym samym miejscu, gdzie powstało bistro Miki, była przed wojną knajpka Setka, do której przychodził Wiech. A po wyzwoleniu właśnie w Setce, u zbiegu dzisiejszych: Stalowej, 11 Listopada i Inżynierskiej, warszawiacy wracający do miasta szukali bliskich, zostawiając tam kartki o treści: „Przeżyłem, szukajcie mnie tu i tu…”.

Więc to miejsce już kiedyś służyło nawiązywaniu kontaktów. Genius loci nadal sprzyja?

Tak. Bo sprzyja temu klimat całej Pragi.

Z moich doświadczeń wynika, że klimat Pragi sprzyja raczej złodziejskim napadom.

Coraz mniej, mam nadzieję. W tej ocalałej po wojnie części Warszawy został duch dawnego miasta nie tylko w architekturze, ale głównie w mentalności ludzi. Są otwarci, łatwo nawiązują rozmowę, szybko cię zapamiętują, trochę jak w mniejszym miasteczku. Za mostem zaczyna się stolica z ambicjami do metropolii. Anonimowość i wielki pośpiech.

A ty pochodzisz z której strony Wisły?

Z tej odbudowanej. Wczesne dzieciństwo spędziłam na Ochocie, młodość też, bo biegałam tam do Teatru Ochoty na zajęcia w ognisku państwa Machulskich, i teraz znowu mieszkam w okolicy. Z okien mojego obecnego mieszkania widać wejście do domu, w którym mieszkałam jako niemowlę. Uświadomiłam to sobie całkiem niedawno. A po drugiej stronie rzeki spędziłam większą część mojego życia: trochę na Saskiej Kępie, wcześniej na Gocławiu.

Który fragment Warszawy zagrał Lwów w filmie „W ciemności”?

To nie Warszawa, ale Łódź, a konkretnie – prawdziwe kanały przelewowe pod miastem, do których prowadził właz przy Manufakturze. Część bliskich planów graliśmy w scenografii w wytwórni w Lipsku. Ale wszystkie sceny zbiorowe – pod ziemią.

Musiało być niełatwo.

Kiedy schodziliśmy na dół i towarzyszyły temu różne niedogodności, a czasem niespodzianki, bo nagle okazywało się, że w prawdziwych kanałach jest kolosalny pogłos uniemożliwiający praktycznie nagrywanie – starałam się dać z siebie chociaż tyle, żeby nie ulegać nerwom i irytacji.

Z respektu wobec tematu?

Myślałam sobie, że uciążliwość, jaką my napotykamy, pracując przy tym filmie, jest niczym wobec trudności, z jakimi mierzyli się nasi bohaterowie. To niewyobrażalne, nieporównywalne. I zastanawiałam się też nad złożonością tej sytuacji, że wcielam się w kogoś, kto istniał naprawdę. Żył, czuł, przeżywał i reagował. Starałam się wyobrazić sobie, jak to przebiegało, jakie ta sytuacja mogła wywoływać reakcje i emocje. Ale przecież nie wiem, czy ja sama w analogicznym położeniu zachowałabym się równie dzielnie. Dziś nie wiesz, jak byś postąpił, nic o sobie nie wiesz.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” pisała Wisława Szymborska.

Właśnie tak.

Chodziło ci więc o poczucie, że może jesteś niegodna swojej bohaterki?

Może. Ale w tym jest jeszcze coś więcej. Udostępniam siebie, staję do zadania aktorskiego, a wychodzi na to, że moja praca łączy pokolenia. Bez mojej woli czy świadomości. Staję się rodzajem medium. Podobne odczucia towarzyszyły mi, kiedy w polsko-belgijskim filmie „Stepy” zagrałam kobietę matkę, która w Kazachstanie rusza w długą drogę po pomoc dla chorego dziecka. Ona w końcu to dziecko traci, ale rusza dalej, nie upada, nie załamuje się. I też nie wiem, czy mnie byłoby stać na to samo. Ona po wszystkim, co przeszła, a usłyszałam jej autentyczną, bardzo trudną historię, potrafiła jeszcze stworzyć silną, zwartą rodzinę. Jakim więc musiała być pięknym, dobrym, mądrym człowiekiem! Poznałam jej rodzinę, podobnie jak i wnuczki Klary, którą zagrałam w filmie Agnieszki Holland. Dwie młode, piękne dziewczyny przyszły do mnie po pokazie w Kanadzie i powiedziały, że żyły legendą babci, legendą pielęgnowaną przez ich mamę.

To dopiero egzamin dla aktora.

I dodały, że zagrałam dokładnie to, o czym słyszały w dzieciństwie. Dokładnie tak to widziały, tak wyobrażały sobie na podstawie opowiadań matki. Ale jak to jest możliwe, skoro wcześniej nic o tej babci nie wiedziałam? Dziwne… Oczywiście, zagrałam najlepiej jak umiałam, według dobrze skonstruowanego scenariusza. A jednak w tym jest…

…metafizyka?

W każdym razie historia zatoczyła niesamowite koło, skoro na pokazie w Toronto, gdzie film został przyjęty owacyjnie, spotykałam wnuczki Klary, w której postać się wcieliłam – one mają tyle samo lat co ja, i to było, jakby one właśnie zeszły z ekranu. Z takich spotkań rodzą się czasem zdumiewające więzi. Bliscy mojej bohaterki ze „Stepów” właściwie traktują mnie jak członka rodziny. Jestem tym zresztą zaszczycona.

To nagroda. Ale takie role muszą przecież również wiele kosztować.

Nawet jeśli po wielu godzinach pracy w kanałach wraca się do pokoju hotelowego i ciepłego łóżka z czystą pościelą. Nie wystarczy wyjść z włazu, rozejrzeć się, upewnić, że jest 2011 rok, i w jednej chwili odetchnąć całkiem beztrosko. Taka rola w człowieku zostaje, prowokuje do wielu pytań o siebie, o życie. Tak być musi, skoro zeszło się z tą postacią tak głęboko: bo i pod ziemię, i w podświadomość. Nie zapomnę, jak w trakcie ujęcia w kanałach, z których na przerwy często też nie wychodziliśmy, napisałam kilka słów na kartce. Julka Kijowska grająca Chaję przeczytała i zamarła. „Gdzie to znalazłaś”– zapytała pewna, że to odkryte przeze mnie w czyichś wspomnieniach autentyczne słowa. Zdumiała się, kiedy powiedziałam jej, że sama to napisałam. Przed chwilą, bezwiednie.

Jakie to słowa?

Dokładnie nie powtórzę, ale chodziło w nich o to, że ja, czyli Klara, nie chcę już wyjść z kanałów. Nie umiem sobie wyobrazić karuzeli, oranżady, normalnego życia teraz, po tym wszystkim. Bez tych wszystkich. Zwłaszcza bez siostry. Więc wolę nie wychodzić już nigdy, chcę tu zostać. Podczas przygotowania do tej roli nie myślałam w ten sposób. Ale taka myśl przyszła w trakcie sceny. Sama.

Wyobrażam sobie, że wielogodzinna praca w kanale, choć zaledwie imituje sytuację prawdziwych bohaterów, powinna ujawniać – trochę jak w eksperymencie psychologicznym – pewne reakcje mówiące coś o dynamice grupy.

Odezwała się psychologia tłumu. W scenie, w której z mieszkania schodzimy do kanałów i nie wiadomo, czy wszystkim uda się tam znaleźć schronienie, ja, Agnieszka Grochowska, krzyczę powodowana moimi własnymi emocjami, które udzieliły mi się od innych. I wrzeszczę na człowieka, który omal mnie nie zepchnął przy włazie, krzyczę do niego, że sama zejdę po drabinie, żeby się nie pchał, bo tłum napierał tak, że jeszcze chwila, a pewnie bym poleciała w dół. I podobne zapisy prawdziwych emocji są w tym filmie.

Powiedziałaś, że taka rola skłania do zastanowienia się nad sobą, nad życiem. Do jakich wniosków doszłaś?

Kiedy zagrałam w „Stepach”, kiedy znalazłam się w ich bezkresie, najpierw myślałam, że oszaleję, nie wytrzymam tej przestrzeni, tej pustki. A potem przyszła refleksja, że człowiek jest tak naprawdę bardzo samotny, zdany na siebie w znaczeniu szukania i znajdowania oparcia w sobie. W pierwszej chwili ta refleksja wydała mi się bolesna, ale potem nie. Potem poczułam, że to jest coś, co paradoksalnie zbliża nas do natury, do całego wszechświata. I również do siebie.

Roman Paszke spotyka się z absolutem na morzu, Mirosław Hermaszewski w kosmosie poczuł istnienie Boga…

Myślę, że jest w tym analogia. W każdym razie mój mąż twierdzi, że żadną rolą nie zaskoczyłam go tak, jak w tym właśnie filmie, i żadna inna rola mnie samej tak nie odmieniła.
A po „W ciemności” widzę, że aktorstwo nie polega wcale na zakładaniu masek, ale na ich zdejmowaniu. Na docieraniu do głębi siebie od coraz innej strony.

Dlaczego odmówiłaś Spielbergowi, który zadedykował ci 40 minut rozmowy w Wielki Piątek, gdy całe Hollywood nie pracuje?

Nie odmówiłam, bo nie złożył mi konkretnej propozycji, zapytał tylko, czy chciałabym grać w amerykańskich serialach. Wytłumaczyłam mu, że interesują mnie filmy, a nie seriale i nie tylko praca, ale też rodzina. Więc nie przeniosę się do Ameryki na trzy lata. To nie ja. Miałam wrażenie, że doskonale mnie zrozumiał.

Czyli będzie rola w jego filmie fabularnym?

Nie, nie wiem, na pewno na to nie czekam.

Operator Spielberga Janusz Kamiński, w którego filmach zagrałaś dwukrotnie, opowiadał mi kiedyś, jak to po latach w Hollywood, już z Oscarami, odwiedził Mysłowice i rodzinne mieszkanie w familokach. Wszedł i przez to samo co kilkanaście lat wcześniej okno wyjrzał na to samo podwórko. A potem przez okno naprzeciwko zajrzał do innego mieszkania, w którym ta sama co przed laty kobieta stała przy tym samym zlewie. Twoje życie zdecydowanie nie upływa „przy zlewie”.

Ostatnio rzeczywiście ciągle dzieje się coś fascynującego. I nie mogę powiedzieć, że mnie to nie cieszy. Ale jednocześnie fantastyczne jest, że mieszkam w domu, z okna którego widać „bramę” mojego dzieciństwa. Bardzo to lubię.

Agnieszka Grochowska rocznik 1979, jedna z najzdolniejszych polskich aktorek. Doceniona również np. w Niemczech nagrodą dla gwiazdy jutra – Shooting Stars w 2007 roku. Za role w spektaklach choćby Zbigniewa Brzozy w teatrze Studio nominowana do Feliksa. Zagrała m.in. w dramacie „Warszawa” w reżyserii męża Dariusza Gajewskiego.